Smaki dzieciństwa- wrześniowe ucierane ciasto ze śliwkami.

Wrzesień to już nie lato, powiedzmy sobie szczerze. Niby kalendarzowej jesieni jeszcze nie ma, ale lato to czerwiec, lipiec i sierpień. Wrzesień to początek szkoły, wczesne wstawanie, żeby zdążyć na ósmą, poranne mgły, zimne wieczory, coraz wcześniej zapadające ciemności. Wrzesień to walające się po trawniku smutne flaki po basenie i flamingu ze spuszczonym powietrzem, pranie, które wywieszone na dwór nie schnie już tak szybko. Wrzesień to też odlatujące bociany, wielkie klucze ptaków na niebie, widok, który zawsze ściska mnie gdzieś w dołku. Wrzesień zawsze był tym czasem, kiedy już zaczynałam tęsknić za latem, mimo że słońce całkiem nieźle jeszcze operowało. 



Nie. Nie lubiłam września.


Byłam na niego permanentnie obrażona za to, że w moim mniemaniu "odbiera" mi lato, odbiera mi wakacje, grille do późnej nocy, dnie w całości spędzane na plaży, włosy pachnące wodą z jeziora, piach na stopach, skórę pachnącą słońcem i solonym karmelem. Byłam wściekła, że zaraz po wrześniu przychodzi październik. A za nim listopad. Bez sensu, przyznaj sama. Jak można tak uparcie hejtować wrzesień, ba! jak można hejtować jesień w ogóle, jeśli mieszka się w takiej strefie klimatycznej, w jakiej my mieszkamy? Kto normalny poświęca jakieś osiem miesięcy na tęsknotę i wyczekiwanie tych czterech upalnych i zielonych? Toż to jakiś akt destrukcyjny jest! Nie wiem, kiedy to się stało i dlaczego. Może po prostu dorosłam i nauczyłam się akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu. Może stwierdziłam, że mam dość umartwiania się przez większą część roku i narzekania, jaka to brzydka pogoda za oknem. Nie chcę być już częścią społecznego chóru, który pieje z niezadowoleniem, że chlapa, że zawierucha, deszcz, śnieg, brak śniegu, krótkie dni, zimne stopy i wysokie rachunki za ogrzewanie. Sorry batory, ale wypisuję się. Za stary wróbel na to już jestem.

Jeśli myślisz teraz, że pokochałam jesień, to nic z tych rzeczy. 


Nadal z żalem odprowadzam wzrokiem bociany aż za horyzont, aż mi nie znikną z oczu. Nadal brakuje mi sukienek z odkrytymi ramionami i biegania po trawie na bosaka. Nadal tęsknym wzrokiem patrzę na goły taras bez kwiatów i krzeseł, na których co rano latem piłam kawę. Ale zaczynam doceniać te wszystkie cudowności, które niesie ze sobą wrzesień i inne jesienne miesiące. Kiedy przestałam się wściekać, dostrzegłam, że żółto- rdzawe krajobrazy potrafią być naprawdę piękne razem z tymi wszystkimi kasztanami, żołędziami w śmiesznych czapeczkach, wielkimi dyniami, szalami, którymi można otulić się od góry do dołu. Ze wszystkimi ciemnymi wieczorami pod kocem z herbatą malinową w dłoni, za książki i filmy, które teraz smakują najlepiej. Za śliwki, jabłka i gruszki, chrupiące i soczyste, za cukinie, dynie i kabaczki. Za paprykę, która na ryneczku kosztuje teraz grosze, i za leczo, które nigdy nie jest tak dobre, jak jesienią właśnie. Za botki, spódnice w kratę i szuranie w kolorowych liściach. Za kardigany, berety i paznokcie w kolorze głębokiego fioletu. Za jajecznicę z grzybami i za las, który pachnie wilgocią, mchem i pierwszymi prawdziwkami. Moja jesień będzie smakowała gęstymi warzywnymi zupami z soczewicą i jabłkami pieczonymi z cynamonem. Moja jesień będzie miała kolor mojego musztardowego płaszcza i brązowych botków. Cieszę się na to wszystko, chociaż jeszcze kilka lat temu udawałabym, że nie dostrzegam ani jednej przyjemnej rzeczy w tej podłej jesień. Powitałabym ją jak paskudę jedną, która zabiera mi bezczelnie lato, śmiejąc mi się w twarz i dając w zamian krótkie dni, deszcz i depresyjny nastrój, i chodziłabym skwaszona aż do marca. Robię postępy woohoo :)



Tegoroczne lato pozostawiło po sobie spory niedosyt.


Jak niemal każde moje lato zresztą... Wciąż mi za mało, za krótko, zbyt szybko ucieka. Było piękne, długie i upalne, ale mimo wszystko nie czuję, że wykorzystaliśmy je w pełni. Brakowało urlopu, wyjazdu gdzieś całą rodziną, oderwania się, zmiany planszy na dłużej niż tylko weekend. Sezon na truskawki i czereśnie skończył się jakoś wyjątkowo szybko. Zbyt mało kąpaliśmy się w jeziorze. Zbyt rzadko chodziliśmy na lody. O piknikach całkowicie zapomnieliśmy. Dzisiaj, na początku września, już czuję zapach tego jesiennego lasu i parku, w których będziemy szurać w liściach. Widzę nas przy parującym garnku z dyniową zupą, włóczących się weekendowo po miastach, które chcemy odwiedzić i produkujących zastępy ludków z kasztanów. Nie pozwolę, żeby chociaż jeden dzień tej jesieni przeciekł nam przez palce. Słowo!




Przepis na ucierane ciasto ze śliwkami jest w mojej rodzinie chyba od zawsze. Najpierw robiła je moje Babcia, teraz robi je moja Mama, a pewnie i ja będę je kiedyś robiła dla moich wnuków. Tak właśnie smakował wrzesień mojego dzieciństwa. Tak smakował poobiedni deser w dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Smacznego :)


WRZEŚNIOWE UCIERANE CIASTO ZE ŚLIWKAMI


Potrzebujesz:


3 szklanki mąki (może być pełnoziarnista)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
1 szklanka cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki mleka (może być roślinne, np. ryżowe)
2 szklanki śliwek (wypestkowanych, przekrojonych na pół)
cynamon
cukier puder (opcjonalnie, do posypania)



Na kruszonkę:

1 szklanka mąki (może być pełnoziarnista, chociaż najlepsza kruszonka jest jednak z pszennej)
10 dag masła
1/2 szklanki cukru


Zrób tak:

1. Mąkę przesiej z proszkiem do pieczenia. Jajka utrzyj z cukrami. Dodaj olej i mleko, zmiksuj. Wsyp mąkę, wymieszaj łyżką. Ciasto wyłóż na blachę. Wciśnij lekko śliwki, posyp cynamonem. 

2. Zagnieć składniki kruszonki. Ciasto porwij palcami i rozłóż na owocach.

3. Piecz ok. 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 st. Przed podaniem możesz posypać cukrem pudrem.



26 komentarzy:

  1. Jakie cudne grafiki. Ja zawsze lubiłam wrzesień i to bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ja polubiłam jesień dopiero niedawno, ale z każdym rokiem lubię ją coraz bardziej :)

      Usuń
  2. przepis w 3 punktach zrobię na pewno :D

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak! takie ciasto to smak jesieni ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja mama robi takie same ciasto! JR :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam bardzo podobny przepis, który podkradłam mojej mamie :) Jest pyszne ze śliwkami, ale w zależności pory roku dodaję różne owoce: truskawki, wiśnie, jabłka, gruszki albo czereśnie :) Nie wiem, które najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł, muszę spróbować z jabłkami i cynamonem :)

      Usuń
  6. Będę tęskniła bardzo za latem, a ten przepis muszę wypróbować koniecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będzie Ci smakowało :)

      Usuń
  7. I u mnie zagościło już śliwkowe ciasto - rozeszło się w ciągu 30 minut! ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Też zawsze tęskniłam za latem już pierwszego dnia września. Do tej pory tęsknię, bo kocham ciepłe dni ale jest to bardziej znośnie gdy nie trzeba chodzić do szkoły. Współczuję wszystkim młodszym, którym głównie z tym kojarzy się wrzesień. Śliwki uwielbiam ale zajadać na surowo :p za ciastami śliwkowymi niestety nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd moje córka poszła do szkoły, wrzesień kojarzy mi się głównie z rozpoczęciem roku szkolnego ;)

      Usuń
  9. wrzesien.. to zimmne wieczory eh

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, poranki i wieczory są już bardzo zimne, też tego nie lubię.

      Usuń
  10. Wygląda przepysznie, muszę koniecznie wypróbować je zrobić:)

    OdpowiedzUsuń
  11. koniec lata kojarzy mi się m.in właśnie z takim ciastem śliwkowym ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w domu to ciasto jest szykowane właściwie codziennie przez cały wrzesień i nikt nie ma go dość ;)

      Usuń
  12. Mnie z dzieciństwem kojarzy się drozdzowiec. Ach, zjadlabym takiego domowego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drożdżowe kojarzy mi się z Babcią- robiła genialne puchate drożdżówki z kruszonką mmmm :)

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger