Cardio.

Ostatnie, czego bym chciała, to być świrniętą nadopiekuńczą matką. Kochającą, troskliwą, czułą i empatyczną- owszem, jak najbardziej, zawsze. Ale nie nadopiekuńczą matką- kwoką, która zagania dzieciaki pod swoje skrzydła i tak sobie je hoduje. Z niesmakiem myślę o tym, że mogłabym zamienić się w panikarę biegającą za dziećmi z bluzeczkami na przebranie (bo te, które mają na sobie już są spocone), z chusteczkami do wycierania nosów (bo kichnęły dwa razy), z soczkami (bo nie daj Panie Boże się odwodnią), z banankami, biszkopcikami i innymi dobrociami (bo głodne pewnie, bidulki, są). Daleko mi do wydawania z siebie dzikich okrzyków w stylu: "wolniej, bo się wywalisz!", "jedz małe kęsy, bo się zakrztusisz!", "nie dotykaj, bo się skaleczysz", "nie baw się w piaskownicy, bo się pobrudzisz" czy moje ulubione, kultowe już "nie biegaj, bo się spocisz!". O matko kochana, nie chcę taka być! Odstręcza mnie to, wpienia konkretnie i irytuje, chociaż na szczęście nie mam wiele takich ultra-nadopiekuńczych egzemplarzy w moim otoczeniu. 

Wychodzę z założenia, że życiowa mądrość to suma zgromadzonych gdzieś po drodze siniaków, zadrapań i ran tak rzeczywistych, jak i metaforycznych. Pewnie, że jako ich mama chciałabym, żeby zawsze im było dobrze, żeby nie bolało i żeby nikt nigdy nie sprawił przykrości, ale to nierealne jest przecież. Jak mają się nauczyć, skoro się nigdy nie wywalą? Nie stłuką kolana, nie przytną paluchów drzwiami ani nie stłuką ulubionego kubka (a mówiłam, odłóż kubek na stół, nie lataj z nim po domu!)? No jak? No nijak.


Że mam z tym problem, dowiedziałam się kilka dni temu.


Obudziłam się nad ranem cała zlana potem, z sercem tłukącym się gdzieś w gardle i łapczywie próbując złapać oddech. Przez dobrych kilka chwil nie wiedziałam czy to sen, czy jawa, czy zmora jakaś senna. W panice zerwałam się z łóżka i, potykając się po drodze o samotnie porzuconego misia, pobiegłam do łóżeczka Mimi i uff.. jest, śpi, ŻYJE ta mała gadzina. Nie wyskoczyła przez okno. Koszmar, w którym moja dzika trzylatka budzi się w środku nocy, idzie do pokoju siostry, wdrapuje się na parapet, otwiera okno i skacze z okrzykiem: "zobacz, mama, ja lataaaaam....." uświadomił mi, jak bardzo się o nią boję. W zasadzie boję się o obie moje córki, permanentnie się boję, ale Mimi to najdziksze dziecko, jakie w życiu widziałam. Starsza to też temperamentne dziewczę, ale jej młodsza siostra bije starszą na głowę. Mimi to Zu razy pięć albo razy dziesięć nawet, chociaż bywa też razy sto. Zwłaszcza, kiedy wyrywa mi się na środku ruchliwej ulicy, kładzie się na ziemię na parkingu czy też z uśmiechem na ustach ciśnie prosto na przeszklone drzwi, zupełnie nic sobie nie robiąc z naszych wrzasków- "zatrzymaj się, dziecko!!!" Ona nic sobie nie robi z nikogo i z niczego; z rozbrajającą naiwnością i z wiarą, że jest niezniszczalna eksploruje świat dokładnie w taki sposób, jaki jej się podoba. Najczęściej oznacza to robienie czegoś zupełnie odwrotnego do tego, czego aktualnie chcemy my, rodzice. Kiedy chcemy iść w prawo, ona idzie w lewo. Kiedy stwierdzamy, że ok, niech już będzie, pójdziemy w lewo, ona drze się, że chce w prawo. My schodzimy po schodach, ona robi wymyk i daje dyla na górę. Bierzemy ją na ręce, to się wyrywa. Idziemy po schodach w górę, to ona na główkę pogina w dół. I tak bez końca. 

I nie to, że ona kulturalnie idzie, o nie, nie! 


Ona rzuca się do biegu jak dzikus, jak wariatka jakaś, leci, jakby ją stado wygłodniałych wilków goniło. Mimi w zasadzie nie potrafi spokojnie spacerować ani biec truchcikiem; ona zawsze zapiernicza bez opamiętania. Nawiewa nie bacząc na fakt, że nie ma dokąd nawiewać, bo przed nią strome schody, rzeczone szklane drzwi, wykopane rowy, wściekłe psy, babcia z gorącą herbatą w dłoni, ścieżka rowerowa czy inne tego typu atrakcje. Leci z szalonym wyrazem twarzy, często z nieludzkim piskiem na ustach, nawet się za nami nie obejrzy. Czerpie niezwykłą, sadystyczną wręcz radochę z robienia nas w balona. Zbiega z taką prędkością, że mój szanowny Pan Mąż musi włożyć sporo wysiłku, aby ją dogonić. Nie wiem czy bardziej mnie to irytuje, czy fascynuje ta jej zawrotna prędkość, no bo hej, umówmy się- to tylko trzyletni kurdupel z kawałkiem dobrego temperamentu, a nie zawodowa sprinterka. W każdym razie dogonić małą spierniczającą Mimi to niezłe wyzwanie nawet dla wielkiego chłopa z długimi dogami, także tego... sama rozumiesz, że po spacerze, który z założenia miał być relaksującym, rodzinnym, nieco sielankowym przeżyciem, często wracamy urobieni jak dwa konie po westernie. A często nawet trzy konie, bo starsza siostra pomaga w pogoni jak może. Przekierowanie energii na właściwe tory czy też sprytna z naszej strony próba zmiany trajektorii lotu mikrusa zazwyczaj się nie udaje. Tak szybko jak ją złapaliśmy, tak szybko nam się wyrywa i zwiewa gdzie oczy poniosą. 

Pozostaje więc jedynie przemoc w czystej postaci. 


Brutalna i nie zwracająca uwagi na uczucia dziecka. Nie, że leję po dupsku i patrzę czy równo puchnie, ot, chwytam ją w biegu niczym worek ziemniaków, przy okazji pilnując, żeby w tym szale nie upadła mi na główkę. Targam potem pod pachą toto takie małe, szarpiące się, wściekłe, z pianą na ustach i siłą wciskam do spacerówki. Ewentualnie do fotelika samochodowego czy innego ustrojstwa, które zatrzyma tę rozpędzoną, kudłatą kulkę na dłużej niż piętnaście sekund. Tak, zdecydowanie, moje młodsze dziecko reprezentuje taki rodzaj aktywności, przy którym kurczę się w sobie ze strachu i truchleję cała. Moja córka nie ma w sobie za grosz instynktu samozachowawczego, za to dysponuje nadludzką wręcz brawurą, która połączona z nieskończonymi pokładami energii (wciąż wierzę, że jakby ktoś jej w ucho wsadził żarówkę, to by świeciła, serio) i totalnym olewactwem wszelkich zasad tworzy mieszankę piorunującą. Przecież nie zamknę jej w domu na kilka lat, aż trochę dojrzeje! Nie obłożę folią bąbelkową ani nie zainstaluję jej permanentnego kasku na głowie! Tak samo jak nie pozamykam wszelkich ulic, skrzyżowań ani ścieżek rowerowych. Nie wsadzę do klatek cudzych psów, które moja córka tak odważnie miętosi, nie zasypię rowów ani nie pozbędę się ruchomych schodów z galerii handlowych. Nie zrobię ze świata bezludnej równiny, na której moja dzika córka będzie mogła fiksować do woli. Nie wywiozę szalonego mikrusa z dala od wszelkiej cywilizacji, od rowów, dołów i przepaści. Jedyne, co mogę zrobić, to zainwestować w dobre buty do biegania i gonić, ścigać, tropić, namierzać, ratować, ganiać, łapać, chwytać i pacyfikować... To podobno dobrze robi na figurę, takie cardio...

18 komentarzy:

  1. Wyobrażenia o tym co może się przytrafić naszemu dziecku już do końca życia bywają przekleństwem ...I nie ma znaczenia czy to trzylatek czy też dwudziestotrzylatek ;) Pozdrawiam serdecznie i życzę przynajmniej wymiernych korzyści w postaci idealnej figury :D Niech te stresy zaowocują czymś przyjemnym ....

    http://www.matkafrustratka.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś myślałam, że im starsze dziecko, tym mniej się o nie martwimy. Bzdura totalna ;)

      Usuń
  2. My nasze bliźniaki traktujemy w wyważony sposób, ale trzeba przewidywać ich dzikie pomysły, szczególnie, że to wszystko jest razy dwa. Nie skaczemy nigdy nad nimi nadmiernie, nie cudujeny. Muszą się uodpornić i poznać życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My nad starszą córką też nigdy nie skakaliśmy, ale jak urodziła się młodsza, to musieliśmy zacząć dla jej dobra ;) co by nam się nie zabiła już w pierwszym roku życia, takie z niej kamikadze ;)

      Usuń
  3. Uśmiałam się :) Rozumiem, że to tak trochę z przymrużeniem oka ;) JR

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba każda mama ma różne wyobrażenia i czasem za bardzo panikuje. I to nie zależnie od wieku dziecka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy już chyba tak mają, że martwią się o swoje dzieci niezależnie od tego ile mają lat; moja mama martwi się o mnie do dzisiaj :)

      Usuń
  5. Artykuł mocny. Ale spokojnie. To kardio potrwa długo. Mój syn tez tak miał. Teraz ma 14 lat, jest sportowcem wyczynowym a ja tak się rozpędziłam w tym bieganiu za nim, że półmaratony zaczęłam zaliczać przy okazji. Wniosek? Będziesz mamuśka zdrowa jak byk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest ;) Ja zaczęłam uprawiać jogging przy starszej córce, chociaż była mniej aktywna jako małe dziecko, teraz mam ochotę raczej na jogę :p tak mnie młodsza wykańcza ;)

      Usuń
  6. Teraz ciężko za nią nadążyć, a w przyszłości podbije świat o ile tylko nie hamować jej popędów, dać jej w pełni korzystać ze świata, żeby mogła rozwijać swą ciekawość i zaspokajać potrzeby odkrywania. Jednocześnie tez utrzymać przy życiu bez głębszych uszczerbków na zdrowiu. Proste prawda? :D
    Ciężko nie być nadopiekuńczą mamą kiedy na świat przychodzi nasz najcenniejszy skarb. Każda mama chciałaby, żeby na tym słodkim ciałku nie było ani jednego siniaczka. Ni wolno popadać w paranoje, ale czasem trochę nadopiekuńczości trzeba sobie wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo proste jak budowa cepa tylko trudne w realizacji ;)

      Usuń
  7. Moja mama w dzieciństwie też była nadopiekuńcza, ale w życiu zaliczyłam kilka siniaków, które nauczyły mnie, że nie warto jest pewnych rzeczy robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siniaki mimo że nieprzyjemne uczą nas życia, ja jestem za moje siniaki wdzięczna- dzięki nim jeste taka jaka jestem.

      Usuń
  8. Hahahha ja mam tak codziennie. Moja dwulatka, nazywam ją szogunem nie umie chodzić, ona biega. Nie potrafi się bawić normalnie - tylko skacze, wdrapuje się itp. Hahah

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger