Rozładowane baterie.

Tego na początku zupełnie nie widać...


Dzień jak co dzień. 24 godziny zapełnione co do minuty, bo nawet, kiedy śpisz, to i tak rozkminiasz. Owsianka na śniadanie, naleśniki na obiad, kanapki na kolację. Wstawiasz obiad na jutro, zamrażając porcje na pojutrze i zmywając naczynia po dzisiejszym. Puszczasz czwarte pranie, ściągając z linki trzecie i składając drugie, o pierwszym przypominasz sobie gdzieś po drodze. Zimna kawa, rozlany sok, gluty zwisające aż po brodę. Klocek lego, ten najmniejszy i najostrzejszy, boleśnie wbity w piętę. A przecież ciągle powtarzasz, żeby po sobie sprzątali! Tej narastającej frustracji naprawdę na początku nie czuć. Niby wiesz, że jestem bardziej zmęczona, poirytowana i smutna niż zazwyczaj, ae udajesz, że to tylko biomet dzisiaj niekorzystny i że spoko loko, jest git. Spychasz ją gdzieś na drugi, trzeci, dziesiąty plan i mruczysz pod nosem ze złością: "no weź się, no! inne dają radę, a ty nie dasz??". No i bierzesz się i dajesz. Kto jak nie Ty... Siłaczka- kuźwa- nie- do- zdarcia. A potem kolejny skłon, przysiad, skłon, przysiad, wyskok, przysiad, skłon, wyskok, jeden wymach, drugi wymach, jeszcze więcej skłonów... Góra brudnych ciuchów upchanych pod łóżkiem w pokoju dzieci, które nie wiedzieć czemu zupełnie ignorują istnienie czegoś tak oczywistego jak kosz na brudną bieliznę, i namiętnie tworzą z brudnych gaci kule niczym żuki gnojarze. Wkurw osiąga niebezpiecznie wysoki poziom. Emocje, do których nie dajesz sobie prawa, w końcu wylewają się z Ciebie z siłą wodospadu (i nie jest to broń Boże reklama Corega Tabs), niszcząc przy tym bardzo, bardzo dużo. 


Diagnoza- wyczerpane baterie... 


Baterie mają to do siebie, że się wyczerpują i trzeba je raz na jakiś wymieniać. Albo podładować nieco. Skoro postawiłaś już sobie diagnozę, to teraz czas na lekarstwo- dwie godziny odpoczynku od rodziny. Zła matka. Bardzo zła matka. Zlinczować taką cholerę, powiesić za uszy i prać po tyłku. A potem patrzeć czy równo puchnie. Albo brać przykład, jeśli aktualnie jesteś mamą, która na chwilę (bądź dwie) postawiła siebie gdzieś na szarej liście życiowych priorytetów. Polecam opcję numero dos. Zdecydowanie.  Czas dla siebie kiedyś był tak oczywistą oczywistością, że nawet się nad nim specjalnie nie zastanawiałam. Nie zastanawiasz się przecież nad czymś, co masz od zawsze i co jest dla Ciebie tak naturalne jak oddychanie. Czas był i już. Jak świeże bułeczki co rano, rosół w niedzielę i pryszcz na czole na chwilę przed randką życia. Weekendowe poranki były leniwe, spędzane zazwyczaj z kubkiem kawy i książką w łóżku tak długo jak miałam ochotę, często do południa. A weekendowe wieczory, cóż, tu dla odmiany leniwie raczej nie bywało. Ustawiałam się z dziewczynami albo z typem jakimś i heja do rana. Dzisiaj również ustawiam się z dziewczynami oraz z typem, z tym że dziewczyny mają 11 i 3 lata, a typ ten sam od pierdyliarda lat, taki paradoks ;) Jako dwudziestokilkulatka traktowałam czas dla siebie jak coś co po prostu jest. Mam go i koniec i mieć go będę aż do usranej śmierci. Dziesięć lat temu nie kombinowałam co też by tu zrobić, żeby wydrzeć dniowi godzinkę lub dwie na pobycie sam na sam ze sobą. Teraz, owszem, kombinuję. Chociaż przyznam szczerze, że już kombinować specjalnie nie muszę, bo po niemal jedenastu latach bycia mamą oraz po trzech latach bycia podwójną mamą, wypracowałam sobie jako taką przestrzeń dla mnie samej. Łatwo nie było, ale udało się. Największym wrogiem, jakiego musiałam pokonać, byłam ja sama. Oraz moje wyrzuty sumienia, poczucie winy czy inne poczucie.. obowiązku na ten przykład, źle pojmowanej miłości macierzyńskiej czy wręcz zarozumialstwo, bo...

...kto inny najlepiej się zajmie moimi dziećmi jak nie ja sama, co???


Tak, mam (miałam?) zadatki na nieco stukniętą, nadgorliwą, perfekcyjną mamę, która lata nad dziećmi niczym pilot oblatywacz czy też zagania je pod swoje nastroszone pióra jak matka kwoka... Przeszło mi. Wróć! Przechodzi mi, bo to jednak proces mocno złożony jest. Czasami trzeba niezłego samozaparcia, żeby zostawić za sobą całą tą domową rozpierduchę, zamknąć za sobą drzwi i liczyć na to, że pan mąż ogarnie. Ogarnia, skubaniec jeden, ogarnia zawsze. Więc może warto opuścić wreszcie gardę, poluzować zaciśniętą gumę w majtach i przekazać stery w inne ręce? Pojechałam dzisiaj rowerem na dwugodzinną wycieczkę. Sama. Na pola, przez las, po drodze zahaczając o kapliczkę, płosząc stadko polnych zajęcy i gubiąc się w polu kukurydzy. Kojarzysz horror "Dzieci kukurydzy"? No, to te klimaty właśnie. Potem wróciłam do domu i wiesz co? Nikt nie umarł. Nikomu kończyn nie urwało. Nikt nie wylądował na pogotowiu w tym czasie. Dziękuję, wszyscy zdrowi. Ja za to zyskałam dystans do domowych oraz zawodowych spraw, którego w domu na pewno bym nie zyskała. Potrzebuję wyjść z domu, wyjechać na chwilę, żeby móc spojrzeć na problemy z innej perspektywy. Bardzo często właśnie wtedy okazuje się, że problemy, które wydawały się murami nie do przeskoczenia, to w zasadzie mikromurki jakieś są. Ot podskoczę i już.

Jest środowy wieczór... 


Mam wolną chwilę, co w środku tygodnia wieczorem zdarza się raczej niezwykle rzadko. Bardzo doceniam, naprawdę, to, że starsza córka poszła spać do dziadków, a młodsza wyjątkowo spokojnie leży w swoim łóżeczku i jest spora szansa, że zaraz odleci. Moszczę się wygodnie w łóżku, poprawiam poduszki za plecami i udaję, że nie słyszę pipczenia pralki, która właśnie skończyła swoją robotę. Nic się nie stanie jak poczeka do rana. Łyk zimnego cytrynowego piwa (tylko takie lubię, taka ze mnie piwoszka) i już mi błogo. Cyk pyk- odpalam laptop, wrzucam kartę z aparatu, słuchawki wciskam na uszy i odpalam Męskie Granie (Jeśli jeszcze nie słyszałaś TEJ piosenki, to natychmiast nadrób to niedopatrzenie! Podziękujesz później.) Podśpiewując bezgłośnie pod nosem, co by nie przerwać procesu odlatywania młodej, a poza tym to ja serio głośno nucić nie powinnam, bo śpiewam gorzej niż zraniony bawół... także ten, nucąc bezgłośnie i podrzucając rytmicznie bioderkiem, zgrywam zdjęcia z dzisiejszej mojej porannej rowerowej ewakuacji. Puenty wyjątkowo nie będzie. Foty będą. Aaa i jeszcze jedno, droga Kobieto, kochana Mamo... nie zapominaj o sobie, nigdy. Weź wolne na weekend, na jeden dzień, choćby tylko na parę godzin. Wsiądź na rower/ do samochodu/ pociągu i spędź ten czas sama ze sobą. 

Wyłącz telefon, spokojnie, poradzą sobie. 

















24 komentarze:

  1. Piękne zdjęcia natury. Oby więcej takich wspaniałych zdjęć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, takie widoki mam aktualnie dookoła :)

      Usuń
  2. Zdjęcia niby takie zwykłe, proste, a tyle w nich sielskiego spokoju, że aż chce się tutaj u ciebie zostać na dłużej, kocham, uwielbiam!!!! Jula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zostań na dłużej, Jula, będzie mi bardzo miło, buziaki! :*

      Usuń
  3. Piękne zdjęcia i bardzo ciekawy wpis :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sielsko anielsko ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie od pewnego czasu tak robię, bo istniała poważna obawa, że stanę się sfrustrowaną, okropną babą �� �� �� Co prawda mój mąż nie za bardzo ogarnia, ale mam to gdzieś. Mi też się coś od życia należy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre podejście :) Mąż się w końcu nauczy, nie będzie miał wyjścia ;)

      Usuń
  6. Piękne fotografie. Oj znam ten stan rozładowania baterii doskonale. Najmniej również takie widoki działają cuda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak takie sielskie widoczki zawsze pomagają na frustrację :)

      Usuń
  7. Tak! Trochę czasu dla siebie, trochę wytchnienia i wszystko wraca na swoje miejsce. Baterie gotowe do dalszego działania! U mnie też o tym... O tym, by włączyć choć na chwilę opcję "przerwa". http://sasanki.com/najlepsza-rada-jaka-przeczytalam-ostatnio-na-blogu-parentingowym-2/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam u Ciebie, że mama wykonuje pracę odpowiadającą 2,5 etatu... szok. !

      Usuń
  8. Dobrze napisane, ładne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja wlasie staram sie wyskrobac trochę czasu dla siebie tym bardziej że spodziewam się drugiego dziecka i później już pewnie nie bedę miała tyle czasu.Aczkolwiek starszy synek idzie do przedszkola wiec może może :) Cudowne zdjecia, jakbym była w rodzinnych stronach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie wystąpił taki paradoks, że przy jednym dziecku mniej dbałam o czas dla siebie. Dopiero przy drugim okazało się, że jednak dobra organizacja to podstawa i ten czas jednak jest ;)

      Usuń
  10. Czasem wystarczy godzinny wypad za miasto, z dala od miejskiego zgiełku, od codziennych problemów, przyjemne nabieranie dystansu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, godzinka tylko dla siebie potrafi zdziałać cuda :)

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger