Domowe lody na patyku z mleczka kokosowego.

Domowe lody na patyku z mleczka kokosowego.

Niedziela mogła być jednym z najsłabszych dni w tym roku. Mówi się o ciszy przed burzą, a tymczasem nasz weekend pełen był wrażeń, nie do końca pozytywnych. Nie żebym narzekała na upał, bo czekam na lato przez większość miesięcy w roku, ale tym razem powietrze aż skrzyło się od wibrujących emocji, co w połączeniu z ponad 32 stopniowym skwarem było nie do zniesienia. Czasami tak jest, że złe zdarzenia kumulują się w najmniej oczekiwanym momencie. Nas dopadło w weekend. Miało być inaczej, wyszło jak wyszło. Życie. Chwilami mój nastrój był tak bliski dna, że już czułam muł wciskający mi się do uszu, zatykający dziurki od nosa, zalewający oczy. Wypatrywałam tęsknie burzy, chciałam, żeby przyszła i rozładowała atmosferę, ale przeszła bokiem. Burza to jest takie zjawisko z gatunku "uwielbiam nieprzytomnie, ale boję się", tak samo zresztą jak horrory o zombie. Oglądam zafascynowana gotowa w każdej chwili wskoczyć za fotel, żeby się ukryć. Tak czy siak burza nie przyszła. Trochę pogrzmiało, pobłyskało w oddali, coś tam popadało i tyle. Koniec. Na więcej raczej liczyć nie możemy. W pełni rozgrzeszona mogłam więc zrzucić winę na krwawy księżyc. Mogłam zakopać się w tym mule, zagrzebać w bagnie jak ślimak jakiś i pozwolić, żeby wciągnęło mnie totalnie. Mogłam rozpłakać się histerycznie, pokazać wszystkim środkowy palec i rozpaczać jakie to życie jest beznadziejne. Mogłam... A mogłam też wrzucić dzieciaki do basenu, dać im do zabawy dwie puste butelki po wodzie mineralnej i mogłam patrzeć jak mają największą radochę ever. Mogłam zakasać rękawy, ubić mleczko kokosowe i przygotować im domowe lody z owocami. Mogłam rozłożyć się obok nich z książką w jednej ręce i zimnym radlerem w drugiej i mogłam łapać opaleniznę. Mogłam rozejrzeć się przytomnie dookoła, wciągnąć głęboko do płuc gorące lipcowe powietrze i dojść do wniosku, że się mylę, tak bardzo, bardzo się mylę. Mogłam strząsnąć z siebie ten paskudny mul, zamoczyć nogi w przyjemnie chłodnej basenowej wodzie i odbić się z całej siły od dna. Mogłam uśmiechnąć się wesoło do życia, pomimo tego, że takie niezdecydowane jest, bo raz przesłodzone jak ulepek, a raz zwala z nóg potężnym ciosem między oczy. Mogłam powiedzieć, że kocham cię, życie, nieprzytomnie i biorę cię ze wszystkim co ze sobą niesiesz. I tak też zrobiłam :)


DOMOWE LODY KOKOSOWE Z OWOCAMI

(przepis na 4 małe lub 2 duże porcje)

Potrzebujesz: 


2 banany 
puszka gęstego mleczka kokosowego
1/2 szklanki wiórków kokosowych
garść ulubionych owoców jagodowych 
blender
plastikowe pojemniki do robienia lodów (ja swoje kupiłam w Pepco)
ewentualnie jakiś dosładzacz, jeśli lubisz słodkie lody, np. stewię


Zrób tak:


Banany pokrój na kawałki i zamroź. Zamrożone banany włóż do blendera, dodaj mleczko kokosowe, wiórki kokosowe i dosładzacz, jeśli chcesz. Zmiksuj na gładką masę. Wymieszaj ze świeżymi owocami- te duże pokrój na mniejsze kawałki. Lody będą gotowe po ok. 3-4 godzinach w zamrażalniku.





Rozładowane baterie.

Rozładowane baterie.

Tego na początku zupełnie nie widać...


Dzień jak co dzień. 24 godziny zapełnione co do minuty, bo nawet, kiedy śpisz, to i tak rozkminiasz. Owsianka na śniadanie, naleśniki na obiad, kanapki na kolację. Wstawiasz obiad na jutro, zamrażając porcje na pojutrze i zmywając naczynia po dzisiejszym. Puszczasz czwarte pranie, ściągając z linki trzecie i składając drugie, o pierwszym przypominasz sobie gdzieś po drodze. Zimna kawa, rozlany sok, gluty zwisające aż po brodę. Klocek lego, ten najmniejszy i najostrzejszy, boleśnie wbity w piętę. A przecież ciągle powtarzasz, żeby po sobie sprzątali! Tej narastającej frustracji naprawdę na początku nie czuć. Niby wiesz, że jestem bardziej zmęczona, poirytowana i smutna niż zazwyczaj, ae udajesz, że to tylko biomet dzisiaj niekorzystny i że spoko loko, jest git. Spychasz ją gdzieś na drugi, trzeci, dziesiąty plan i mruczysz pod nosem ze złością: "no weź się, no! inne dają radę, a ty nie dasz??". No i bierzesz się i dajesz. Kto jak nie Ty... Siłaczka- kuźwa- nie- do- zdarcia. A potem kolejny skłon, przysiad, skłon, przysiad, wyskok, przysiad, skłon, wyskok, jeden wymach, drugi wymach, jeszcze więcej skłonów... Góra brudnych ciuchów upchanych pod łóżkiem w pokoju dzieci, które nie wiedzieć czemu zupełnie ignorują istnienie czegoś tak oczywistego jak kosz na brudną bieliznę, i namiętnie tworzą z brudnych gaci kule niczym żuki gnojarze. Wkurw osiąga niebezpiecznie wysoki poziom. Emocje, do których nie dajesz sobie prawa, w końcu wylewają się z Ciebie z siłą wodospadu (i nie jest to broń Boże reklama Corega Tabs), niszcząc przy tym bardzo, bardzo dużo. 


Diagnoza- wyczerpane baterie... 


Baterie mają to do siebie, że się wyczerpują i trzeba je raz na jakiś wymieniać. Albo podładować nieco. Skoro postawiłaś już sobie diagnozę, to teraz czas na lekarstwo- dwie godziny odpoczynku od rodziny. Zła matka. Bardzo zła matka. Zlinczować taką cholerę, powiesić za uszy i prać po tyłku. A potem patrzeć czy równo puchnie. Albo brać przykład, jeśli aktualnie jesteś mamą, która na chwilę (bądź dwie) postawiła siebie gdzieś na szarej liście życiowych priorytetów. Polecam opcję numero dos. Zdecydowanie.  Czas dla siebie kiedyś był tak oczywistą oczywistością, że nawet się nad nim specjalnie nie zastanawiałam. Nie zastanawiasz się przecież nad czymś, co masz od zawsze i co jest dla Ciebie tak naturalne jak oddychanie. Czas był i już. Jak świeże bułeczki co rano, rosół w niedzielę i pryszcz na czole na chwilę przed randką życia. Weekendowe poranki były leniwe, spędzane zazwyczaj z kubkiem kawy i książką w łóżku tak długo jak miałam ochotę, często do południa. A weekendowe wieczory, cóż, tu dla odmiany leniwie raczej nie bywało. Ustawiałam się z dziewczynami albo z typem jakimś i heja do rana. Dzisiaj również ustawiam się z dziewczynami oraz z typem, z tym że dziewczyny mają 11 i 3 lata, a typ ten sam od pierdyliarda lat, taki paradoks ;) Jako dwudziestokilkulatka traktowałam czas dla siebie jak coś co po prostu jest. Mam go i koniec i mieć go będę aż do usranej śmierci. Dziesięć lat temu nie kombinowałam co też by tu zrobić, żeby wydrzeć dniowi godzinkę lub dwie na pobycie sam na sam ze sobą. Teraz, owszem, kombinuję. Chociaż przyznam szczerze, że już kombinować specjalnie nie muszę, bo po niemal jedenastu latach bycia mamą oraz po trzech latach bycia podwójną mamą, wypracowałam sobie jako taką przestrzeń dla mnie samej. Łatwo nie było, ale udało się. Największym wrogiem, jakiego musiałam pokonać, byłam ja sama. Oraz moje wyrzuty sumienia, poczucie winy czy inne poczucie.. obowiązku na ten przykład, źle pojmowanej miłości macierzyńskiej czy wręcz zarozumialstwo, bo...

...kto inny najlepiej się zajmie moimi dziećmi jak nie ja sama, co???


Tak, mam (miałam?) zadatki na nieco stukniętą, nadgorliwą, perfekcyjną mamę, która lata nad dziećmi niczym pilot oblatywacz czy też zagania je pod swoje nastroszone pióra jak matka kwoka... Przeszło mi. Wróć! Przechodzi mi, bo to jednak proces mocno złożony jest. Czasami trzeba niezłego samozaparcia, żeby zostawić za sobą całą tą domową rozpierduchę, zamknąć za sobą drzwi i liczyć na to, że pan mąż ogarnie. Ogarnia, skubaniec jeden, ogarnia zawsze. Więc może warto opuścić wreszcie gardę, poluzować zaciśniętą gumę w majtach i przekazać stery w inne ręce? Pojechałam dzisiaj rowerem na dwugodzinną wycieczkę. Sama. Na pola, przez las, po drodze zahaczając o kapliczkę, płosząc stadko polnych zajęcy i gubiąc się w polu kukurydzy. Kojarzysz horror "Dzieci kukurydzy"? No, to te klimaty właśnie. Potem wróciłam do domu i wiesz co? Nikt nie umarł. Nikomu kończyn nie urwało. Nikt nie wylądował na pogotowiu w tym czasie. Dziękuję, wszyscy zdrowi. Ja za to zyskałam dystans do domowych oraz zawodowych spraw, którego w domu na pewno bym nie zyskała. Potrzebuję wyjść z domu, wyjechać na chwilę, żeby móc spojrzeć na problemy z innej perspektywy. Bardzo często właśnie wtedy okazuje się, że problemy, które wydawały się murami nie do przeskoczenia, to w zasadzie mikromurki jakieś są. Ot podskoczę i już.

Jest środowy wieczór... 


Mam wolną chwilę, co w środku tygodnia wieczorem zdarza się raczej niezwykle rzadko. Bardzo doceniam, naprawdę, to, że starsza córka poszła spać do dziadków, a młodsza wyjątkowo spokojnie leży w swoim łóżeczku i jest spora szansa, że zaraz odleci. Moszczę się wygodnie w łóżku, poprawiam poduszki za plecami i udaję, że nie słyszę pipczenia pralki, która właśnie skończyła swoją robotę. Nic się nie stanie jak poczeka do rana. Łyk zimnego cytrynowego piwa (tylko takie lubię, taka ze mnie piwoszka) i już mi błogo. Cyk pyk- odpalam laptop, wrzucam kartę z aparatu, słuchawki wciskam na uszy i odpalam Męskie Granie (Jeśli jeszcze nie słyszałaś TEJ piosenki, to natychmiast nadrób to niedopatrzenie! Podziękujesz później.) Podśpiewując bezgłośnie pod nosem, co by nie przerwać procesu odlatywania młodej, a poza tym to ja serio głośno nucić nie powinnam, bo śpiewam gorzej niż zraniony bawół... także ten, nucąc bezgłośnie i podrzucając rytmicznie bioderkiem, zgrywam zdjęcia z dzisiejszej mojej porannej rowerowej ewakuacji. Puenty wyjątkowo nie będzie. Foty będą. Aaa i jeszcze jedno, droga Kobieto, kochana Mamo... nie zapominaj o sobie, nigdy. Weź wolne na weekend, na jeden dzień, choćby tylko na parę godzin. Wsiądź na rower/ do samochodu/ pociągu i spędź ten czas sama ze sobą. 

Wyłącz telefon, spokojnie, poradzą sobie. 

















Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.


Nie pamiętam dokładnie od kiedy tu mieszkali. Dzisiaj wydaje mi się, że byli na naszej ulicy od zawsze. Ich dom stał na samym rogu, na niewielkiej górce i przez całe moje dzieciństwo tak właśnie wyobrażałam sobie dom na Zielonych Wzgórzach. Taki trochę z innej bajki. Duży, chociaż z każdym rokiem jakby malał, a może to ja po prostu rosłam? Dom miał dwie kuchnie- zimową i letnią (powiedz mi czy teraz buduje się domy z dwiema kuchniami?) i w tej letniej kuchni, która cała odkryta była, tylko dach miała na palach takich, Ona ciągle coś gotowała. A to warzyła kompot z gruszek, smażyła placki ziemniaczane albo różowy chłodnik nalewała do miseczek z wisienkami. Nie wiem dlaczego, ale ja te wisienki na tych miseczkach zapamiętałam z dzieciństwa bardzo wyraźnie. Szukam teraz jako dorosła już osoba, która chłodnik do miseczek nalewa, takich samych miseczek z wisienkami, ale nigdzie nie mogę znaleźć. Szukam po targach staroci, po olx-ach i innych allegrach, ale nie ma... Jakbyś gdzieś takie zobaczyła, to będę zobowiązana, naprawdę. 

Jak Ona już ten chłodnik do tych miseczek ponalewała, kompotu jak dla pułku wojska uwarzyła, chociaż we wielkim domu z dwiema kuchniami sama z Nim mieszkała, to zawsze mnie wołała. Żebym przyszła i zjadła trochę. Owoców z Ich sadu ponazrywała, ziół dla mojej mamy zaniosła, pajdę chleba z masłem i cukrem do mojej brudnej ręki wciskała. Wtedy, wiesz, w latach 80-90 dzieciaki takie miały dzieciństwo, że latały samopas całe lato i nikt się nie bał. Brudnymi rękoma biały chleb z toną glutenu i cukru jadły. Jak rano po śniadaniu wybiegałam z domu, to wracałam wieczorem- brudna jak czort, z poobdartymi kolanami i z kleszczami w łydkach. Nawet na jedzenie nie wracałam, bo sąsiedzi zawsze zawołali i dobrociami prosto ze swoich ogrodów nakarmili. Takie to czasy były. Najlepiej ze wszystkich sąsiadów karmiła mnie Ona. Ten chłodnik z botwiny w miseczkach z wisienkami już u nikogo innego później tak dobrze nie smakował. Sama próbuję odtworzyć ten smak, ale nie umiem. Nie potrafię już po prostu, ale może to i dobrze. Pewne smaki, zapachy i kolory zamknięte powinny zostać w przeszłości, tak sądzę. 


Codziennie wieczorem chodzili na spacer, Ona i On, dwójka starszych ludzi z posiwiałymi włosami, trzymających się ręce. On już wtedy chodził o laseczce, Ona dreptała obok niego jak mała kuleczka wysoko zadzierając głowę, żeby spojrzeć Mu w oczy, kiedy do Niej mówił. Jako dziecko dzięki Nim myślałam, że wszyscy starsi ludzie trzymają się za ręce. Teraz już wiem, że wcale tak nie jest, ale jestem Im wdzięczna, że dane mi było takich Ich widzieć. Często wyciągali ręce, a ja te ręce z radością chwytałam i szłam na spacer z Nimi, słuchając z otwartą buzią i wypiekami na twarzy każdej historii, a musisz wiedzieć, że było ich całe mnóstwo. O szopie, która nie wiadomo dlaczego zapaliła się w trakcie ulewnego deszczu. O psie, który co rano przychodził do kiosku po gazety dla swojego pana. O skarbie, który w czasie wojny Niemcy w jeziorze zatopili. O Janince, co to wbrew woli bogatych rodziców za biedaka poszła. O gołębiach, które co roku budują gniazdo na tej samej gałęzi i jędzą ludziom z ręki. 

A potem dorosłam. 

Ich włosy pobielały. Ona skurczyła się jeszcze bardziej. On przestał chodzić w ogóle. 

Ona każdego lata wołała mnie na różowy chłodnik z botwinki w miseczce z wisienkami. Coraz mniejsza w swojej letniej kuchni mi się wydawała, wielki dom malał z każdym dniem, a ja rosłam. Oddalałam się od domu na wzgórzu. Coraz dalej i dalej. Miałam sto tysięcy spraw na głowie. Jeszcze pójdę do Niej, jeszcze zjem Jej różowy chłodnik. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

On coraz bardziej wysuszony, pomarszczony z okna pokoiku na poddaszu wołał, że ciekawą książkę dla mnie znalazł, ale ja z koleżanką akurat byłam umówiona. Przepraszam, wpadnę później. Kiedy? Nie wiem. Zobaczę. W wolnej chwili jakiejś. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

Ona gruszki i czereśnie dla mnie zbierała, bo wiedziała, że lubię najbardziej właśnie te z Ich ogrodu, ale ja do kina z kolejnym chłopakiem wystrojona leciałam. A po te gruszki wielkie, soczyste i czereśnie napęczniałe od słońca zajdę później. Albo jutro. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

On wycinał dla mnie z kolorowych gazet wegetariańskie przepisy. Mówił, że nie rozumie, jak to tak bez mięsa można. Że przepisy dziwne takie, ale wycina, bo wie, że lubię. Muszę wreszcie zajść do Niego po te wycinki. Podobno całą teczkę uzbierał. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.


Przechodziłam obok wielkiego- malejącego domu z dwiema kuchniami i za każdym razem jak bolesne ukłucie wielkiej szpilki przychodziło poczucie winy. Że nie zaglądam już na herbatkę, nie wpadam po sok z malin, który co roku dla mnie zaprawiała. Że nie robię już Im zakupów, nie przynoszę sobotnich bułek z piekarni za rogiem. Że nie słucham historii z dalekiej przeszłości. Że mnie one nie interesują już- to największe ukłucie było. Trzeba to zmienić. Trzeba zajść do Nich nareszcie. Ale to w piątek. W sobotę może. Albo w niedzielę po filmie. Tak, niedziela będzie ok. A jak się nie uda, to nic, bo jeszcze zdążę, jeszcze będzie czas.

Pewnego dnia sąsiadka przybiegła z wiadomością, że w nocy zabrała Ich karetka. Razem, bo Ona ze szpitala ze złamanym biodrem szybko nie wyjdzie, a On we wielkim pustym domu z dwie kuchniami sam zostać nie może. Na wózku jeździ, więc jak to tak...  Muszę Ich odwiedzić, pomyślałam, pomarańcze zawieźć, soków nakupić. Te gazety, co to On je tak czytać lubi, do torby zapakować. Jeszcze Ich odwiedzę. Jeszcze do Nich pojadę. Jeszcze zdążę. Jeszcze będzie czas.

Ona wreszcie ze szpitala wróciła. Bardzo odmieniona. Już na chłodnik z botwinki w miseczce z wisienkami nie wołała. Leżała w łóżku. Pielęgniarka do Niej co drugi dzień przychodziła. Wiedziałam, że powinnam zajrzeć, złożyć kondolencje, za rękę wysuszoną potrzymać. Jeszcze zajrzę, jeszcze powiem, że mi tak bardzo przykro. Jeszcze zdążę, przecież jeszcze będzie na to czas... 

On już do domu nie wrócił. Pielęgniarka opowiadała, że Ona zła strasznie na Niego była, że Ją samą na świecie zostawił. Miał udar. Szybko poszło, jak to pani Basia, nasza sąsiadka powiedziała. Jak to tak? Przecież miałam iść po przepisy, po ciąg dalszy historii, na herbatkę z malinami. Zajść do Niego w drodze na zakupy miałam i zapytać jak się czuje, jak Mu się dni dnią i co ciekawego ostatnio przeczytał. Miałam siatę bułek z dynią, Jego ulubionych, nakupić i w niedzielny poranek zanieść. Radość sprawić miałam. Myślałam, że jeszcze zdążę. Myślałam, że jeszcze mam czas.


Dzisiaj widziałam jak w domu na rogu, kiedyś wielkim, teraz całkiem malutkim, tym z dwiema kuchniami- jedną letnią, drugą zimową, zaczęła się nowa historia. Dwie blondwłose dziewczynki wesoło biegały wokół drzew, a pod ich nogami plątał się wyjątkowo głośny kundelek. Wysoki, barczysty mężczyzna (wyglądał jak Morgan Freeman, tylko biały, słowo daję) wnosił kartony podpisane "PORCELANA, NIE ZBIĆ" po schodkach, którymi milion razy wchodziłam jako dziecko. Sympatycznie wyglądająca kobieta gotowała coś w letniej kuchni. Może chłodnik? Może w kartonach mają miseczki z wisienkami? Te, których ja tak na tych targach staroci szukam? Trzeba upiec babeczki i przyjść się przywitać. Zaprzyjaźnić się może. Może na grilla zaprosić. Jutro. Dzisiaj jestem bardzo zajęta. 

Jeszcze zdążę. Przecież jeszcze będzie czas...

vegan foodbook #1

vegan foodbook #1

- To co ty właściwie jesz? Trawę??- I tu zazwyczaj następuje mniej lub bardziej irytujący rechot. 
- Wymyślasz. 
- Nie jesz mięsa? Współczuję... (naprawdę? przecież to mój wybór)
- Bez mięsa będziesz ciągle łamać kości! (NIGDY nie miałam niczego złamanego)
- Bez mięsa zachorujesz na białaczkę... (serio?? litości...)
- Bez mięsa wypadną ci wszystkie włosy. (no fakt, mogłoby być ich więcej, ale do łysiny mi sporo brakuje)
- Bez mięsa nigdy nie będziesz mogła zajść w ciążę. (jakoś udało się dwa razy)
- Bez mięsa urodzisz wcześniaki. (obie córki urodziły się o czasie, a starsza nawet sporo po czasie)
- Twoje dzieci będą niedożywionymi, wychudzonymi noworodkami! (starszej waga urodzeniowa to 4kg, młodszej- 3,5kg, no chuchra aż strach)
- Bez mięsa w wieku 30- stu lat zostaniesz bez zębów! (mam 35 lat i wszystkie zęby)
- Bez mięsa się nie da! (da się! i to bardzo się da!)


Wszystkie powyższe teksty usłyszałam osobiście, nie wymyśliłam ich, chociaż niektóre są tak bzdurne, że aż trudno uwierzyć w ich autentyczność. Od dziecka nie lubiłam mięsa, mam za sobą długie okresy weganizmu (czyli niejedzenia mięsa, jak również przetworów odzwierzęcych), teraz nie jem mięsa, a jaja, nabiał, miód jem, ale rzadko. Obie moje córki nie lubią mięsa. Starsza 10-letnia 7 miesięcy temu świadomie podjęła decyzję, że przestaje jeść mięso, a młodsza 3-letnia je mięso w niewielkiej ilości tylko wtedy, kiedy go nie widzi, czyli w zupie na przykład. Nie ma mowy w jej przypadku o zjedzeniu kotleta, mielonego czy parówki. Uwielbia za to awokado, spirulinę i szpinak- taki z niej ananas :) W mojej rodzinie tylko mąż je mięso, ale nie ma problemu ze zjedzeniem wegetariańskiego obiadu, wręcz twierdzi, że lubi moje gotowanie. Taka więc z nas (niemal) w całości jarska rodzina. O dzieciach, które są wega/wega mam zamiar napisać osobny post, bo to dość ciekawy i obszerny temat, a dzisiaj chciałabym Cię zaprosić na nową serię na moim blogu- vegan foodbook. Zainspirowana reakcjami ludzi, postanowiłam pokazać, że wege nie oznacza nudno, smutno i że naprawdę nie ma mi czego współczuć ;) Raz na jakiś czas będę wrzucać dzienny wege jadłospis mój i/lub moich córek- ku inspiracji i aby oswoić nieco te dziwolągi wegusy, co to tylko trawę jedzą ;)


ŚNIADANIE

owsianka na mleku ryżowym z borówkami


Przepis na idealną owsiankę? Ależ proszz.. Pół szklanki płatków owsianych zalej szklanką mleka roślinnego (u mnie ryżowe o smaku waniliowym) i ugotuj w garnku z grubym dnem do miękkości (ok. 8 minut). Dodaj ulubione owoce. Jeśli lubisz słodkie, dodaj miód lub inne słodzidło.

Płatki owsiane wyposażone są w kompletny zestaw aminokwasów. Talerz płatków owsianych zapewnia komórkom mózgowym i nerwowym porcję witaminy B6, B1 oraz kwasu pantotenowego. Owies zawiera substancje działające antydepresyjnie i poprawiające nastrój, witaminę E oraz flawonoidy. Ma w sobie bardzo dużo błonnika oraz sporo dobrych kwasów tłuszczowych.

Borówki to bogactwo witamin i soli mineralnych. Zawierają bardzo dużo witaminy C, B, A, E, K, ryboflawiny, tiaminy, niacyny, minerały takie jak wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas , sód i cynk. 


II ŚNIADANIE

smoothie z jagód, mleka kokosowego i 1/2 banana



Jeśli masz w domu blender, może wyczarować pyszne smoothie praktycznie ze wszystkiego. U mnie dzisiaj szklanka jagód zblendowana z połową banana, którego nie zjadła moja córka, oraz z 1/3 szklanki gęstego mleczka kokosowego. Wyszło prze-prze-pyszne!

Jagody leczą oczy, obniżają poziom złego cholesterolu, uelastyczniają naczynia krwionośne. Dawniej były traktowane jako cudowny lek na wiele chorób, między innymi stosowano je na gronkowca, tyfus oraz... owsiki u dzieci :)


OBIAD

makaron kukurydziany z sosem z pomidorów, cebuli, czosnku i czerwonej fasoli z kiełkami rzodkiewki


Sos do makaronu to najprostsza sprawa na świecie. Patrzę jakie warzywa mam w lodówce, myję, kroję na małe kawałki, podsmażam z cebulą i czosnkiem, dodaję kiełki albo pestki słonecznika, i udaję, że bardzo się napracowałam nad tym obiadem ;)

Kiełki rzodkiewki mają opinię cudownego leku na przeziębienie ze względu na ogromną zawartość witaminy C oraz działanie wykrztuśne- oczyszczają drogi oddechowe i zatoki. Są dobrym źródłem potasu, magnezu i jodu. Przyspieszają przemianę materii.


PODWIECZOREK

mango


Mango jako jeden z niewielu owoców zawiera specjalną kombinację polifenoli, które są w stanie w realny sposób zahamować rozwój raka piersi i okrężnicy (na podst. badań ogłoszonych przez EurekAlert). Obniża również poziom cukru we krwi, mimo że samo w sobie ma sporo naturalnych cukrów. 


KOLACJA


sałatka ze baby szpinaku, pomidorów, cebuli, świeżego ogórka i fasoli, posypana dużą ilością natki pietruszki (sporo tej sałatki, to jest naprawdę duuży talerz)


Szpinak to dla wielu z nas koszmarek z dzieciństwa. Mnie również proponowano w przedszkolnej stołówce brudnozieloną papkę, która przypominała mi, sorry za dosłowność, krowią kupę. Fuj. Szpinak polubiłam dopiero jako osoba dorosła. Dzisiaj mrożony używam do przygotowania sosów do makaronu, a świeże listki chętnie jem w sałatce. Liście szpinaku mają działanie antynowotworowe oraz chronią przed miażdżycą. Zawiera potężne dawki przeciwutleniaczy, sporo żelaza, potasu i kwasu foliowego.


ps. Nie, nie zawsze jem tak zdrowo :) Lody, czekolada i pizza to stałe punkty mojego menu ;)
Jak samodzielnie zrobić płukankę ze skrzypu polnego? To proste!

Jak samodzielnie zrobić płukankę ze skrzypu polnego? To proste!


Moje włosy zawsze były długie i zadbane- no, może za wyjątkiem drugiej klasy liceum, kiedy w imię intensywnego buntu obcięłam się na zapałkę, a to co zostało pofarbowałam na czerwono... Niestety nie umiem Ci dzisiaj powiedzieć przeciwko czemu lub przeciwko komu dokładnie był to bunt , ale buntowałam się dość intensywnie ;) Na szczęście włosy szybko odrosły i od tego momentu nie ścinałam ich krócej niż za ramiona. Co jakiś czas kusi mnie jakaś zadziorna, krótka fryzurka, ale zawsze dochodzę do wniosku, że nieeeee, to nie dla mnie. Od kilku miesięcy jednak dość mocno zastawiam się nad zmianą fryzury, bo moje włosy wołają o pomstę do nieba.

Mój naturalny kolor włosów to ciemny blond wpadający w rudawy. Kolor całkiem spoko, chociaż mnie bardzo długo wydawało się, że raczej nudny. Problemy zaczęły się, kiedy postanowiłam zostać jasną blondynką... Rozjaśnianie zdecydowanie fatalnie działa na moje włosy. Są przesuszone, wręcz sianowate, wypadają i nie chcą się układać. Wypróbowałam chyba wszystkie drogeryjne specyfiki do pielęgnacji włosów farbowanych i przesuszonych i powiem tak- niewiele pomagają. Owszem mam jakichś tam moich ulubieńców, np. odżywkę Aussie, maskę Biovax oraz jedwab na końcówki, ale to co na moje włosy działa najlepiej, to... natura. Po raz kolejny okazało się, że najprostsze rozwiązania są najlepsze i nie ma co kombinować za bardzo. 



Regenerację moich włosów zaczęłam od podstaw, czyli od odżywiania. Pamiętaj, że bez zdrowego odżywiania nie ma pięknych włosów. Piję dużo wody mineralnej i ziołowych herbat, zwłaszcza pokrzywy i zielonej herbaty, jem dużo warzyw, owoców, suplementuję witaminy. Kiedyś myłam włosy codziennie, teraz staram się robić to co drugi, trzeci dzień, żeby ich dodatkowo nie przesuszać. Jeśli mam dość dużo czasu, to przed myciem nakładam na włosy i skórę głowy olej (np. kokosowy, rycynowy, macadamia), owijam ręcznikiem i tak chodzę mniej więcej godzinę. Czasami po myciu stosuję odżywkę, ale częściej do ostatniego płukania używam naturalnych płukanek, które pięknie domykają łuski włosów i nabłyszczają kosmyki. Dzisiaj chciałabym pokazać Ci jak w prosty sposób możesz sama w domu przygotować płukankę ze skrzypu polnego. 

Dzięki zawartemu w skrzypie krzemowi włosy są lśniące i mocne. Skrzyp odbudowuje zniszczone włosy, nadaje im połysk, miękkość, przyspiesza ich wzrost, zapobiega rozdwajaniu się końcówek. Dodatkowo normalizuje skórę głowy, działając oczyszczająco i detoksykująco. Włosy po płukance są miękkie, lśniące i ładnie dociążone. Na łące za moim domem rośnie sporo zielska w tym również skrzyp polny. Jeśli masz możliwość zebrania skrzypu, który rośnie w bezpiecznym, nie zanieczyszczonym miejscu, to korzystaj. 




PŁUKANKA DO WŁOSÓW ZE SKRZYPU POLNEGO


Potrzebujesz:

świeżo zerwany skrzyp polny (ilość dowolna)
woda (tyle, żeby przykryła skrzyp)

Zrób tak:

1. Skrzyp dokładnie umyj, następnie potnij nożyczkami na mniejsze kawałki i zalej zimną wodą tak, aby woda przykrywała skrzyp ok. 3 cm powyżej. 



2. Doprowadź skrzyp do wrzenia i gotuj przez 10 minut. 

3. Przecedź, ostudź i przelej do szklanego słoja. Słój umieść w lodówce- zimna płukanka stosowana jako ostatnie płukanie powoduje, że włosy nie są "sianowate". 



4. Taki napar możesz trzymać w zimnie do 7 dni. 

Jak stosować:

Do ostatniego płukania włosów użyj zimną płukankę prosto z lodówki, voila! :)

Plan B, czyli przepis na idealnie puszysty sernik z trzech składników.

Plan B, czyli przepis na idealnie puszysty sernik z trzech składników.

Ósma rano. Piję drugą kawę (a miałam rzucić albo ograniczyć chociaż), bo po całej nocy grania w łóżku w twistera z moją trzylatką, która postanowiła wypróbować dzisiaj każdą z możliwych pozycji do spania, jedna kawa nie wystarczy. No nie styknie, sorry Batory. Uprzejmie donoszę, że aktualnie pada. W zasadzie to nie pada, tylko leje. Z każdym kolejnym łykiem kofeiny oczy otwierają mi się coraz szerzej i widzę jak strugi deszczu zalewają kuchenne okno. Najpierw wczoraj wieczorem, kiedy już uśpiłam młodszą córkę, błysnęło za oknem, kilka razy soczyście grzmotnęło, a potem zaczęło delikatnie kropić. Ok, myślę, to nic. Burzy z tego nie będzie, ulewy raczej też nie. O jakże się myliłam. W nocy, gdzieś pomiędzy godziną pierwszą a drugą, kiedy przewracałam się akurat z boku lewego na prawy (albo z prawego na lewy, nie wiem, nie pamiętam, straciłam rachubę) usłyszałam charakterystyczne stukanie w okna i nawet jeszcze wtedy mgliście pomyślałam, że do rana przejdzie. Mniej więcej o 3 nad ranem już wiedziałam, że na plażę to my raczej dzisiaj nie pójdziemy. To znaczy pójść możemy, a owszem, ale z pontonem i w kaloszach... Średnia przyjemność musisz przyznać. Także tego...  Tak jak w obliczy śmierci albo jakiegoś życiowego przewrotu w ciągu paru sekund staje delikwentowi przed oczyma całe jego życie, tak mnie z prędkością światła przez głowę przemykają pomysły na w miarę sensowne zagospodarowanie najbliższych kilkunastu deszczowych godzin. Hmm pada, pochmurno i boli głowa, a za mną niemal w całości nieprzespana noc. Pyły bitewne po wczorajszej kłótni z panem małżonkiem oraz po pierdyliardzie mniejszych lub większych afer z udziałem dwójki nieletnich fląder nadal unoszą się w powietrzu czyniąc atmosferą ciężką jak z ołowiu. Jak by tu spędzić ten dzień? Kąpiel z bąbelkami, książka w ręku, kieliszeczek czegoś mocniejszego, a potem pachnący balsam do ciała, maseczka na umęczoną twarz i siup do łóżeczka tak mniej więcej do popołudnia, kiedy to głód zmusi mnie do poczłapania do kuchni. Sałateczka z kozim sereczkiem na szybki posiłek, a potem powrót pod kołderkę. Nie wiem dlaczego zdrabniam, ale pasuje mi to do mojej wizji jak bum cyk cyk. Chwilę pomyślałam, podumałam, rozważyłam za i przeciw, wysiorbałam kawę do samego denka i z żalem odrzuciłam tę opcję. Cóż, plan A odkładam chwilowo na półkę, udając że nie słyszę dobiegającego z pięterka dzikiego: "Maaaamoooooooo poowiedz jej cooooś"!!! Plan B należy wcielić w życie. Wcielić od zaraz! Po dwóch kawach przytomność wraca mi zadziwiająco szybko (zawsze będę się dziwić jak to my, kobiety, potrafimy się błyskawicznie regenerować po nieprzespanej nocy), odkładam więc brudną filiżankę do zlewu, sprawdzam zawartość szafek i już po chwili zamiast dzikich wrzasków, słyszę: "a co tak pachnie?".



SERNIK Z TRZECH SKŁADNIKÓW (prosty, szybki i puszysty)


Potrzebujesz:

4 jajka
2 tabliczki białej czekolady
200g serka sernikowego 


Zrób tak:

Piekarnik rozgrzej do temperatury 160 st. Dno i boki formy (ja mam taką o średnicy 20cm) nasmaruj masłem. Czekoladę połam na kawałki i rozpuść ją w kąpieli wodnej (czyli umieść czekoladę w garnku, a garnek nad innym garnkiem, w którym będzie gorąca woda). Rozpuszczoną czekoladę ostudź tak, żeby była nadal ciepła, ale nie gorąca. Czekoladę wymieszaj z serkiem. Żółtka oddziel od białej. Białka ubij na sztywno, a żółtka dodaj do masy serowo- czekoladowej i delikatnie wymieszaj. Ubite białka dodaj do masy, wymieszaj- nie miksuj! bo piana opadnie i będzie kapeć. Ciasto przelej do formy. Piecz 15 min. w piekarniku nagrzanym do 160 st, następnie zmniejsz temperaturę do 100st i piecz kolejne 15 min. Po tym czasie wyłącz piekarnik i susz ciasto przy uchylonych drzwiczkach przez 10 min. Wyjmij z piekarnika, ostudź i udekoruj jak chcesz i czym chcesz. Dla mnie najlepszy jest bez niczego, ewentualnie polany rozpuszczoną białą czekoladą :)



8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, w których chcę spędzić weekend.

8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, w których chcę spędzić weekend.

Podróże to jest coś, o czym niezmiennie marzę odkąd tylko pamiętam. Mam taki mały zielony notesik, mocno już wysłużony, w którym od kilku lat zapisuję pomysły na wyjazdy jednodniowe, weekendowe, tygodniowe, nawet miesięczne, a potem skreślam z satysfakcją kolejne miejsca. Jak tylko znajdę gdzieś jakiś ciekawy pomysł wyjazdowy, zapisuję go w notesiku. I tak obok Rzymu, Toskanii i Nowego Jorku, znajduje się weekend z gospodarstwie agroturystycznym, nocleg pod namiotem i spacer po Lanckoronie. Tak mocno jak marzy mi się miesiąc spędzony w bikini na hawajskiej plaży, tak mocno cieszę się na myśl o weekendzie spędzonym w rodzinnym spa w Ciechocinku. To, że podróżami, które dają radość, nie są tylko podróże na drugi koniec świata, jest moim osobistym odkryciem ostatnich lat. Kiedyś wydawało mi się, że to co się w podróżowaniu liczy, to przebyte kilometry, egzotyka i czas spędzony w samolocie. Nic bardziej mylnego. Mikro-podróże mają swój ogromny urok, nie mniejszy niż te dalekie, długie wyjazdy na drugi koniec świata. Mało tego- jestem ogromnie zafascynowana możliwościami jakie niesie ze sobą moja najbliższa okolica, jak również cała Polska. Polska jest piękna, naprawdę fascynująca, tylko my tak często o tym zapominamy, pakując walizkę z myślą o wakacjach w Tajlandii czy w innym egzotycznym miejscu. Moją misją na najbliższy czas jest odbycie jak najwięcej małych podróży po okolicy i po Polsce, odkrywając coraz to więcej uroczych, czasami zaskakujących zakątków i miejsc. Tajlandia, Nowy Jork i Hawaje jeszcze mnie zobaczą, z całą pewnością tak będzie, ale póki co pozwól, że pokażę Ci niewielką część zapisków z mojego magicznego zielonego notesika. 

Oto 8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, które chcę odwiedzić.


1. Cisowy Zakątek (www.cisowyzakatek.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony cisowyzakatek.pl)

Niezwykły hotel nad morzem w Sasinie, gdzie plaże są jeszcze czyste i dzikie. Właściciele nazwali swoją firmę Mag Mell, co w języku Celtów oznacza niebo- proponują więc nam niebo do wynajęcia. Domki są w większości zbudowane z surowców naturalnych, czyli ze strzechy, drewna i cegły, i wyposażone w saunę, kozę, hamaki, grille. Swoją nazwę hotel wziął od rezerwatu cisów, który znajduje się w pobliżu. Domki mają bajeczne nazwy, np. BIAŁY jak piana morska, naturalnie NATURALNY, KOLOROWY zawrót głowy czy JELEŃ nie ŁOŚ. Spójrz tylko na te urocze domki- wakacje w jednym z nich musi być czystym sielskim relaksem :) Muszę jeszcze dodać, że dzieciaki też będą zadowolone, bo w pobliżu jest fokarium, latarnia morska Stilo, rezerwat przyrody, stadnina koni (możesz wybrać się na przejażdżkę brzegiem morza- czujesz to? bo ja bardzo ;) )... Nasz plan no 1 na przyszłe wakacje.


2. Western Camp (www.westerncamp.pl)





(zdjęcia pochodzą ze strony www.westerncamp.pl)

Nocleg rodem z dzikiego zachodu. Czy kojarzysz serial lat 90-tych "Dr Quinn"? Tak? To w takim razie wyobraź sobie, że przenosisz się w jednej chwili do miasteczka, po którym ze stetoskopem na szyi biegała "Mikejla Kłin" ;) (nie mów mojemu mężowi, ale jako gówniara kochałam się w Sullym ;) ) Western Camp to klasyczna wioska z amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Masz do wyboru luksusowy klimatyzowany domek, indiańskie tipi lub kowbojski wóz. Mnie marzy się nocleg w tym ostatnim- zdecydowanie! To musi być coś! 





(zdjęcia pochodzą ze strony www.hotelewam.pl/631-zamek-czocha-sucha.html)

Jeszcze tego o mnie nie wiesz, ale z całego serca wierzę w duchy. Wierzę, że energia zostaje w przedmiotach, w murach, w każdej cegle. Dlatego może właśnie tak wielką miłością darzę stare zamczyska, ruiny, opuszczone dworki, pałace. Zatrzymuję się przy każdym zamku czy to przy zwykłych resztkach ruin czy przy pięknie wyremontowanych tak jak zamek Czocha. Nocleg za zamku jest jednym z moich wielkich marzeń i mam wielką nadzieję, że niedługo uda mi się je zrealizować. Największą atrakcją na zamku Czocha jest możliwość nocnego zwiedzenia zakamarków, które nie są na co dzień dostępne dla turystów.


4. Pensjonacik pod Tulipanem (www.agroturystyka.zawady-oleckie.com)




(zdjęcia pochodzą ze strony www.agroturystyka.zawady-oleckie.com)

Uroczy pensjonacik nad samym jeziorem oraz oddalony od niego o 300m Domek na Górce na skraju Puszczy Boreckiej to siedlisko z duszą z dala nie tylko od miasta, ale i od wsi. Odrestaurowane stare pruskie zabudowanie robią wrażenie jakby były wyjęte prosto z bajki. W pokojach piece kaflowe, które kojarzą mi się z sielskimi wakacjami u cioci na wsi. Dookoła bogactwo zwierząt, roślin, grzybów, lasy, łąki, pola... czyli wszystko to, co mi w duszy gra. Jeśli dodać do tego prywatną plażę, tereny do jazdy na rowerze oraz do nordic walking, canoe oraz warsztaty ceramiki, to robi się z tego idealne miejsce dla mnie na całe lato :) 


5. W drzewach (www.wdrzewach.pl)


(zdjęcia pochodzą ze strony www.wdrzewach.pl)

Całe dzieciństwo marzyłam o domku na drzewie, takim z prawdziwego zdarzenia, dlatego domki w drzewach zachwyciły mnie od razu. Trochę poszperałam i dowiedziałam się, że nie ma w Polsce drugiego takiego hotelu. Odpoczynek kilka metrów nad ziemią, w koronach drzew, w domkach pachnących żywicą od razu przenoszą w krainę dziecięcych marzeń. Nie potrafię zdecydować czy piękniej jest tam latem, czy zimą, dlatego dla pewności zamierzam wybrać się do wiszących apartamentów i kiedy dookoła jest zielono, i kiedy korony drzew są pokryte śniegiem :)



6. Hobbitówa (www.hobbitowa.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony www.hobbitowa.pl)

Jak klimatów fantasy nie znoszę, tak serię Tolkiena o Hobbicie i Władcy Pierścieni uwielbiam z całego serca. Wszystkie części książki czytałam 324123443 razy, niektóre fragmenty znam wręcz na pamięć, a filmy oglądałam chyba jeszcze więcej razy... Myślę, że to jeden z nielicznych przypadków, kiedy ekranizacja dorównała książce. No ale nie o tym przecież chciałam... Oszalałam, kiedy zobaczyłam Hobbitówę- domek jakby żywcem wzięty z tolkienowskiej historii o hobbicie! Pomijając wszelkie atrakcje, jakie są dostępne w okolicy np. kosmiczne noce, to już samo nocowanie w takiej chatce powoduje u mnie drżenie łydek. Zdecydowanie do odwiedzenia jak najszybciej :)


7. Szuflandia (www.szuflandia.wisla.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony http://szuflandia.wisla.pl/)

Na stoku góry Kiczery w Wiśle ulokowany jest nietypowy pensjonat. Nietypowy, bo wygląda jak komoda z niedbale wysuniętymi szufladami- stąd jego nazwa- Szuflandia. Spędzić noc w jednej z podwieszanych sypialni, których okna ulokowane są tak, aby ze wszystkich stron móc podziwiać beskidzkie lasy i góry, to moje marzenia odkąd usłyszałam o Szuflandii w 2016 roku, kiedy to apartamenty wygrały prestiżowy konkurs "Polska architektura 2016".


8. HT Houseboats (www.hthouseboats.com)



(zdjęcia pochodzą ze strony http://www.hthouseboats.com/)

Powiem tak- obłęd! Od razu stają mi przed oczami sceny z filmu "Bezsenność w Seattle" z Meg Ryan. Zamarzył mi się weekend na wodzie jak tylko trafiłam na zdjęcia tych domków. Idealne rozwiązanie dla każdego kogo męczy tradycyjny nadbałtycki klimat (czyt. nadmiar turystów, straganów i budek z goframi, chociaż uważam, że to też ma swój urok). W takim pływającym domku można się pięknie odciąć, odgrodzić i kontaktować ze światem tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę. Kuszące ;) 



Jeśli znasz jakieś ciekawe, nietypowe miejsca na nocleg w Polsce, napisz :)

ps. Przypominam o urodzinowym konkursie klik :)
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger