O tym, jak nie zostałam superhero.

Miałam napisać do Ciebie dzisiaj o czymś zupełnie innym. Ambitnie miało być- o książkach dla dzieci, co to kilka dni temu do mnie przyjechały i skradły moje serce. Nawet zaczęłam pisać, ale.... ale ten dzień był totalnie do dupy, proszę ja Ciebie, i bardzo się cieszę, że wreszcie się kończy. Dżizas, jak ja beznadziejnie, nieblogersko  zaczynam pisanie tego posta, jak daleko odbiega to od idei tego całego mojego pisania. Miało być z założenia o miłych, przyjemnych i tylko pozytywnych rzeczach. O tym, że szklanka jest w połowie pełna, wiesz, mindfullness, docenianie prostych przyjemności i te takie różne... No ale czasami jest do dupy i sorry ja Ciebie bardzo, ale muszę, no muszę, bo się inaczej uduszę, napisać jak jest. 



Czasami jest tak..


... (jakkolwiek przerażająco to brzmi), że rozumiem tych wszystkich szaleńców, którzy chwytają za kij bejsbolowy, kałasznikowa albo ewentualnie za włosy niewiernej połowy swojej i naparzają... nie że w ludzi naparzają, aż tak to źle ze mną nie jest, ale w taką ścianę na ten przykład, albo w auto zaparkowane gdzieś pod blokiem tłuką aż miło. Tak, mam takie wizje, pomimo całego arsenału cierpliwości, spokoju i zen, jaki w sobie posiadam. Ogłaszam wszem i wobec, że miewam  prawdziwie rozkoszne wizje szaleńczego wybuchu agresji. Pocieszam się jednak tym, że według jakichś tam mało znanych hamerykańskich naukowców, ci, którzy latami fantazjują o rozpieprzeniu czyjegoś auta kijem bejsbolowym, zazwyczaj pozostawiają to tylko w sferze fantazji. Tak więc sobie fantazjuję, siedząc w tym pierdolniku, w tym bajzlu totalnym, który urządziło moje młodsze dziecko. Siedzę na podłodze, po turecku, z laptopem ustawionym na prowizorycznym stoliku ze starych "Twoich stylów" i udaję, że siedzę w moim własnym biurze. Bielutkim takim całym, z dodatkiem jasnego drewna, miękkich zasłon w kolorze pudrowego różu, a moje bose stopy zanurzają się przyjemnie w puchatym dywanie. Koloru szarego i koniecznie bez wgniecionej ciastoliny tudzież resztek herbatników. A przede wszystkim udaję, że nie widzę. Tych kloców lego, ciastoliny, tych herbatników pokruszonych, pluszaków i kredek porozwalanych dookoła mnie. Tych brudnych ciuchów zrzuconych przed dwójkę nieletnich w kąt pokoju, niczym wężowa skórka (czy oni serio myślą, że te ciuchy same popełzną do pralki??). Tych kolorowych spinek, gumek do włosów, lalkowych bucików nie od pary wystających spod kanapy. Tego kurzu, co to od tygodnia ścierany nie był- tak, wiem, że niezdrowe to i że za chwilę wszyscy pomrzemy na nieżyty dróg oddechowy oraz nieżyty dróg wszelakich.

To, że udaję ślepą, już ustaliłyśmy. 


Ponadto udaję głuchą, kiedy pipczenie wszystkich urządzeń domowych daje mi dobitnie znać, że oto zakończyły swoją pracę i żądają ode mnie natychmiastowego wyłączenia, przełączenia, rozłączenia, przeprogramowania, rozładowania, wyładowania, przeładowania, ponownego załadowania, oczyszczenia, naciśnięcia pierdyliarda guzików..... a dajcie wy mi święty spokój! Naparzam w tę klawiaturę jak opętana, rzucam pod nosem słowa wysoce niecenzuralne, licząc na to, że dzieci tak bardzo zajęły się zabawą, że nie usłyszą. Jak to zwykle bywa usłyszały, paskudniki jedne, dobitnie uzmysławiając mi ten fakt drąc się jak głupie "mama powiedziała duuuuuuuuuuupa!!!!". Besztam je groźnie, siebie besztam w myślach jeszcze groźniej, dziękując aniołkom w niebiesiach za to, że młode nie usłyszały tych gorszych odrobinę inwektyw. Ostatni raz wyrzucam z siebie na jednym oddechu, bezgłośnie "dupadupadupa" i solennie obiecuję sama sobie poprawę, po czym naparzam w klawiaturę z jeszcze większym wkur... to znaczy się z niejaką irytacją naparzam (obiecałam nie bluzgać, to nie będę). Piszę o moich ulubionych netflixowym serialach, bo ostatnio mocno serialowa się zrobiłam. Piszę o budowaniu odporności u dzieci przed jesienią. I o super książkach, które kilka dni temu moje córki dostały od pewnego wydawnictwa. Pewnie o tym nie wiesz (na stówę nie wiesz, bo skąd niby miałabyś), ale mam w roboczych trzycyfrową liczbę rozpoczętych postów. Obłęd, nie? I ja to wszystko naraz chciałabym napisać! Nie da się. No NIEDASIĘ! I wtedy, ku rozrywce, wchodzę na mojego insta i widzę tam na górze po prawej stronie, że migają mi nowe wiadomości. Ok, spoko loko, normalka, coś tam do mnie codziennie przychodzi. Zaglądam, czytam, czytam i moje oczy robię się okrągłe jak spodki. Po kilku wiadomościach nie wiem czy śmiać się, czy płakać.

Wybieram jednakowoż to pierwsze. 


I wybucham niepohamowanym, głośnym, nieco histerycznym śmiechem. "Ale na pewno wszystko ok?"- pyta pan mąż, wsadzając głowę w pół uchylone drzwi, a na jego obliczu maluje się coś na kształt troski wymieszanej ze strachem. Nie uzyskawszy odpowiedzi, rysuje wymownie kółeczko na czole i pędzi rozdzielać dzieci, które postanowiły oskalpować się wzajemnie. To znaczy młodsze postanowiło oskalpować starsze, na co starsze zareagowało wrzaskiem tak okrutnym, że słowo daję słyszeli ją pięć ulic dalej. Nawet nie wiedziałam, że moja starsza córka potrafi wejść na takie decybele, hm. Tak, młodsze jest zdecydowanie najbardziej agresywną jednostką w tym całym czteroosobowym pierdolniku... Tak więc chciałam Ci powiedzieć, Tobie, która zapytała mnie dzisiaj na insta jak to jest mieć idealne życie. Blisko pól i łąk, lasu i jeziora, z dwiema uroczymi córeczkami, które czytają tylko mądre książeczki i bawią się drewnianymi zabawkami, z panem mężem wspierającym i kochającym forever'n'ever, z piękną modną torebką, z czasem na pracę i czasem na relaks, z godzinką na jazdę na rowerze i wieczorny film. Z koloowymi warzywnymi wege obiadami i z pięknymi kadrami, które wrzucam na insta. Wiesz co? Nie wiem, totalnie nie wiem, jak to jest mieć idealne życie, bo takiego nie posiadam :)

Są czasami takie dni jak dzisiaj.


Cały misternie utkany obraz rozpada się na kawałki i dociera wtedy do człowieka kim naprawdę jest oraz chyba nawet bardziej to, kim nie jest i najprawdopodobniej nigdy nie będzie. Że chce być superlaską, superblogerką i supermamą, a do tego supercórką, supersąsiadką i superżoną. A zamiast tego warczy na dzieci, ma 140 rozpoczętych i nieskończonych postów, kończące się terminy na głowie, odpryśnięty lakier na paznokciach, rozmazany tusz pod prawym okiem i odrosty na pół głowy. I wkurwa ma permanentnego- od siódmej rano do północy. Nigdy nie zgrywałam idealnej, chociaż przyznaję, że na instagramowych kwadracikach życie potrafi wyglądać iście bajkowo. Przecież nikt nie pokazuje brudnego podwórka, prawda? Ja też ulegam złudzeniom, że inne sobie radzą. Mają uśmiechnięte, czyste dzieci, które zawsze po sobie sprzątają i nigdy nie pyskują. Mają ogarnięte na błysk domy, umyte okna i codziennie dwudaniowy zdrowy (!) obiad na stole. Trzy razy w tygodniu na fitness dygają, potrafią przeżyć wieczór na misce sałaty i znajdują czas na pomalowanie paznokci. Są pracowite, zdeterminowane i umieszczają posty co drugi dzień bez tygodniowej zawiechy... Serio? Powiedz sama- SERIO? Istnieją gdzieś takie superkobiety, super-kuźwa-hero-stars? Widziałaś gdzieś na żywo taką supermamę, superżonę, superblogerkę? Superpaniądomu? Superbezskazy? Czy widziałaś je gdzieś na insta, na blogu, na youtubie, na ulicy i uznałaś, że są fantastyczne, bo mignęły Ci gdzieś przelotnie jej wyjątkowo tego dnia czyste dzieci, pomalowane paznokcie i chudy zadek?


Centrum pierdolnika.


Tak więc nadaję dziś do Ciebie siedząc w samym centrum największego pierdolnika jaki ten dom widział, udając, że jestem ślepa i głucha, generalnie udając, że w tej jednej chwili jestem zupełnie gdzie indziej i że to nie ja dzisiaj nakrzyczałam na swoje dzieci, a potem w kilku żołnierskich słowach kazałam mojego mężowi wziąć się i spadać do mamusi. Cud jakiś, że się nie wziął i nie spadł. Czasami mam taką kumulację negatywnych emocji, przewinień i wyrzutów sumienia, że jedyne na co mam ochotę, to zasłużyć na rozkładówkę w najnowszym wydaniu "Faktów" jako ta, która zwariowała i czyny straszne popełniła. Przed obłędem powstrzymuje mnie jedynie myśl, że do rozkładówkowego zdjęcia nawet rozświetlacza na kości policzkowe nałożyć by mi nie dali i jak bym ja w ogóle wyglądała... dupadupadupa, ot co!

Howgh!

22 komentarze:

  1. haha o jesu kocham cię!!!!! JR

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem nie da się pisać tylko ładnie i tylko o dobrych rzeczach, a jak zdarza się taki post jak ten, to człowiek wie, że jesteś normalną kobietą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalną z bałaganem na chacie i wrzeszczącymi dziećmi ;)

      Usuń
  3. świetnie napisane :) nie zawsze jest kolorowo, ale trzeba to przeżyć i będzie lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytało się jednym tchem, pisz więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z przyjemnością, tylko niech czas na pisanie się znajdzie ;)

      Usuń
  5. Nieblogowy? Jak najbardziej blogowy. Świetny wpis :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Idealnego życie nie ma nikt, nie ma co się oszukiwać. Instagram, Fabcebook, blogi pokazują nam piękne zdjęcia i opisy tego jak można wspaniale żyć. Trochę można powiedzieć w tym zakłamania, trochę po prostu chęci pokazanie czegoś z lepszej strony bo fakt kto chce oglądać brud syf i nieszczęścia. My tez nie chcemy ich pokazywać. Dlatego wrzucamy fotkę kiedy z plaży nim jeszcze się zmoczyłyśmy i jesteśmy ładnie umalowane, słońce świeci a my się uśmiechamy a nie fotkę z domku letniskowego gdzie patrzymy na deszcz za oknem a dzieciaki się biją bo nie mają co robić. Tu już nawet nie mówię o osobach publicznych, prowadzących bloga tylko typowych użytkowników chociażby fejsa. Pani, która do ciebie napisała tylko współczuć, że taka nieuświadomiona jest. Z dzieciakami nigdy nie jest idealnie. Owszem to prawdziwe skarby ale zawsze będzie brudno, zawsze będą krzyki, kłótnie, bijatyki, rozszarpane nerwy. Na wszelki wypadek odłóż ten kij :P Pozdrawiam serdecznie i daj się wyprowadzić z równowagi. Nawet z okruchami na dywanie i kurzem na półkach możesz mieć idealne życie ;) No nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne ;) Kija nigdy nie użyję, promys ;)

      Usuń
  7. Czasem właśnie takie dni jak dupadupadupa się zdarzają. Byle nie seriami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie zazwyczaj chodzą parami- jeden dzień dupadupadupa, a drugi dzień na wychodzenie z dupy ;)

      Usuń
  8. Wpis genialny, własnie takich brakuje. Ważne jest aby takie dni szybko minęły :D Trzeba pozytywnie myśleć!
    Pozdrawiam, Weronika ♥
    pasjeweroniki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko zawsze myślę pozytywnie, nawet w takie dni :))

      Usuń
  9. Czasami człowiek musi, no musi się zdenerwował, krzyknąć i przeklnąć, i jakoś tak wtedy wraca do rytmu, a wszystko nabiera kształtów. Wiem, chociaż dzieci, męża, ani nawet rozpoczętych postów, których ci zazdroszczę, nie posiadam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co racja to racja, jak raz na jakiś czas nie upuszczę trochę pary, to słabo jest... ;) A rozpoczęte posty... niby fajnie, tylko czasu na dokończenie brak ;)

      Usuń
  10. Normalność przede wszystkim ;-) Wbrew wszystkiemu uważam, że to świetny post i super, że napisałaś na ten temat.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger