smaki dzieciństwa # 2- ptysie mojej mamy

Nasz sąsiad z domu obok ma psa. Pięknego, karmelowego labradora. Stary już, nie szczeka tak głośno jak dawniej, nie skacze z radością na każdego gościa i nie podaje łapy na zawołanie. Może jest przygłuchy. Może osiągnął już swoje lata i wie, że nie musi nikogo słuchać. Może. Czasami, kiedy stoję z kubkiem kawy przy kuchennym oknie, widzę jak ten 12-letni karmelek znowu jest szalonym szczekiem. Znowu mu się chce, znowu głośno szczeka i podskakuje wysoko, jakby miał cztery sprężynki zamiast łap. Wiesz kiedy tak się dzieje? Kiedy dostrzega, że posiada ogon. Próbuje go złapać zębami, kręci się za nim w kółko w dzikim pędzie i nigdy się nie poddaje, mimo że przez te 12 lat jeszcze ani razu nie udało mu się dorwać ogona... Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma? Już odpowiadam- gonię swój własny ogon. Czasami tak się za nim kręcę, jak pies sąsiadów, w dzikim pędzie. W kółko i w kółko, aż się świat w jedno zlewa. Z jedną tylko różnicą- karmelkowi sprawia to radość, mnie niekoniecznie. 

Bardzo nie lubię uczucia nieogarniania i bardzo nie lubię głośno przyznawać się do tego jak nieogarnięta potrafię być. Mimo to robię to właśnie w tej chwili. Biję się w pierś, pochylam głowę i przyznaję, że czasami jest armagedon. Wciąż dążę do jako takiego balansu między wszystkimi moimi życiowymi rolami- z różnym skutkiem. Raz udaje mi się to lepiej, innym razem gorzej, a jeszcze innym- jest fatalnie. Są takie wieczory, kiedy dzieci już śpią, a ja popłączę sobie do poduszki, bo czuję się jedyną kobietą na świecie, która nie daje rady. W mojej głowie wszystkie kobiety tego świata, wszystkie matki mają wysprzątane domy, grzeczne dzieci i zawsze ciepły, domowy obiad na stole. A i terminów nie zawalają. Mnie się zdarza. Niestety. Nie jestem z tego dumna, ale tak, zdarza mi się dzwonić do klienta z przeprosinami, bo artykuł będzie gotowy na wtorek, a nie na poniedziałek. Zdarza mi się zamawiać pizzę na obiad. Zdarza mi się na kilka minut przed przyjściem gości biegać z obłędem w oczach po salonie i łapać w pośpiechu rozwalone misie i lale. A potem łokciami upychać je na dnie szafy. Zdarza mi się krzyknąć na bogu ducha winne dzieci i to jest najgorsze, co mi się zdarza. Nadal nie opracowałam idealnej metody na osiągnięcie work-life-parenting-balance. Jak mi się uda, to dam znać. 

Ale zdarza mi się też taki dzień, kiedy od ciągłego pędu robi mi się niedobrze i wtedy ciskam w kąt wszystkie atakujące mnie zewsząd obowiązki. Wyłączam telefon i ze złością zatrzaskuję laptopa. Udaję, że nie słyszę pipczenia różnych domowych urządzeń, które postanowiły jednocześnie dać mi znać, że oto zakończyły swoją pracę i wymagają mojej natychmiastowej atencji. Zamykam się w kuchni, na klucz najlepiej. Nie rozumiałam nigdy, jak moja mama mówiła, że mieszanie kremu na ptysie relaksuje. Teraz już wiem. Budyniowy krem, którym nafaszerowane są świeżo upieczone karpatkowe ptysie, pachnie jak najlepszy balsam na świecie. Balsam na duszę. Ptysie (vel eklerki) to znak rozpoznawczy mojej mamy i jednocześnie jeden z najlepszych na świecie comfort food jakie znam. Tak smakowały każde moje urodziny. Tak smakują teraz każde urodziny moich córek. I tak smakuje dzień, kiedy chcę odpocząć i choć na chwilę zapomnieć o własnym ogonie.





Ptysie mojej mamy
z ciasta parzonego i z kremem budyniowym
(z podanych składników wychodzi 30 małych lub 15 większych ptysiów)


Ciasto:

18 dag masłą
1,5 szkl. mąki
niepełna szkl. wody
szczypta soli
5 jaj

Zrób tak:

Masło włóż do garnka razem z wodą i solą, zagotuj. Odstaw z ognia, wsyp mąkę i mieszaj tak długo, aż nie będzie grudek, a ciasto będzie odstawać od ścianek garnka. Masę przestudzić, a następnie wbij jaja i ukręć na gładkie ciasto. Gotową masę włóż do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką i wyciskaj na natłuszczoną blachę ptysie- pamiętaj, że one dość mocno rosną w piekarniku. Piecz ok.20 w temperaturze 200 stopni. Po tym czasie wyłącz piekarnik, uchyl drzwi i susz jeszcze ok. 10 minut. Jeszcze ciepłe ptysie przekrój wzdłuż. 


Krem:

7,5 dag masła
3/4 szkl. mąki
21/4 szkl. mleka
3 jaja
3 łyżki cukru
laska wanilii lub cukier waniliowy

Zrób tak:

Z masła i mąki zrób zasmażkę, wlej mleko i gotuj na wolnym ogniu mieszkają tak, aby nie było grudek. Odstaw z ognia, wbij 3 żółtka, wsyp cukier i ziarenka wanilii (lub cukier waniliowy). Ostudź. 

Na połówkę ostudzonego ptysie nakładaj porcję kremu, przykryj drugą połówką. Wierzch możesz polukrować, "poczekoladować" jak to mówi moja starsza córka Zu lub zostawić saute. Tak czy siak... będziesz w niebie :)




15 komentarzy:

  1. Kradnę ten cudowny przepis! Dziękuję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smacznego, mam nadzieję, że ptysie będą smakować! :)

      Usuń
  2. Ojejku jak to przepięknie wygląda i wracają wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale pyszności :) Takie ptysie robiła moja babcia. Były tak pyszne, że nigdy nie kończyłam na jednym ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To samo, poniżej trzech naraz nie schodzę ;)

      Usuń
  4. Wyglądają bardzo, bardzo apetycznie mam nadzieję że pozwolisz że zainspiruję
    się twoim przepisem i wykonam to arcydzieło w mojej kuchni :)
    Pozdrawiam cieplutko myszko :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie mi bardzo miło, mam nadzieję że będą smakować, buziaki :*

      Usuń
  5. Proszę Pani, musimy chyba poważnie porozmawiać, kiedy zamierza Pani poważnie się zająć kolanami? Nieładnie ;) Pozdrawiam, Andrzej W. fizjo

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie ma co ganiać, życie jest za krótkie żeby wszystkim się przejmować. Prawdę powiedziawszy to nikt nie nadążą za tym swoim ogonem ale dużo ludzi stwarza pozory. Zapewne ty też udawałaś nie raz, ze ze wszystkim sobie doskonale radzisz.
    Ptysie jestem jedną z nielicznym osób, która za nimi nie przepada :p ale za to moja mama je uwielbia i mam ochotę dla niej zrobić, za to, że pomaga mi w tym codziennym pościgu :)
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze napisane. Koniecznie zrób mamie, na pewno będzie jej miło :)

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger