Wrzesień.

Mniej mnie tutaj, mniej mnie wszędzie. A jeśli we wrześniu jest mnie mniej, to może oznaczać tylko jedno- chorobę, jak co roku we wrześniu. 

Czas zwariował. Jeszcze chwilę temu czekałam na to lato, co to było takie piękne w tym roku, a dzisiaj patrzę jak za oknem wiatr zrywa połowę kolorowych liści z drzew. Wystawiłam głowę na chwilę, żeby obczaić sytuację pogodą, ale tak szybko jak ją wystawiłam, tak szybko schowałam bo chciało mi ją urwać. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze tylko kilka dni i pożegnamy wrzesień. Serio? Kiedy to minęło? Zupełnie, jakbym pstryknęła palcami pstryk i już, pozamiatane, szlag trafił prawie cztery tygodnie życia. Chciałabym móc napisać, że wykorzystałam ten czas na maksa, że dużo spacerowałam, wystawiałam twarz do wrześniowego słońca i szurałam w liściach, że piekłam kartofle w ognisku, zbierałam kasztany i produkowałam zastępy kasztanowych ludzików... ale niestety wrzesień przeciekł mi przez palce. Niewiele było dni wartych opisania. Owszem, słońce pięknie grzało, nabierałam aronię, pigwę i orzechy, ale to tyle... Trochę byłam, wiesz, taka hop do przodu. Po pięknym, gorącym, długim lecie siłą rozpędu weszłam we wrzesień jakby nic się nie zmieniło, jakby nadal było lato. Nie miałam ochoty rezygnować ani z kawy pijanej co rano na rozgrzanym od słońca tarasie, z biegania na bosaka po trawie ani z wieczorów spędzanych na zewnątrz. Myślałam sobie "phi, co tam wrzesień, co tam jesień i krótsze dni! Ogarnę to, w tym roku będzie inaczej!". 

Drugi tydzień września sprowadził mnie jednak na ziemię. Tak konkretnie przywalił. Jak co roku moje córki postanowiły się pochorować. Ja naprawdę tego nie rozumiem. Wiosną i latem obie biegają pół gołe czy to upał, czy deszcz, czy gradobicie. Kąpią się w zimnym jak woda z lodowca jeziorze, opychają się lodami w najgorszy upał, mimo że babcie straszą anginą, pocą się i siedzą takie mokre w przewiewie. I nic. Zero. Null. Ani jednego kichnięcia. Ani jednego gluta. Niech mi ktoś odpowie, dlaczego w takim razie po pierwszym tygodnia września obie leżą z gorączką? I nie to, że w tym roku to wyjątek od reguły, nie, nie. Odkąd pamiętam wrzesień to miesiąc chorób. W głowę zachodzę dlaczego tak się dzieje. Przecież to niemożliwe, że moje dzieci reagują chorobami na obniżenie temperatury za oknem i mocniejsze podmuchy wiatru? Poważnie rozważam nagłe odcięcie od słońca. Brak witaminy D? Dopiero się wygrzebujemy. My, bo po dzieciach jak zwykle zachorowałam ja, a na końcu ten, który opiera się najdłużej, czyli Pan Mąż. Kolejność od lat jest taka sama. Kiedyś odkryję ten sekret, przysięgam, i przyjdzie taki wrzesień, kiedy nikt się nie pochoruje... A tymczasem jak chorobowe domino zaczęło się w drugim tygodniu września, tak w zasadzie kończy się dopiero teraz. Gdybyśmy chorowali wszyscy jednocześnie, to pewnie skończyłoby się po tygodniu lub dwóch, ale oczywiście my musimy po kolei... 

Ciemności pokryły ziemię. Trzeci dzień deszczu, zimna i szarugi. Temperatura oscyluje w granicach 12 stopni, co po jeszcze niedawnych 30 jest niezłym szokiem. Z trudem łapię jesienny rytm. Co roku obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, że ogarnę, nie dam się jesiennej aurze, złemu nastrojowi i wieczorom zapadającym zaraz po obiedzie. Nie dam się i już! Naszykowałam stos czasoumilaczy- mnóstwo świeczek, filmów, piosenek, herbatek i kocy. Kupiłam zapas witaminy D. Mimo wszystko pierwsze uderzenie zimna zwaliło mnie z nóg. No cześć, jesieni, paskudo jedna, szkoda że tylko na wystylizowanych zdjęciach z Pinteresta wyglądasz tak uroczo, kiedy złote liście spadają z drzew jak w zwolnionym tempie, a dzieciaki wesoło skaczą po kałużach. W rzeczywistości liście spadają, owszem, ale smagają Cię w twarz mokrymi od deszczu plaskami, a dzieciaki jedyne czego chcą, to odłożyć kalosze na półkę i zatopić się w fotelu przed telewizorem z bajkami. Lajw. Jesień, ta nie-pinterestowa, to nie jest najłatwiejsza pora roku do kochania, umówmy się. I ja zazwyczaj średnio wtedy kocham świat, ludzi i nawet siebie. Zapadam się w sobie, zasypiam i budzę się gdzieś w okolicach końca lutego, może na początku marca. Zazwyczaj stwierdzam wtedy, że biorę się za siebie, bo jesień wespół z zimą wciągnęły mnie i wypluły napełnioną czekoladą, makaronem i winem; oraz wyrzutami sumienia oczywiście. Nie chcę tak. Hejtowanie jesieni i zimy żyjąc w naszej strefie klimatycznej to jak autostrzał w kolano. Nie da się wymiksować z życia na pół roku; z rodziny, pracy, zobowiązań, z dbania o siebie. 

Piękna złota polska jesień trwała w tym roku... hmmm jakieś trzy tygodnie. Szał ciał i szamotanie pępka, co nie? Słabo jednym słowem. Nie zdążyłam się nią nacieszyć tak jak planowałam. Kiedy złoto- brązowe liście spływały powolutku z drzew, ja wycierałam gluty. Pozostał niedosyt i mocne postanowienie wyciśnięcia z nadchodzących, bądź co bądź trudnych dla mnie, tygodni ile się da. Spodziewaj się więc całej serii wpisów z cyklu "Jesienne czasoumilacze" ;) Muszę wytoczyć najcięższe działa. Muszę zacząć robić to, o czym ciągle piszę, o czym mówię i z czym zawsze kojarzyła mi się jesień. Zaczynam w ten weekend, w zasadzie to już od dzisiaj. Film na wieczór- przygotowany. Facet do towarzystwa- obecny. Herbata w dzbanku- zaparza się. Lawendowa świeczucha- już czeka. Peeling z cynamonem i gęste masło do ciała- check.  Piżama w zajączki- na miejscu. Koniec z cieniutkimi koszulkami, czas na nocną flanelę. Jutro w planach mamy wyjście na kasztany i szuranie w liściach (niech tylko nie leje, plis), a w niedzielę- jesienny pakiet full wypas, czyli spa w łazience. Taki mój apel - bądź dla siebie dobra na jesień. Ja na chwilę o tym zapomniałam, ale już się poprawiam, promis. 


Złota jesień. Szkoda, że trwała tak krótko, bo była naprawdę piękna.
















36 komentarzy:

  1. Jesień jeszcze trwa. Korzystajmy z niej🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie zamierzam zrobić :) Niech tylko choroby pójdą precz!

      Usuń
  2. Ugh, mnie też złapała choroba. Żeby było śmieszniej to już z początkiem (i końcem - obecnie) miesiąca.
    Fantastyczne zdjęcia! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas tak samo- wszyscy chorowaliśmy na początku miesiąca, potem było lepiej, a dzisiaj znowu kichamy.... ten wrzesień to jakaś chorobowa masakra. Zdrowia życzę!

      Usuń
  3. A gdybyś tak mieszkała w Irlandii Północnej i na powitanie jesieni byłyby 4 stopnie rano, a na pożegnanie lata te 12 stopni ;) ? Przepiękne zdjęcia! Uwielbiam jesień, mimo wszystko :) Zdrowia życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wtedy marudziłabym jeszcze mocniej ;) A tak serio doceniam urodę jesieni, nawet te pochmurne dni, kiedy można posiedzieć w domu i pograć z dzieciarnią w chińczyka, ale po trzech tygodniach chorowania mam dość;)

      Usuń
  4. śliczne zdjęcia, w moich stronach jesień wróciła

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, oby tak ładna jesień przyszła i do nas :)

      Usuń
  5. Prześliczne zdjęcia. Zakochałam się w nich.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękna, złota jesień - ahhh, liczę, że słoneczko jeszcze będzie nas rozpieszczać <3
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jeszcze będzie pięknie :)

      Usuń
  7. Ja też spędzam weekend w łóżku z latarek i książka :)

    OdpowiedzUsuń
  8. u nas też jesień nie najlepiej się rozpoczęła ale bedzie dobrze :) zdjęcia ujęły mnie ogromnie! Śliczne fotografie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niesamowite zdjęcia, fajny wpis. Jak Cię to pocieszy, to moje dzieci też były zdrowe przez o dziwo cały pierwszy tydzień września. A od tej pory cały czas któreś glut i kaszel :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh prawie wszystkie znajome dzieciaki są chore. Nie kumam.

      Usuń
  10. Zdjęcia magiczne. W sumie nie wiem sama dlaczego choruję zawsze luty-marzec :D aczkolwiek teraz też mnie troszkę coś obskoczyło.
    Mimo wszystkiego życzę zdrówka i cierpliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, przyda się i jedno i drugie ;)

      Usuń
  11. Ja tam woerze, że polska złota jesień powróci 😀

    OdpowiedzUsuń
  12. Właśnie dzisiaj jest taki cudowny dzień i taką jesień uwielbiam najbardziej. Przepiękne zdjęcia <3

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak ja Cię całkowicie rozumiem sama bym mogła napisać to samo. Koniec września? Ale jak to?! Jak? Gdzie? Kiedy? Dlaczego? Piękne lato było i sama do tej pory nie potrafię się przestawić, że zamiast sukienki coś cieplejszego, że wieczorem nie posiedzę na balkonie pijąc drinka z kostkami lodu... A ludzie już coś powoli o świętach mówią... Fakt coś czuje, że do nich też jak z bicza strzelił i trzeba będzie choinki w piwnicy szukać.
    Ale spokojnie ta piękna jesień myślę, ze się jeszcze miejscami pojawi.
    Możliwe, że dziewczynki nie reagują tak na zmiany temperatury, skoro są na to odporne ale po prostu na choroby innych dzieci. Wszyscy teraz chorzy (ja też a co tam pochwalę się ;p) może się od kogoś zaraziły (nie ode mnie ;p).
    Przepiękne zdjęcia zrobiłaś :) Najpiękniejsze jesienne chwile <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ja w tym roku wyjątkowo nie mogę "wyjść" z lata, za piękne chyba było ;) O choince jeszcze nie myślę, chociaż jak tak się dobrze zastanowić, to już za miesiąc Wszystkich Świętych, a potem do świąt zleci...

      Usuń
  14. Przepiękne te jesienne zdjęcia :) Wracajcie do zdrowia i korzystaj ie z jesieni :) Trwa nadal więc czekam na kolejne fajne fotki :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Na początku było pięknie, ciepło, wręcz gorąco. Potem nastąpił nagły zwrot akcji i BUM- deszcz, zimno, wiatr i choróbska. Na szczęście słoneczko znów wyjrzało i liczę na to, że złota jesień jeszcze będzie długo trwać, bo jest piękna!

    http://kinga-wajman.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak właśnie było, przeżyliśmy wszyscy termiczny szok ;)

      Usuń
  16. Cudowne zdjecie,uwielbiam jesień :)
    Zapraszam : http://www.gullcia.pl

    OdpowiedzUsuń
  17. fajne ujecia zdjeci :) az sie chce ogladac

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger