Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.


Nie pamiętam dokładnie od kiedy tu mieszkali. Dzisiaj wydaje mi się, że byli na naszej ulicy od zawsze. Ich dom stał na samym rogu, na niewielkiej górce i przez całe moje dzieciństwo tak właśnie wyobrażałam sobie dom na Zielonych Wzgórzach. Taki trochę z innej bajki. Duży, chociaż z każdym rokiem jakby malał, a może to ja po prostu rosłam? Dom miał dwie kuchnie- zimową i letnią (powiedz mi czy teraz buduje się domy z dwiema kuchniami?) i w tej letniej kuchni, która cała odkryta była, tylko dach miała na palach takich, Ona ciągle coś gotowała. A to warzyła kompot z gruszek, smażyła placki ziemniaczane albo różowy chłodnik nalewała do miseczek z wisienkami. Nie wiem dlaczego, ale ja te wisienki na tych miseczkach zapamiętałam z dzieciństwa bardzo wyraźnie. Szukam teraz jako dorosła już osoba, która chłodnik do miseczek nalewa, takich samych miseczek z wisienkami, ale nigdzie nie mogę znaleźć. Szukam po targach staroci, po olx-ach i innych allegrach, ale nie ma... Jakbyś gdzieś takie zobaczyła, to będę zobowiązana, naprawdę. 

Jak Ona już ten chłodnik do tych miseczek ponalewała, kompotu jak dla pułku wojska uwarzyła, chociaż we wielkim domu z dwiema kuchniami sama z Nim mieszkała, to zawsze mnie wołała. Żebym przyszła i zjadła trochę. Owoców z Ich sadu ponazrywała, ziół dla mojej mamy zaniosła, pajdę chleba z masłem i cukrem do mojej brudnej ręki wciskała. Wtedy, wiesz, w latach 80-90 dzieciaki takie miały dzieciństwo, że latały samopas całe lato i nikt się nie bał. Brudnymi rękoma biały chleb z toną glutenu i cukru jadły. Jak rano po śniadaniu wybiegałam z domu, to wracałam wieczorem- brudna jak czort, z poobdartymi kolanami i z kleszczami w łydkach. Nawet na jedzenie nie wracałam, bo sąsiedzi zawsze zawołali i dobrociami prosto ze swoich ogrodów nakarmili. Takie to czasy były. Najlepiej ze wszystkich sąsiadów karmiła mnie Ona. Ten chłodnik z botwiny w miseczkach z wisienkami już u nikogo innego później tak dobrze nie smakował. Sama próbuję odtworzyć ten smak, ale nie umiem. Nie potrafię już po prostu, ale może to i dobrze. Pewne smaki, zapachy i kolory zamknięte powinny zostać w przeszłości, tak sądzę. 


Codziennie wieczorem chodzili na spacer, Ona i On, dwójka starszych ludzi z posiwiałymi włosami, trzymających się ręce. On już wtedy chodził o laseczce, Ona dreptała obok niego jak mała kuleczka wysoko zadzierając głowę, żeby spojrzeć Mu w oczy, kiedy do Niej mówił. Jako dziecko dzięki Nim myślałam, że wszyscy starsi ludzie trzymają się za ręce. Teraz już wiem, że wcale tak nie jest, ale jestem Im wdzięczna, że dane mi było takich Ich widzieć. Często wyciągali ręce, a ja te ręce z radością chwytałam i szłam na spacer z Nimi, słuchając z otwartą buzią i wypiekami na twarzy każdej historii, a musisz wiedzieć, że było ich całe mnóstwo. O szopie, która nie wiadomo dlaczego zapaliła się w trakcie ulewnego deszczu. O psie, który co rano przychodził do kiosku po gazety dla swojego pana. O skarbie, który w czasie wojny Niemcy w jeziorze zatopili. O Janince, co to wbrew woli bogatych rodziców za biedaka poszła. O gołębiach, które co roku budują gniazdo na tej samej gałęzi i jędzą ludziom z ręki. 

A potem dorosłam. 

Ich włosy pobielały. Ona skurczyła się jeszcze bardziej. On przestał chodzić w ogóle. 

Ona każdego lata wołała mnie na różowy chłodnik z botwinki w miseczce z wisienkami. Coraz mniejsza w swojej letniej kuchni mi się wydawała, wielki dom malał z każdym dniem, a ja rosłam. Oddalałam się od domu na wzgórzu. Coraz dalej i dalej. Miałam sto tysięcy spraw na głowie. Jeszcze pójdę do Niej, jeszcze zjem Jej różowy chłodnik. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

On coraz bardziej wysuszony, pomarszczony z okna pokoiku na poddaszu wołał, że ciekawą książkę dla mnie znalazł, ale ja z koleżanką akurat byłam umówiona. Przepraszam, wpadnę później. Kiedy? Nie wiem. Zobaczę. W wolnej chwili jakiejś. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

Ona gruszki i czereśnie dla mnie zbierała, bo wiedziała, że lubię najbardziej właśnie te z Ich ogrodu, ale ja do kina z kolejnym chłopakiem wystrojona leciałam. A po te gruszki wielkie, soczyste i czereśnie napęczniałe od słońca zajdę później. Albo jutro. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

On wycinał dla mnie z kolorowych gazet wegetariańskie przepisy. Mówił, że nie rozumie, jak to tak bez mięsa można. Że przepisy dziwne takie, ale wycina, bo wie, że lubię. Muszę wreszcie zajść do Niego po te wycinki. Podobno całą teczkę uzbierał. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.


Przechodziłam obok wielkiego- malejącego domu z dwiema kuchniami i za każdym razem jak bolesne ukłucie wielkiej szpilki przychodziło poczucie winy. Że nie zaglądam już na herbatkę, nie wpadam po sok z malin, który co roku dla mnie zaprawiała. Że nie robię już Im zakupów, nie przynoszę sobotnich bułek z piekarni za rogiem. Że nie słucham historii z dalekiej przeszłości. Że mnie one nie interesują już- to największe ukłucie było. Trzeba to zmienić. Trzeba zajść do Nich nareszcie. Ale to w piątek. W sobotę może. Albo w niedzielę po filmie. Tak, niedziela będzie ok. A jak się nie uda, to nic, bo jeszcze zdążę, jeszcze będzie czas.

Pewnego dnia sąsiadka przybiegła z wiadomością, że w nocy zabrała Ich karetka. Razem, bo Ona ze szpitala ze złamanym biodrem szybko nie wyjdzie, a On we wielkim pustym domu z dwie kuchniami sam zostać nie może. Na wózku jeździ, więc jak to tak...  Muszę Ich odwiedzić, pomyślałam, pomarańcze zawieźć, soków nakupić. Te gazety, co to On je tak czytać lubi, do torby zapakować. Jeszcze Ich odwiedzę. Jeszcze do Nich pojadę. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

Ona wreszcie ze szpitala wróciła. Bardzo odmieniona. Już na chłodnik z botwinki w miseczce z wisienkami nie wołała. Leżała w łóżku. Pielęgniarka do Niej co drugi dzień przychodziła. Wiedziałam, że powinnam zajrzeć, złożyć kondolencje, za rękę wysuszoną potrzymać. Jeszcze zajrzę, jeszcze powiem, że mi tak bardzo przykro. Jeszcze zdążę, przecież jeszcze będzie na to czas... 

On już do domu nie wrócił. Pielęgniarka opowiadała, że Ona zła strasznie na Niego była, że Ją samą na świecie zostawił. Miał udar. Szybko poszło, jak to pani Basia, nasza sąsiadka powiedziała. Jak to tak? Przecież miałam iść po przepisy, po ciąg dalszy historii, na herbatkę z malinami. Zajść do Niego w drodze na zakupy miałam i zapytać jak się czuje, jak Mu się dni dnią i co ciekawego ostatnio przeczytał. Miałam siatę bułek z dynią, Jego ulubionych, nakupić i w niedzielny poranek zanieść. Radość sprawić miałam. Myślałam, że jeszcze zdążę. Myślałam, że jeszcze mam czas.


Dzisiaj widziałam jak w domu na rogu, kiedyś wielkim, teraz całkiem malutkim, tym z dwiema kuchniami- jedną letnią, drugą zimową, zaczęła się nowa historia. Dwie blondwłose dziewczynki wesoło biegały wokół drzew, a pod ich nogami plątał się wyjątkowo głośny kundelek. Wysoki, barczysty mężczyzna (wyglądał jak Morgan Freeman, tylko biały, słowo daję) wnosił kartony podpisane "PORCELANA, NIE ZBIĆ" po schodkach, którymi milion razy wchodziłam jako dziecko. Sympatycznie wyglądająca kobieta gotowała coś w letniej kuchni. Może chłodnik? Może w kartonach mają miseczki z wisienkami? Te, których ja tak na tych targach staroci szukam? Trzeba upiec babeczki i przyjść się przywitać. Zaprzyjaźnić się może. Może na grilla zaprosić. Jutro. Dzisiaj jestem bardzo zajęta. 

Jeszcze zdążę. Przecież jeszcze będzie czas...

19 komentarzy:

  1. Woooow ale się super czytało! Bomba! Pozdrawiam serdecznie, będę zaglądać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę i oczywiście zapraszam :)

      Usuń
  2. Jeden z lepszych Twoich tekstow, Ani. Piękne aż ciary szły. JR

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten czas.. często się łapie na tym, że wlaswła tak myślę Jeszcze zdążę.... A czasami jest juz za pozno... Smutne i prawdziwe... I pięknie napisane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wszyscy mamy tendencję do odkładania spraw na później. Takie to ludzkie.

      Usuń
  4. Pięknie piszesz! Wzruszyłam się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoje wzruszenie to dla mnie najlepszy komplement :)

      Usuń
  5. Piękna historia i smutna za razem aż się łezka w oku zakręciła... Tak często myślimy, że dla innych znajdzie się jeszcze czas. Tak naprawdę mamy jeszcze czas na całą gonitwę tego świata a ludzie niestety odchodzą

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękny wpis... Daje do myślenia...

    OdpowiedzUsuń
  7. Pięknie napisane. Daje do Myślenia. Ciągle gdzieś gonimy I przestajemy zauważać uciekający czas. Przecież jeszcze zdąże jeszcze mam czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie ma osoby, która nie nadużywałaby tego stwierdzenia.

      Usuń
  8. Twoja opowieść natychmiast przypomniała mi obraz mojego Taty.
    Zawsze żył dniem dzisiejszym. Nie myślał o jutrze. Gdy zaczął chorować na raka płuc, jego zdrowie posypało się w mig. Mama prosiła by uporządkował swoje sprawy, pokazał, gdzie trzyma klucze do piwnicy, zostawił kontakt do dalekiej rodziny, z którą się poróżnił lata temu. Jeszcze będzie czas...
    Taty nie ma z nami już 6 lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tato jest dokładnie taki sam. Mimo że obie z mamą prosimy go, żeby pokazał nam gdzie trzyma ważne dokumenty i inne tego typu rzeczy, to ciągle mówi- jutro. Prosimy go tak od pół roku...

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger