Zu.

Zaczęło się od tego, że nie mogłam znaleźć drogi do kibla. Tfu! Do toalety, proszę ja Ciebie, damskiej, co to ona całkiem na górze, na trzecim piętrze, po prawej stronie zaraz za Smykiem się znajdowała. Kino, w którym moja córka Zu oraz moja skromna osoba oddawałyśmy się rozrywkom kulturalnym, położone było na piętrze drugim. Natomiast sala zabaw, w której Mimi spalała nadwyżkę energetyczną, umiejscowiona została jeszcze gdzieś zupełnie indziej, sorry, nie pamiętam, za dużo tam tego wszystkiego. A po drodze to jeszcze kilka sklepów, o które Zu zahaczyć chciała, bo wiesz, mamo, teraz takie bluzy są modne, takie co się one na równo z pępkiem kończą i takie poszarpane na dole całe. Zasadność kupowania ciepłych bluz, które owszem oskrzela i klatę ogrzeją, ba! nawet kaptur na głowę mają, ale za to pępek i nerki pozostawiają gołe, pozostawię bez komentarza.

Tak więc gdzieś pomiędzy tą salą zabaw, kinem a wieszakami z poszarpanymi ubraniami dla małolatów zachciało mi się siku. I tutaj mała dygresja- jeszcze tego o mnie nie wiesz, ale ja totalnie, absolutnie i pod żadnym pozorem nie mam zdolności orientowania się w terenie. Potrafię zgubić się dosłownie wszędzie, wystarczy tylko mną porządnie kilka razy zakręcić. Tak więc wyszłam ci ja taka zakręcona ze sklepu z naręczem poszarpanych bluz pod pachą i zupełnie, ale to zupełnie nie wiedziałam, w którą stronę mam się udać do kibla. Tfu! Do toalety, proszę ja Ciebie, damskiej, co to ona całkiem na górze, na trzecim piętrze... I gdyby nie Ona, starsza córka moja rodzona, to ja bym się, za przeproszeniem, zsikała w majtki. Zaprowadziła mnie, ziuu tu skręciła w lewo, szuu tu w prawo, tam wpakowała mnie na ruchome schody i palcem wskazującym drzwi do kibla, tfu!, do toalety, proszę ja Ciebie, damskiej, pokazała. I jak Ona, córka moja, po tej galerii handlowej biegała, jak mnie, matkę zdezorientowaną, prowadziła. Jak ciętymi ripostami zamykała mi usta, jak trafnie  sytuację puentowała, jak mnie na tych ruchomych schodach pouczała, że uważać mam, to... to ja jedyne, co przed oczami miałam, to ją, tę małą Zu kilkuletnią, która kurczowo trzymała się mojej ręki nie tylko w galeriach handlowych, ale w każdym innym publicznym miejscu. To ja ją prowadziłam do toalety, ostrzegałam przed ruchomymi schodami i niosłam na barana, kiedy się zmęczyła. Dzisiaj jest prawie taka wysoka jak ja, a buty to już mogę od niej pożyczać...

Pamiętam, że kiedyś bardzo nie chciałam, żeby urosła. Łapałam chwile w stop klatki i zamrażałam czas sto milionów razy dziennie. Z niepokojem myślałam o tym jak to będzie, kiedy z tej mojej zabawnej kluski wyłoni się Zu- nastolatka. Uwielbiałam ją malutką, przekręcającą śmiesznie słowa, śpiewającą misiom kołysanki. Bycie mamą dużego dziecka wydawało mi się totalnie nudne. Cudze duże dzieci jakieś takie mało zabawne są... tylko koleżanki, telefon przyklejony do ręki, postawa roszczeniowa, pyskówki i wywiadówki. Idealnie wyprasowana garsonka, czółenka na słupku, koczek misternie utytłany na czubku głowy i kolejna wizyta u dyrektora, bo dziecko nabroiło znowu. Nic tylko kurze łapki, siwe włosy i wór pokutny na grzbiecie. O, taką miałam wizję. Tymczasem moja córka już za kilka chwil skończy 11 lat i mimo że buntuje się jak zły, ciska gromami na prawo i lewo, i zawsze wie lepiej, to jest najbardziej fascynującym stworzeniem na tej planecie. Fascynujące jest to, że nagle przestała być moją kopią i zaczęła mieć własne zdanie, upodobania i opinie. Lubi rzeczy, których ja nie lubię. Nie lubi rzeczy, które ja wielbię. Reaguje zupełnie inaczej niż ja, odbiera świat na innych częstotliwościach i nie rozumie, dlaczego płaczę, kiedy odbiera świadectwo z biało-czerwonym paskiem. Niesamowicie jest przyglądać się, jak dzień po dniu kształtuje się jej światopogląd, jak zmieniają się gusta i upodobania. Jak szuka swojego miejsca. Jak zadaje coraz trudniejsze pytania. Jak świadomie przygląda się światu.

Bycie mamą dużego dziecka to wielka frajda i zupełnie nowa jakość. To wspólne oglądania filmów i ekscytowanie się wyjściem do kina tylko we dwie. To podkradanie mojej szminki i przeglądanie się w lustrze ze wszystkich stron. To nowe zajawki muzyczne, zamykanie się w pokoju "bo chcę, mamo, pobyć sama" i długie rozmowy z koleżanką przez telefon. To rysowanie serduszek z imieniem ulubionego kolegi w środku i fascynacja Harrym Potterem. Zmienność jej nastrojów codziennie zadziwia mnie od nowa. W jednej chwili potrafimy tańczyć razem jak dwie głupie, żeby za chwilę prowadzić poważną dyskusję na temat kremacji zwłok. Nadal przychodzi do mnie przytulić się przed snem, ale nie daj Boże cmoknę ją w obecności koleżanek.. łojezu jest ogień wtedy, jest! Bywa hałaśliwie i burzliwie, kiedy zamyka drzwi z wielkim hukiem, bo znowu okazałam się starym zgredem, który nic nie rozumie, spoko, biorę to na klatę. Bywa też wzruszająco, kiedy wciska mi na nadgarstek bransoletkę przyjaźni i stwierdza, że "to dla ciebie, mamo, bo jesteś moją najlepszą przyjaciółką" i wtedy myślę, że to duża sprawa jest. I że mi się, pomimo wszystko, udało.


18 komentarzy:

  1. Moja córka ma dopiero 4 lata ale już się boję jak będzie nastolatką. Chcę żeby zostala mała ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez nie mam orientacji w terenie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie napisane :) Miło czytać tak cudowne historie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe jak to będzie jak moja Tośka skończy 11 lat ;) JR

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo fajna historia i miło się ją naprawdę czyta ! Pozdrawiam Naciaka !

    OdpowiedzUsuń
  6. Duże dzieci to też frajda dla rodziców, to racja :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jesteś Mamą nastolatki. To zupełnie nowy, tajemniczy i pełen wyzwań etap w życiu. Jeszcze daleko przede mną.
    A Tobie życzę pięknych, wspólnych chwil i jak najmniej spięć i buntów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, mniej spięć bardzo by się przydało ;)

      Usuń
  8. Super wpis ! :) Bardzo przyjemnie spędziłem przy nim czas :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Już nie długo też mnie to czeka :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger