Ja świętuję, Ty dostajesz prezent! prezenty #2- bony na 600zł i 300zł do Cat Cat Studio

Ja świętuję, Ty dostajesz prezent! prezenty #2- bony na 600zł i 300zł do Cat Cat Studio

Ja świętuję, Ty dostajesz prezent! Ale jak to? Dlaczego? Z jakiej okazji? Otóż dzisiaj mija dokładnie rok odkąd założyłam bloga. Tak, dzisiaj obchodzę pierwsze urodziny :) Z tej okazji rozdaję prezenty- bon na 600zł oraz bon na 300zł do wykorzystania w Cat Cat Studio- jednej z moich najbardziej ulubionych polskich marek odzieżowych, o której pisałam tutaj. Mają prześliczne sukienki na lato, więc gra jest warta świeczki. Co trzeba zrobić, żeby otrzymać jeden z bonów? Nic trudnego- złóż mi, proszę, życzenia :) Czego mi życzysz z okazji "roczku"? Odpowiedź umieść pod tym postem, a ja wraz ze sponsorem wybierzemy dwie najlepsze odpowiedzi, które zostaną nagrodzone bonami. 



ZASADY:


1. Konkurs dla fanów Anika Pietruszko blog na Facebook'u i/lub na Instagramie(przez fanów rozumie się osoby, które polubiły profil/e).

2. Miło mi będzie, gdy udostępnisz informację o konkursie na swoim blogu i/lub profilu fb oraz zaprosisz znajomych do zabawy.

3. W komentarzu pod tym postem napisz czego mi życzysz z okazji pierwszych urodzin bloga.

4. Konkurs trwa od 27.06.2018r. do 11.07.2018r. do godziny 00:00.


REGULAMIN:


1. Sponsorem oraz organizatorem konkursu jest blog Anika Pietruszko (www.anikapietruszko.pl) oraz marka odzieżowa Cat Cat Studio.

2. Nagrodami w konkursie są dwa bony o wartości 600zł oraz 300zł do wykorzystania w sklepie Cat Cat Studio w terminie do 30 dni od daty wygrania konkursu.

3. Konkurs trwa od 27.06.2018 do 11.07.2018r. do godz. 00:00

4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia.

5. Zwycięzca zostanie wybrany przez sponsora oraz organizatora na postawie subiektywnej opinii dotyczącej odpowiedzi na pytanie konkursowe oraz aktywności na blogowym fanpage.

6. Konkurs nie jest w żaden sposób popierany, promowany oraz sponsorowany przez Facebook oraz Instagram.


Powodzenia! :)


...

edit.
bon na 600zł- Iwona Masny
bon na 300zł- MI LE

Gratuluję i proszę o kontakt :)
Mimi.

Mimi.

Jesteś z nami od trzech lat, a ja już zdążyłam zapomnieć, że kiedyś istniało inne życie przed Tobą. Dziwnie tak... niby było dobrze, wszystko do siebie pasowało, a jednak dopiero po Twoim urodzeniu rzeczy wskoczyły na właściwe miejsce. 



Tak szybko rośniesz. Mam wrażenie, że dopiero wczoraj jechałam z Twoim tatą do szpitala, żeby Cię urodzić, a dzisiaj jesteś małym, kudłatym, bardzo upartym człowieczkiem, który ma swoje zdanie, swoje upodobania i swój gust. Odmienny od mojego trzeba dodać. Chcę zamrażać czas kilkanaście razy dziennie. Robię stop klatki w głowie i obiecuję sobie nie zapomnieć. Nie zapomnieć Twoich zaspanych porannych oczu, słodkiego uśmiechu kiedy coś zbroisz, jogurtu rozsmarowanego na policzkach, włosach i mojej nowej bluzce, wymyślonych piosenek, bajek na dobranoc, pulchnych rączek, rozlanej wody w łazience po kąpieli, klocków lego wbitych w moją stopę, pierwszych obrazków, pierwszego "kosiam mamę", pierwszych upieczonych ze mną ciasteczek z czekoladą... 

Łapię się na tym, że nie wiem czy jesteś już dużą dziewczynką czy jeszcze malutkim bobasem. Kiedy przychodzisz do mnie z wyciągniętymi wysoko rączkami i chcesz, żebym podrzucała Cię wysoko pod sufit, to jesteś wtedy taka duża, taka ciężka i te moje ramiona tak bardzo bolą. A kiedy zasypiasz z nosem wtulonym gdzieś w moją szyję, to słowo daję, że jeszcze czuję ten zapach nowo narodzonego dziecka. Kiedy z uporem godnym małego osiołka odmawiasz założenia różowej sukienki z falbankami, a zamiast niej wyciągasz z szafy dres, to jesteś wtedy taka duża, taka stanowcza i podobna do swojej starszej siostry, oj bardzo podobna. A kiedy żałośnie płaczesz, bo przewróciłaś się i zbiłaś kolanko, i podstawiasz mi ranę do pocałowania, święcie wierząc, że maminy buziak wszystko wyleczy, to jesteś wtedy jeszcze taka mała. 

Kiedy w sklepie wybierasz najbrzydszą bluzeczkę w żółte małpy, to mimo że moje serce estetki płacze, jestem dumna, bo masz swoje zdanie i potrafisz je bronić jak lew. Kiedy z niewzruszoną miną nakładasz kotu czwarte śniadanie tego dnia, rozrzucając karmę po całej kuchni i powtarzasz jak mantrę "siama, siama", to mimo że wiem jak wielkie sprzątanie czeka mnie za kilka chwil, to twarz mi się cieszy z radości, że jesteś już tak bardzo samodzielna. Codziennie jak głupia rozpływam się nad intensywnym brązem Twoich oczu, zastanawiając się jednocześnie czy zdajesz sobie sprawę z tego jak śliczna jesteś. Pewnie tak, bo uwielbiasz stroić się przed lustrem, zakładać moje o milion numerów za duże buty i malować usta moją szminką. 

Wpadłaś w nasze poukładane życie jak bomba zegarowa. Od samego urodzenia dostarczasz nam mnóstwa skrajnych emocji. Martwimy się o Ciebie nieustannie. 24/7. Wciąż na trybie stand by. W gotowości, by zakleić plasterkami rozbite kolanka, przyłożyć okłady na guzy na głowie, łapać Cię w locie, kiedy próbujesz skoczyć z kanapy. Kaskaderko Ty. Łobuzie potworny. Flądro i bdździągwo moja. Paskudo i małpiszonie. Roszpunko i wojowniczy żółwiu Ninja w jednym. Córeczko najkochańsza. Od trzech lat powtarzam, że nie mam do Ciebie cierpliwości, że wykończę się przy Tobie nerwowo i że osiwieję ze stresu zanim dorośniesz. A znając Ciebie i Twój temperament nawet o Ciebie dorosłą będę się zamartwiać. Nie potrafię zachować powagi, kiedy próbuję Cię ochrzanić, a Ty cienkim głosikiem mówisz "sorry mama" i gapisz się na mnie wielkimi oczami jak kot ze Shreka. I wtedy wiem, jestem w 100% przekonana, że poradzisz sobie w życiu, a ja zawsze wybaczę Ci wszystko. Dasz sobie radę, Mała, ze wszystkim i z wszystkimi. Udźwigniesz. Ogarniesz. Kto jak nie Ty. 

Dziś są Twoje trzecie urodziny. Sto lat, Kochanie! Świętuj do utraty tchu. Do zadyszki i zawrotów głowy. Skacz najwyżej jak potrafisz, śpiewaj najgłośniej i nie przejmuj się wcale, że nie znasz słów, śmiej się do łez i przekręcaj słowa, rysuj kolejne arcydzieła i skacz z kanapy na główkę- przecież nigdy nie pozwolimy Ci upaść. 
Dzień Ojca.

Dzień Ojca.

"(...) cóż mogę powiedzieć? Może tylko... obiecuję słuchać zanim mówić zaczniesz, łzy wysuszać pocałunkiem, policzyć stokrotki na łące, do nieba rozbujać, bez pukania do pokoju nie wchodzić, prawdę mówić i prawdy żądać, trzymać kciuki za dyplomy, nauczyć łowić pstrągi i prowadzić ciężarówkę. A pewnego dnia spojrzeć w oczy temu, który weźmie Cię za rękę i świata bez Ciebie dla niego nie będzie... Obiecuję. Tata."

("Angora", 2010r.)



Tato.

Teraz, póki są jeszcze małymi dziewczynkami, zawsze słuchaj ich z uwagą. Cokolwiek mają Ci do powiedzenia, zawsze słuchaj i zawsze miej dla nich czas. Choćby dziesiąty raz opowiadały Ci tę samą nudną w Twoim mniemaniu historię. Dla nich to ważne. Dla nich to Ty jesteś tym, komu chcą o tym opowiedzieć. Nie ziewaj, nie patrz na zegarek, nie mów, że nie masz czasu. Tak, ja wiem, że masz dużo pracy, że spędziłeś pół dnia poza domem i że najchętniej poszedłbyś spać. Słuchaj mimo wszystko, a jeśli się z nimi nie zgadzasz, spokojnie, z szacunkiem przedstaw im swoją wersję. 

Dzięki temu kiedyś nie będę bały się wypowiadać swojego zdania.

Teraz, póki jeszcze mieszkają z nami pod jednym dachem, oprzyj się pokusie narzucania im swojego zdania. Nie zmuszaj do niczego, nie oceniaj nawet w dobrej wierze i nie twierdź przy każdej okazji, że tylko Twoje poglądy są jedynie słuszne. Bądź otwarty na to, czego one mogą nauczyć Ciebie, zamiast wszelkie siły trwonić na uczenie ich. Pamiętaj, że dzieci nigdy nie podążają za dobrymi radami, ale za dobrym przykładem. Nie naginaj ich do swoich wyobrażeń.

Dzięki temu kiedyś będą podzielały wszystkie Twoje pasje i poglądy.

Teraz, póki jeszcze chcą spędzać z Tobą czas, zabieraj je ze sobą w każdą swoją drogę. I w tą daleką na drugi koniec świata, i w tą bliską po ziemniaki do warzywniaka. Wpuszczaj je do swojego świata, kiedy tylko jest ku temu okazja. Niech Ci nie przeszkadzają i nie irytują. Niech są motywacją i codzienną radością. Pamiętaj, że kiedy ona pyta: "zagrasz ze mną w grę?", tym samym zadaje pytanie: "jestem warta spędzania ze mną czasu?", "jestem warta twojej uwagi, tato?". 

Dzięki temu kiedyś Ty nie będziesz musiał prosić o to, żeby spędziły z Tobą popołudnie.

Teraz, póki jeszcze są na początku swojej drogi, pozwól im podejmować błędne decyzje. Pozwól im błądzić, zbaczać z wybranej ścieżki i zmieniać zdanie tak często, jak tego chcą. Niech zaczynają i nie kończą. Niech robią wszystko naraz i niech nie robią zupełnie niczego. Niech próbują, smakują i niech odchodzą tyle razy ile tego potrzebują. Pozwól im na kolejne kółka zainteresowań, na lekcje pływania i zajęcia jazdy konnej. Bądź zawsze na posterunku, gotowy do pomocy.

Dzięki temu kiedyś nie będą się bały spakować i odejść, kiedy będzie im źle.

Teraz, póki jeszcze wierzą w Ciebie bezwarunkowo, nie wykorzystuj ich ufności. Nie rań bezmyślnie słowami, nie przezywaj ich, nie przeklinaj w ich towarzystwie. Nie obrażaj się jak dziecko, kiedy one chodzą naburmuszone. Nie ośmieszaj przy stole, kiedy nie radzą sobie z trzymaniem widelca. Nie wyśmiewaj, kiedy nie spełniają Twoich oczekiwań. Nie żartuj z ważnych dla nich spraw.

Dzięki temu kiedyś będą wiedziały, że mężczyźni muszą traktować je z szacunkiem.

Teraz, kiedy jeszcze nie wiedzą, kim i jakie chcą być, kiedy nieznośnie się buntują i na rodzinne uroczystości chcą pójść w podartych dżinsach i nieuczesanych włosach, bądź tym, które w nie wierzy. Bezwarunkowo i z niegasnącą wiarą. Teraz, kiedy nazywane są zdolnymi, ale leniwymi, mądrymi, ale pyskatymi, wzruszaj obojętnie ramionami i zwyczajnie bądź z nich dumny. Nawet jeśli nie wierzy w nie nikt, Ty zawsze wierz. 

Dzięki temu kiedyś wyrosną im skrzydła, które zaniosą je na sam szczyt.

Teraz, kiedy jesteś jeszcze najważniejszym mężczyzną w ich życiu, nie wstydź się swoich uczuć. Przepraszaj je, zawsze wtedy kiedy źle się zachowasz. Przyznawaj się na głos do swoich błędów. Wzruszaj się, kiedy wychodzą na środek sali po świadectwo z czerwonym paskiem. One naprawdę nie potrzebują ojca ze stali. Bierz je na kolana, przytulaj i dawaj buziaki na dobranoc. Głaszcz po włosach, zapewnij że kochasz i że pięknie wyglądają w tych nowych bluzeczkach.

Dzięki temu kiedyś będą pewnymi siebie kobietami.

 Teraz, kiedy jeszcze chcą się z Tobą bawić, buduj im domki dla lalek z kartonów po butach, rysuj śmieszne obrazki, ucz pływać żabką, idź z nimi do ogrodu na poszukiwanie skarbów. Naucz jeździć samochodem, pokaż gdzie sprzęgło, a gdzie hamulec, zakopcie się w namiocie z koca. Bądź tym, z którym się dobrze bawią, z którym się śmieją i poznają świat. 

Dzięki temu kiedyś będą wiedziały jaki ma być ojciec ich dzieci.

Teraz, kiedy zdarza Ci się od czasu do czasu być na mnie złym, nie podnoś na mnie przy nich głosu. Nie rzucaj złośliwościami, nie mów przykrych rzeczy i nie patrz na mnie spojrzeniem bazyliszka. Wyjaśnijmy sobie wszystko, kiedy one już pójdą spać.

Dzięki temu kiedyś będą wiedziały jak powinna wyglądać wymiana zdań między dorosłymi.


Wszystkiego najlepszego, Tato!
Życzę Ci (i sobie też), żebyś zawsze pamiętał, że Twoje dzieci to tacy sami ludzie jak Ty i ja, tylko mniejsi.



Kupuj mądrze, czyli 10 polskich marek odzieżowych, które warto znać.

Kupuj mądrze, czyli 10 polskich marek odzieżowych, które warto znać.

Lubię dobrze wyglądać, dobrze się czuć w swoich ciuchach; lubię wiedzieć, że to co mam na sobie pasuje do mnie, do siebie i jest dobrej jakości. O, tak. Ubrania dobrej jakości widać na pierwszy rzut oka. Poza tym służą latami i są naprawdę dobrą inwestycją. Moja koleżanka często powtarza - "nie stać mnie na tanie ciuchy" i ja się z nią w pełni zgadzam. (pozdrawiam Ciebie, Marta :) ). Czy z związku z tym wydaję na szmatki miliony monet? Czy buszuję w galeriach handlowych? Biegam na każdą wyprzedaż? Przynoszę do domu naręcza ciuchów? Nie!



Przeszłam wiele modowych fascynacji. Były i ćwieki, i czarne ciężkie kurtki a'la dziewczyna motocyklisty, i były powyciągane dresy. Były i 12-centymetrowe szpile, i biżuteria w stylu bling bling, i śmiganie na zakupy dwa razy w tygodniu. Zaliczyłam etap kociaka, dresówy, dziewczyny z sąsiedztwa, imprezowiczki i kusicielki. Kiedyś miałam szafę pękającą w szwach od zupełnie niepasujących do siebie rzeczy i wiecznie nie miałam się w co ubrać. Mój styl był miksem wielu różnych stylów, więc tak naprawdę był podobny zupełnie do... niczego. A ja niemal zawsze czułam się przebrana, a nie ubrana. Kilka lat temu całkowicie świadomie rozpoczęłam transformację mojej szafy. Najpierw wyrzuciłam rzeczy, które do mnie nie pasują, są za małe, za duże, kiepskiej jakości, źle odszyte. Tak samo postąpiłam z butami, torebkami i biżuterią. Ubyła mi połowa rzeczy. Zdziwiłam się, jak dużo tandety zakładałam na siebie i jak dużo niepotrzebnych rzeczy mieściło się w mojej szafie. Następnie stworzyłam listę ubrań, które powinny znaleźć się w mojej garderobie i powoli zaczęłam uzupełniać szafę prostymi, klasycznymi, dobrymi jakościowo ubraniami. Dlaczego tak długo to trwa? Można by krócej, jeśli aktualnie masz na stanie miliony monet. Ja nie mam, więc kupuję powoli, ale lubię tak. Dzięki temu każda nowość jest przemyślana. Jestem wielką fanką idei capsule wardrobe, dlatego dbam o to, żeby moje ciuchy do siebie pasowały tak, aby można było tworzyć z nich wiele zestawów. 

Mniej, ale lepiej to hasło, które od kilku już lat towarzyszy mi na co dzień. Jestem wielką przeciwniczką bezmyślnego kupowania dla samego kupowania. DKupowaniem dobrych jakościowo ubrań w polskich lokalnych sklepach oraz w lumpeksach (tak, jestem wielką fanką lumpeksów, ale o tym jeszcze napiszę) manifestuję przeciwko konsumpcjonizmowi w najbrzydszej jego postaci. Mniej rzeczy, ale dobrej jakości- zamiast kupować dziesięć bluzek za grosze, które po pierwszym praniu będą przypominały szmaty do podłogi, wolę odłożyć te pieniądze do słoika i po pół roku kupić porządny tshirt, która nawet po kilku latach będzie wyglądał jak nowy. Skąd brać kasę na tshirt za 200zł, na kieckę za 600zł? Nie stać mnie- powiesz. Rób tak jak ja- odkładaj. Kusi Cię spódnica za 30zł? Włóż te pieniądze do słoika. Gwarantuję, że po kilku miesiącach stać Cię będzie na porządną spódnicę. I na apaszkę do tego. To działa, serio. Spróbuj, a przekonasz się sama. Metka ma dla mnie ogromne znaczenie. Zwracam uwagę na to co jest na niej napisane. Cruelty free, vegan friendly, fair trade czy wreszcie made in Poland to hasła, które zawsze zwracają moją uwagę. Gdybym tutaj Ci napisała, że przestałam robić zakupy w sieciówkach, skłamałabym. Zdarza mi się, chociaż teraz już niezmiernie rzadko. Przekonałam się, że można żyć bez sieciówek wspierając tym samym polski przemysł odzieżowy, tylko trzeba się trochę wysilić. 

Poniżej przedstawiam Ci kilka naszych rodzimych firm odzieżowych, które zachwyciły mnie nie tylko pięknymi ubraniami, ale również piękną ideą i uczciwym podejściem do zasad handlu. Kolejność przypadkowa, a wybór całkowicie subiektywny. Jeśli znasz jakieś ciekawe polskie marki odzieżowe, to podziel się, proszę, koniecznie ze mną!



 Kokoworld


Agacie Kurek, założycielce firmy kokoworld, od początku przyświecała idea Sprawiedliwego Handlu. Z pewnej podróży na Mali pani Agata przywiozła kilka metrów kolorowego materiału, z którego powstały pierwsze sukienki kokoworld. Dzisiaj firma daje pracę wielu rękodzielnikom z całego świata, dzięki czemu każda rzecz ma swój unikatowy charakter i historię. Mnie najbardziej urzekają kolorowe torebki, które idealnie uzupełniają moje gładkie sukienki, oraz piękne zabawki dla dzieci i dodatki do domu. Od niedawna firma ma w ofercie wegańskie espadryle- kolejny punkt na mojej liście zakupów.

kokoworld.pl


Mapaya


Lokalny pomysł zrealizowany globalnie. Marka powstała z pasji do podróżowania i do mody rozumianej jako swobodne wyrażanie siebie. Wszystkie ubrania są szyte ręcznie na całym świecie, a założycielka marki Martyna Wilde wierzy, że moda powinna uszczęśliwiać, a nie krzywdzić, dlatego Mapaya współpracuje tylko z  dobrze znanymi, lokalnymi manufakturami. Ich nieco orientalne letnie sukienki są po prostu przepiękne! 

http://www.mapaya.pl/



Vzoor


Kiedy myślę Vzoor, od razu widzę piękne, długie sukienki. Sukienki na co dzień, niesamowicie miękkie i wygodne, a do tego kobiece i niezniszczalne. Połączenie wygody i kobiecości na co dzień. Lubię to. Autorkami marki są dwie projektantki, a prywatnie siostry- Iza Bociańska i Monika Korewicka. 

http://vzoor.pl/



Aeterie


Ubrania mocno w moich klimatach. Trochę retro, trochę babcine, na pewno bardzo oryginalnie i niezwykle kobieco. Najpierw zakochałam się w ich przepięknej minimalistycznej biżuterii, potem w klasycznych trenczach, a na koniec w sukienkach rodem z lat 40. Cuda! Jakość fenomenalna. Autorka marki, Karolina Baszak- Giska, mówi, że Aeterie to powrót do korzeni kobiecości i ja się z nią całkowicie zgadzam.

https://aeterie.com/




Gego


Gego to niewielka poznańska marka odzieżowa. Ubrania z naturalnych materiałów, w 100% made in Poland, charakteryzujące się funkcjonalnością i dobrym designem w minimalistycznym stylu. Uwielbiam ich bomberkę z podszewkę w kolorze różowym i koszulki z subtelnymi napisami, np. "nie mam czasu, jestem mamą". 

https://gego.world/


By insomnia


Marka, której nie można pominąć przy tworzeniu garderoby kapsułkowej. Basicowe ubrania w podstawowych kolorach, świetna jakość, gruba bawełna, perfekcyjne wykończenie. Kolekcje są tak zaprojektowane, aby modele z różnych kolekcji były do siebie komplementarne. Ubrania na lata- ponadczasowe i klasyczne. Marka została stworzona przez dwie przyjaciółki- Natalię Pstrokońską i Marlenę Niestyjewską. 

https://byinsomnia.com/





Risk made in Warsaw


Gdybym miała wskazać jedną, tylko jedną polską markę odzieżową, to myślę, że byłby to właśnie risk. Risk to dwie przyjaciółki- Klara Kowtun i Antonina Samecka. "Projektujemy ubrania, które leżą dobrze na człowieku, nie na wieszaku. Zdarza nam się 30 razy odszywać sukienkę, doprowadzając konstrukcję do perfekcji. Do produkcji wchodzi, jeśli uznamy, że leży idealnie"- mówią projektantki. Nie wiem czy risk ma w swojej ofercie sukienkę, której nie chciałabym na siebie założyć, nie wiem...

https://www.riskmadeinwarsaw.com/





Marie Zelie


Motto tej marki brzmi "Kobiecość otulona w jakość". Te sukienki, spódnice przepiękne... ahh nosiłabym je wszystkie. Perfekcyjnie zaprojektowane, uszyte z dobrej jakości materiałów, łatwe w codziennym użyciu, wygodne, niezniszczalne produkty. Małe dzieła sztuki.

https://mariezelie.com/





Lous


Misją marki jest celebracja codziennych rytuałów, czyli coś, co przemawia do mnie ogromnie, i nieustanne odnajdywanie spokoju wokół. Uważność, jakość i spełnienie to kwintesencja filozofii Lous opartej na rytmie życia w zwolnionym tempie i w duchu rozsądnego minimalizmu. Ubrania są proste, minimalistyczne i funkcjonalne, a przy tym kobiece i wygodne.

https://lous.pl/


 

Cat Cat Studio


Marka odkryta przeze mnie niedawno. Zobacz jakie piękne sukienki, te odkryte plecy, ahh... Uwielbiam taki właśnie krój- długa sukienka, niby wszystko zakryte, a na plecach fikuśny dekolt. Cat Cat Studio to nie tylko sukienki, chociaż one mnie najbardziej urzekły. Warte uwagi są tuniki z porządnej grubej bawełny, topy oraz spódnice. Wszystko z metką made in Poland, wszystko genialnie odszyte, wszystko ponadczasowe i ultrakobiece.

http://catcat.eu/






Już niedługo na blogowym fanpage ruszy rozdanie, w którym do zgarnięcia będzie bon do wykorzystania w jednym z tych sklepów. A w którym, to się dopiero okaże :)


lemoniada truskawkowa, czyli jak uratować niedzielę.

lemoniada truskawkowa, czyli jak uratować niedzielę.

Ta niedziela nie zaczęła się dobrze, co w zasadzie nie gra mi zupełnie z ideą leniwej, rodzinnej, pełnej spokoju niedzieli. No niestety. Wczoraj położyłam się spać z wyrzutami sumienia i z nimi też się obudziłam. Bo krzyczę, zamiast łagodnie przemawiać. Bo marszczę czoło, zamiast łagodnym swym licem gasić afery. Bo zasypiam przed doczytaniem książeczki do końca, zamiast wymyślać mądre bajki z puentą. Bo nie mam czasu na wieczorną rozmowę z Zu, mimo że ona czeka i prosi. Bo inne matki ogarniają, tylko nie ja. Bzdura, ale jak się nawarstwi, to zaczynasz wierzyć, że tylko ty nie ogarniasz. I to tak nie ogarniasz, że ja pierdziu. Obudziłam się w związku z powyższym totalnie niewyspana, bo długo w nocy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Niestety bardzo często tak mam, że nocą, kiedy jest ciemno i wszyscy śpią, dopadają mnie demony, które za dnia wcale demonami nie są... Nocą wszystko jest bardziej czarne, jak to mawiała moja kochana babcia. Miała rację. Poranek zastał mnie jednak zmęczoną, wkurzoną i z obolałą głową. Burknęłam na męża, ofukałam dzieci, a potem zamknęłam się w łazience i zaczęłam ryczeć. A jak już skończyłam, to wymyłam buzię lodowatą wodą z nadzieją, że opuchlizna zejdzie (nie zeszła), pomalowałam rzęsy z nadzieją, że choć trochę będę przypominać te laskę z reklamy mojej maskary (tak się jednakowoż nie stało) i powiedziałam sobie w kilku dosadnych słowach (których tu pozwolisz nie przytoczę, bo resztki przyzwoitości mi na to nie pozwalają), że chyba na głowę upadłam. Zabawne jak to potrafię być swoim najgorszym krytykiem i najlepszą przyjaciółką jednocześnie... krytyk wczoraj nie pozwalał mi zasnąć, dziabając poczuciem winy jak milionem szpilek, a przyjaciółka kopnęła mnie tam gdzie plecy się kończą i kazała wziąć się w garść. Chwilowo krytyk śpi. Oby jak najdłużej ciii... 

Jest południe. Połowę tej pięknej, słonecznej niedzieli przebimbałam na smuty. Mogłabym olać temat i już do wieczora snuć się z wilgotnymi oczyma, rzucając gromy na każdego, kto ośmieliłby się stanąć na mojej drodze, ale... po co? Postanowiłam uratować ten dzień, a truskawkowa lemoniada to pierwszy i jakże pyszny krok w tym kierunku ;) Taka lemoniada to nie lada gratka na upały. W sezonie na truskawki mogłabym ją pić codziennie.



TRUSKAWKOWA LEMONIADA


Potrzebujesz:

400g truskawek
0,5l zimnej wody (my lubimy gazowaną)
sok z 1 cytryny
listki mięty
kostki lodu
miód lub syrop z agawy ewentualnie jakieś inne słodzidło

Zrób tak:

Truskawki umieść z blenderze i zblenduj na gładką masę. Przetrzyj przez sito, aby pozbyć się pestek. Dodaj sok z cytryny, słodzidło i wodę. Dokładnie wymieszaj. Lemoniadę chłódź przez kilka godzin w lodówce. Podaj z kostkami lodu, plasterkami cytryny i listkami mięty. 






spokojnie.

spokojnie.

Czasami wyobrażam sobie, że jestem jak skała. Zamknięte oczy, szeroko otwarte uszy, wyostrzone zmysły. Widzę i słyszę wszystko. Nic mnie rusza, nic mnie nie złamie, nic mnie nie wytrąci z równowagi. Siedzę spokojnie, bez ruchu, bez zbędnych słów, nawet wtedy, kiedy wokół szaleje sztorm. Lubię to, że już się tego nauczyłam. Spokój działa jak balsam otulający pachnącą warstwą ciało. Spokój działa cuda. Spokojnie można wszystko. 



Chce mi się wszystko i chce mi się nic. Siedzę na kamiennych tarasowych schodkach, co to chcemy je od kilku lat wyremontować i pokryć drewnianą deską, ale ciągle coś innego jest do zrobienia, i wciąż siadam z kawą na kamieniu, który jeszcze mój dziadek układał. Kubek gorącej kawy parzy mi dłonie. Tak, wiem, że miałam rzucić w cholerę, ewentualnie ograniczyć, ale powiedz mi jak to zrobić, kiedy tylko myśl o kawie pozwala mi rano zwlec się z łóżka, często po nieprzespanej nocy, a cichy szmer ekspresu to najmilszy dźwięk o 6 rano? Tak więc ten kubek z tą kawą co to ją ograniczyć miałam, parzy mi dłonie tak że już mam je całe czerwone. Młodsza córka na schodku niżej tworzy arcydzieło na miarę swoje 3-letniego życia, plakatowe farby pryskają na prawo i lewo, a mnie raz o raz przemyka myśl, że zaraz do wanny trzeba będzie ją wsadzić i że w sumie dobrze się stało, że tych desek na tarasie nie mamy.... plakatówki na kamieniu mniej bolą niż na designerskich deskach. Starsza córka w szkole, udaje że się uczy, a nauczyciele udają, że uczą, jak to bywa na końcówce roku szkolnego. Dzisiaj rano przebąkiwała, że może by tak jakieś zwolnienie, bo to bez sensu chodzić do szkoły, bo oceny wystawione, bo za tydzień już wakacje przecież. No ale poszła, z fochem poszła, bo zwolnienia nie dostała. I na odchodnym dowiedziałam się, jak to ja nic nie rozumiem, jaka nieżyciowa ze mnie jednostka i że teraz to już się inaczej żyje. Jedenaście mieć lat... Słodki jeżu w morelach, jaka ja byłam do niej podobna. Czasami jak tak na nią patrzę, na to jak wygląda, jak się zachowuje w konkretnych sytuacjach, jak mówi, jak odgarnia włosy z czoła, jak ripostuje ostrym cięciem jak żyleta, jak się wścieka i jak śmiesznie wydyma wtedy dolną wargę... to ze zdziwienia wyjść nie mogę, że tak się toto mogło za mną wyrodzić. 



Gdzieś z oddali dobiega cichy, ciężki pomruk. Widzę jak nad lasem po prawej stronie zbierają się ciężkie chmury. Po lewej jeszcze niebo jest błękitne, ale już niedługo granat pochłonie wszystko. Będzie burza. Pierwsza prawdziwa, porządna, letnia burza z piorunami. Bardzo lubię burzę, ale tylko wtedy, kiedy siedzę w domu, ewentualnie na tarasie właśnie, bo burza na zewnątrz nie jest niczym przyjemnym. Już kiedyś widziałam jak piorun uderzył w drzewo i rozpłatał je na pół, dziękuję za takie atrakcje... Wiatr uderza mnie w twarz delikatnym zapachem wilgoci. Gdzieś niedaleko, może za lasem, już pada deszcz. Zamykam oczy i widzę wszystko. Pachnie opalona na brąz skóra, pachnie skoszona trawa, pachnie las czekający na burzę. Pachną placki z cukinii na obiad, pachną truskawki pod kruszonką, kawa pachnie. Słyszę jak powoli cichną wszystkie odgłosy, jak to przed burzą. Za kilka chwil zapadnie cisza. Cisza przed burzą. Teraz jeszcze gdzieś tam w oddali głośno ujadają psy, żaby rechoczą, świerszcze cykają. Kury sąsiada donośnie dają znać, że zniosły nowe jaja. Słoiczek z plakatówką spada na kamienny schodek z głośnym plask. Nic nie robię, a jednak robię wszystko. Tylko wdech i wydech, wdech, wydech... Tylko siedzę, tylko patrzę, tylko słucham. Nic nie muszę. Tylko jestem i to wystarczy.

Lubię to, że już umiem tak. Siedzieć na kamiennym schodku z podwiniętymi nogami i dopijać w spokoju kawę, nawet gdy z prawej strony zbliża się nawałnica. Lubię to, że umiem być spokojną, nawet jeśli zbiera się na burzę. Burzę trzeba zwyczajnie przeczekać. Nie walczyć z nią, nie przekrzykiwać grzmotów, nie uciekać przed deszczem. Lubię to. Zamknąć oczy i zobaczyć to wszystko, czego nie widać, kiedy są otwarte. Usłyszeć kropelki plakatówki cicho uderzające o kamienne schodki. Poczuć deszcz, który jeszcze nie pada. Wyłączyć się, żeby włączyć to co najważniejsze. Spokój bierze się ze środka, z odwagi i z pewności siebie. Chciałabym, żebyś miała w sobie tyle odwagi,  żeby spokojnie przeczekać każdą burzę, pijąc drugą, trzecią, piątą kawę tego dnia i dostrzegając w tym piorunobiciu detale, których będziesz mogła chwycić się jak koła ratunkowego. Właśnie po to ten blog chyba... Gdybyś dzisiaj zapytała po co mi on, na co to całe pisanie, odpowiedziałabym, że właśnie po to. Żeby udowodnić Ci, że detale tworzą codzienność, że małe szczęścia tworzą wielkie szczęście i że zawsze, w każdej chwili możesz znaleźć gdzieś blisko siebie koło ratunkowe... 



Więc usiądź teraz obok mnie, wymień zamki, spakuj walizkę, skasuj jego numer, ewentualnie wyłącz telefon, ciętą ripostę wymyślisz następnym razem, ok? Powiedz, że masz dość, nie gódź się na podkrążone oczy, na brak szacunku dla Twoich marzeń, na potłuczone talerze. Wywalcz, wyszarp, wydrap pazurami spokój, żebyś później nie musiała tego robić. Zasługujesz. 

A teraz chodź na kawę. Ja też potrzebuję spokoju.
smaki dzieciństwa # 2- ptysie mojej mamy

smaki dzieciństwa # 2- ptysie mojej mamy

Nasz sąsiad z domu obok ma psa. Pięknego, karmelowego labradora. Stary już, nie szczeka tak głośno jak dawniej, nie skacze z radością na każdego gościa i nie podaje łapy na zawołanie. Może jest przygłuchy. Może osiągnął już swoje lata i wie, że nie musi nikogo słuchać. Może. Czasami, kiedy stoję z kubkiem kawy przy kuchennym oknie, widzę jak ten 12-letni karmelek znowu jest szalonym szczekiem. Znowu mu się chce, znowu głośno szczeka i podskakuje wysoko, jakby miał cztery sprężynki zamiast łap. Wiesz kiedy tak się dzieje? Kiedy dostrzega, że posiada ogon. Próbuje go złapać zębami, kręci się za nim w kółko w dzikim pędzie i nigdy się nie poddaje, mimo że przez te 12 lat jeszcze ani razu nie udało mu się dorwać ogona... Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma? Już odpowiadam- gonię swój własny ogon. Czasami tak się za nim kręcę, jak pies sąsiadów, w dzikim pędzie. W kółko i w kółko, aż się świat w jedno zlewa. Z jedną tylko różnicą- karmelkowi sprawia to radość, mnie niekoniecznie. 

Bardzo nie lubię uczucia nieogarniania i bardzo nie lubię głośno przyznawać się do tego jak nieogarnięta potrafię być. Mimo to robię to właśnie w tej chwili. Biję się w pierś, pochylam głowę i przyznaję, że czasami jest armagedon. Wciąż dążę do jako takiego balansu między wszystkimi moimi życiowymi rolami- z różnym skutkiem. Raz udaje mi się to lepiej, innym razem gorzej, a jeszcze innym- jest fatalnie. Są takie wieczory, kiedy dzieci już śpią, a ja popłączę sobie do poduszki, bo czuję się jedyną kobietą na świecie, która nie daje rady. W mojej głowie wszystkie kobiety tego świata, wszystkie matki mają wysprzątane domy, grzeczne dzieci i zawsze ciepły, domowy obiad na stole. A i terminów nie zawalają. Mnie się zdarza. Niestety. Nie jestem z tego dumna, ale tak, zdarza mi się dzwonić do klienta z przeprosinami, bo artykuł będzie gotowy na wtorek, a nie na poniedziałek. Zdarza mi się zamawiać pizzę na obiad. Zdarza mi się na kilka minut przed przyjściem gości biegać z obłędem w oczach po salonie i łapać w pośpiechu rozwalone misie i lale. A potem łokciami upychać je na dnie szafy. Zdarza mi się krzyknąć na bogu ducha winne dzieci i to jest najgorsze, co mi się zdarza. Nadal nie opracowałam idealnej metody na osiągnięcie work-life-parenting-balance. Jak mi się uda, to dam znać. 

Ale zdarza mi się też taki dzień, kiedy od ciągłego pędu robi mi się niedobrze i wtedy ciskam w kąt wszystkie atakujące mnie zewsząd obowiązki. Wyłączam telefon i ze złością zatrzaskuję laptopa. Udaję, że nie słyszę pipczenia różnych domowych urządzeń, które postanowiły jednocześnie dać mi znać, że oto zakończyły swoją pracę i wymagają mojej natychmiastowej atencji. Zamykam się w kuchni, na klucz najlepiej. Nie rozumiałam nigdy, jak moja mama mówiła, że mieszanie kremu na ptysie relaksuje. Teraz już wiem. Budyniowy krem, którym nafaszerowane są świeżo upieczone karpatkowe ptysie, pachnie jak najlepszy balsam na świecie. Balsam na duszę. Ptysie (vel eklerki) to znak rozpoznawczy mojej mamy i jednocześnie jeden z najlepszych na świecie comfort food jakie znam. Tak smakowały każde moje urodziny. Tak smakują teraz każde urodziny moich córek. I tak smakuje dzień, kiedy chcę odpocząć i choć na chwilę zapomnieć o własnym ogonie.





Ptysie mojej mamy
z ciasta parzonego i z kremem budyniowym
(z podanych składników wychodzi 30 małych lub 15 większych ptysiów)


Ciasto:

18 dag masłą
1,5 szkl. mąki
niepełna szkl. wody
szczypta soli
5 jaj

Zrób tak:

Masło włóż do garnka razem z wodą i solą, zagotuj. Odstaw z ognia, wsyp mąkę i mieszaj tak długo, aż nie będzie grudek, a ciasto będzie odstawać od ścianek garnka. Masę przestudzić, a następnie wbij jaja i ukręć na gładkie ciasto. Gotową masę włóż do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką i wyciskaj na natłuszczoną blachę ptysie- pamiętaj, że one dość mocno rosną w piekarniku. Piecz ok.20 w temperaturze 200 stopni. Po tym czasie wyłącz piekarnik, uchyl drzwi i susz jeszcze ok. 10 minut. Jeszcze ciepłe ptysie przekrój wzdłuż. 


Krem:

7,5 dag masła
3/4 szkl. mąki
21/4 szkl. mleka
3 jaja
3 łyżki cukru
laska wanilii lub cukier waniliowy

Zrób tak:

Z masła i mąki zrób zasmażkę, wlej mleko i gotuj na wolnym ogniu mieszkają tak, aby nie było grudek. Odstaw z ognia, wbij 3 żółtka, wsyp cukier i ziarenka wanilii (lub cukier waniliowy). Ostudź. 

Na połówkę ostudzonego ptysie nakładaj porcję kremu, przykryj drugą połówką. Wierzch możesz polukrować, "poczekoladować" jak to mówi moja starsza córka Zu lub zostawić saute. Tak czy siak... będziesz w niebie :)




Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger