vintage, czyli rzeczy mają znaczenie. o starociach w moim domu. #1

Uwielbiam vintage. Kocham drewno. Ogromnym szacunkiem darzę handmade. Jak nikt doceniam pracę czyichś rąk. Pochylam się nad każdym zakurzonym dokumentem. Zgrabnie balansuję pomiędzy fascynacją minimalizmem a miłością do staroci. Już od dawna marzy mi się dom wypełniony tylko tymi przedmiotami, które mają znaczenie, które są potrzebne i cenne, niekoniecznie materialnie. To nie jest tak, że chcę mieć wszystko używane, vintage i ogólnie rodem z PRL-u, ale starocie to zdecydowanie moje ulubione elementy wystroju, które bardzo fajnie komponują się z tymi nowymi meblami.


Powoli, delektując się tym jak najlepszym deserem lodowym z bitą śmietaną, urządzam mój dom rzeczami, które pasują do mojej starej duszy idealnie. Nie spieszę się. Odwiedzam targi staroci, antykwariaty, pchle targi i lumpeksy. Szperam po nocach na allegro i olxie, wynajdując coraz to nowe perełki i jaram się tym tak bardzo, że aż czuję smyranie na kręgosłupie. Godziny spędzone na oglądaniu starych cukiernic czy łyżek do zupy działają na mnie lepiej niż wizyta u kosmetyczki. Nie, nie kupuję tych cukiernic, łyżek i talerzy tylko po to, żeby je mieć. Ja nie widzę tylko przedmiotów, widzę ludzi w tych przedmiotach. Mam ogromny szacunek do rzeczy, zwłaszcza do tych, które były kiedyś dla kogoś ważne, które coś dla kogoś znaczyły. Bez problemu pozbywam się z mojego domu plastikowego szitu (ostatnio go u mnie coraz mniej, nareszcie), nijakich talerzy z Ikei, taśmowo produkowanych widelców, zastępując je tymi z duszą. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Ci nie o rzeczach, które sama kupiłam, lecz o tych które są w mojej rodzinie od dawna i są pięknym łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością.



Ten wielki kamienny dzban jest naprawdę wielki, chociaż zupełnie tego nie widać na zdjęciach. Jest potężny i bardzo ciężki. Moja prababcia (a potem też babcia i mama) co rano parzyła w nim kawę zbożową. Dzban stał w kuchni, na drewnianym kredensie, który mój pradziadek zrobił własnoręcznie. Bardzo żałuję, że nikt z rodziny nie ocalił tego kredensu. Bardzo. Jeśli kiedyś będę miała kredens (a musisz wiedzieć, że mocno o nim marzę!), to będzie dokładnie taki sam jak w kuchni moich pradziadków. Taką kawę popijało się potem przez cały dzień, bo dzban trzyma temperaturę znacznie lepiej niż dzisiejsze termo kubki- sprawdzone. Zupełnie nie mam pomysłu na ten dzban. Nie lubimy kawy zbożowej, a kompot w takim dzbanie to profanacja przecież. Jakieś pomysły? :) 





Obrus, na którym stoi dzban, zrobiła moja babcia. Jest piękny, mimo kilku plam, które za nic w świecie nie chcą się sprać. Jak ja bym chciała umieć tak haftować :)



Ponad stuletnie radełko do wykrawania pierogów i ciasteczek to kolejna pamiątka po prababci. Ledwo się trzyma, ale nadal działa. Jest regularnie używane i nie wyobrażam sobie, żeby miało leżeć bezczynnie w szufladzie.




W 1939 roku moja babcia miała 14 lat. Nigdy nie opowiadała o tych wojennych latach, a jeśli już coś wspomniała, to z wielkim smutkiem i raczej szeptem. Nie pytałam, czego teraz trochę żałuję, bo z pewnością usłyszałabym wiele historii, jak ta o powstaniu tej serwety. Babcia pracowała w gospodarstwie niemieckiego oficera. Od świtu do nocy harowała na jego polu, m.in. przenosiła ziemniaki w jutowych workach. Serweta powstała właśnie z takiego worka, który babcia zabrała z niemieckiego pola. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy mi tego nie powiedziała. Wiem natomiast, że po wyhaftowaniu jutowej serwety, nie było ona nigdy używana. Słodko- gorzka pamiątka po mojej babci.




Duży drewniany, mocno już podniszczony krzyż to jedna z historii, które poruszają mnie najmocniej. I również wiąże się z wojną. Pierwszego dnia wojny prababcia i pradziadek zagarnęli swoją dzieciarnię, zapakowali do tobołków najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli pieszo do Warszawy. Jako że moja rodzina pochodzi z Pomorza, to kawał drogi mieli. W swej naiwności sądzili, że w stolicy będą bezpieczni. Oczywiście okazało się, że Warszawa płonie... Zawrócili. Szli bardzo długo, po drodze nocując w lesie, na polach, w opuszczonych domach. I właśnie w jednym z takich domów, na wpół zburzonej ścianie wisiał krzyż. Zabrali go ze sobą w dalszą drogę. Trzymali go w worku z mąką, bo za posiadanie krzyża groziła śmierć. Po wojnie zawisł na ścianie najpierw w domu moich pradziadków, później w domu babci i mojej mamy. Teraz wisi u mnie. Moja babcia przez całe życie powtarzała, że ludzie dzielą się na dwie kategorie- na tych, którzy z opuszczonego domu ratują złoto i na tych, którzy ratują krzyże.




Różaniec w metalowym pudełeczku należał do mojej babci. Był chyba jej różańcem na pierwszą komunię. Pamiętam, jak modliła się na nim, przesuwając białe paciorki i szepcząc po cichu "za zdrowie mojej wnuczki"... Kiedy dziadek poszedł na wojnę, babcia dała mu ten różaniec. Nosił go w kieszonce na piersi. Nosił go również w kieszonce niemieckiego munduru, kiedy został pojmany do niewoli i siłą wcielony do niemieckiej armii. Już podczas pierwszej walki rzucił broń i z rękami uniesionymi w górę pobiegł przez sam środek pola walki prosto do swoich. Niemcy strzelali za dziadkiem i trafili go... w różaniec. Widzisz to wgniecenie na drugim zdjęciu? Dziadkowi nic się nie stało, poza wielkim siniakiem na klatce piersiowej. 





To jest zegarek mojego dziadka. Nosił go przez większość swojego dorosłego życia. Mam mgliste wspomnienie jak przykłada mi ten zegarek do ucha i słyszę jego głos: słuchaj, tik tak tik tak... Miał go na nadgarstku, kiedy umarł, a wskazówki zatrzymały się dokładnie na tej godzinie. Nikt nawet nie pomyślał, żeby zegarek naprawić. Tak widocznie miało być. Dziadka miałam bardzo krótko w swoim życiu, zmarł kiedy miałam niecałe 3 lata, ale jest wciąż z nami. W opowieściach mojej mamy, na zdjęciach, w zegarku, który często zakładam, mimo że nie pokazuje aktualnej godziny. Często słyszę, że nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i że nikt nigdy nie będzie. Oszalał, kiedy się urodziłam i wiesz co? Naprawdę czuję tę jego opiekę "stamtąd". 




Ten talerz przez wiele, wiele lat leżał zakurzony, brudny i zapomniany w kartonie w piwnicy u moich rodziców. Kiedy odkryłam jego historię, zachwyciłam się nim, oczyściłam i używam na specjalne okazje. Urodzinowe ciasto tylko na nim wygląda tak pięknie :) Poza tym sama świadomość, że moja prababcia, a być może nawet praprababcia, podawała na nim swoje własnoręcznie upieczone ciasto, jest niesamowita! Tak, ten talerz to jedna z najstarszych rzeczy jakie posiadam. Kilka lat temu poprosiłam o pomoc rzeczoznawcę i dowiedziałam się, talerz pochodzi z czasów zaborów, wykonany został na terenie zaboru pruskiego i jest tylko kilka takich egzemplarzy na świecie. Każdy taki talerz jest inny, posiada unikatowe krzywizny. Ten nasz jest wyjątkowo krzywy, ale właśnie za to go uwielbiam :)




karafkę odkryłam w tym samym kartonie, w którym ukryty był talerz. Zdążyłam jeszcze o niej porozmawiać z moją babcią i jestem za tę możliwość totalnie wdzięczna, bo dzięki temu wiem, że mam w domu skarb. Karafka została wykonana na przełomie XIX i XX wieku przez przyjaciela mojego pradziadka jako prezent ślubny dla niego i prababci. Nie ma drugiej takiej. Powiedz mi jakim cudem te ręcznie malowane kwiatki przetrwały tyle lat? Jest piękna. Absolutnie zachwycająca i zamierzam podawać w niej moją pigwówkę. Tylko na jakimś pchlim targu znajdę pasujące do niej kieliszeczki (oryginalne kieliszki niestety nie zachowały się...).



Tych maluszków było dużo więcej. Był ich cały karton, a do nich jeszcze podstawki, talerzyki do ciasta i wielki dzbanek do herbaty. Bardzo, bardzo żałuję, że zachowała się tylko jedna filiżaneczka. Serwis został ulepiony na zamówienie mojego dziadka w prezencie urodzinowym dla babci. Z opowieści wiem, że babcia podawała herbatę właśnie w tym serwisie, kiedy przychodziły do niej sąsiadki na ploteczki :) Był używany tylko i wyłącznie przy okazji babskich spotkań :) Nie wiem do czego mogę używać tego maluszka, bo kawę i herbatę pijam tylko we wielkich kubasach ;) Póki co stoi u mnie na półce i cieszy oczy. Kiedy na niego patrzę, widzę moją młodą babcię, która siedzi przy stole z innymi laskami i zaśmiewają się do łez :)




Błękitny obrus to jedyna rzecz, jaką mam po mojej babci ze strony taty. Nie znałam jej, zmarła na długo przed moim urodzeniem. Kiedy odkryłam, że w czeluściach szafy w domu rodziców leży zapomniany obrus, który ona wykonała własnoręcznie, obszyła, wyhaftowała kwiatki, obrębiła... byłam wniebowzięta. Czuję się odrobinę bliżej niej, mimo że minęłyśmy się tu na ziemi :)




Kolejny obrus to dzieło mojej drugiej prababci. Uszyła go w prezencie ślubnym dla mojej mojej babci. Nie widać tego na zdjęciu, ale jakość obrusa jest doskonała, a haft mistrzowski. Mimo upływu ponad 70 lat wciąż wygląda pięknie. Tak, zamierzam go regularnie używać, ale tylko na specjalne okazje, bo szkoda by było, żeby dzieciarnia zalała go sokiem malinowym :)




Perełki, które wysępiłam od mojej mamy :) Genialnie wyglądają na szyi w towarzystwie jesiennego swetra. Mają co najmniej 60 lat. Babcia dostała je od swojej kuzynki, a mojej cioci. Cioci nie znałam, bo mieszkała bardzo daleko, i zawsze słyszałam, że kiedyś musimy do niej pojechać. Kiedyś musimy ją odwiedzić. Jeszcze zdążymy. Nie zdążyliśmy. Zmarła rok temu.



Starsza siostra mojej babci mieszkała na wsi. Na takiej prawdziwej wsi, gdzie nie ma prądu, kanalizacji i kaloryferów. Była za to duża drewniana chata z piecem kaflowym. Były drewniane łóżka. Była studnia za domem i stodoła z mnóstwem siana. Były krowy, świnie i kury. I w tym wszystkim byłam ja- najszczęśliwsze dziecko na świecie, które spędzało właśnie wakacje życia. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie miałam tak cudownego lata jak wtedy, w sierpniu roku 1991. Ciocia była osobą, która oddałaby ostatnią koszulę, podzieliłaby się ostatnią kromką chleba. Te kolorowe miseczki dostałam od niej właśnie tego lata, bo wskazałam na nie palcem i powiedziałam, że pięknie się w nich słońce odbija. Mam je do dziś. Podaję w nich galaretkę z owocami.




Ten malutki wazonik to już historia mojego męża. Należał do jego babci, a teraz stoi na półce w naszym domu :) 





A czy Ty lubisz vintage? Pochwal się swoimi perełkami :)

29 komentarzy:

  1. Takie vintage i starodawne rzeczy są super, szczególnie jak ktoś ma dom w tym klimacie ;) Mój tato lubi kolekcjonować takie perełki. Ja wolę jednak minimalizm i staram się mieć jak najmniej przedmiotów w domu/ na półkach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wciąż balansuję pomiędzy minimalizmem a zbieractwem ;)

      Usuń
  2. Super napisane, fajnie się czytało :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piekny post,..
    To o czym piszesz w tym poście to jest tradycja.
    Tradycja przelzywania z pokolenia na pokolenie rzeczy, opowieści, dumy z posiadaniu rodu,
    niestety na naszych terenach polskich tego brakuje, bo bez przerwy taciągłość była zrywana...
    A po tem już nikt tego nie uczył czyli tradycji, bo utożsamiano ją z burżuazją , szlachtą,
    a to było zakazane...
    Jetseś jedną z nielicznych , która to rozumie, a właściwie czuje to Twoja dusza :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, żę uda mi się zaszczepić miłość do staroci w moich córkach :)

      Usuń
  4. Takie rzeczy maja duszę, talerz jest obłędny! My w kwiaciarni mamy donice firmy, która specjalnie robi takie postarzone rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się takie sztucznie postarzane rzeczy nie podobają, ale wiem, że jest wielu ludzi, którzy lubią styl shabby :)

      Usuń
  5. Najpiękniejsze są te obrusy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne rzeczy! Prawdziwa historia dla rodziny i potomnych !

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne przedmioty z duszą. Obrusy i serwety są mi bardzo bliskie wiec podzelam twój zachwyt też mam kilka skarbów w domu. Ja bardzo kocham drewno przedmioty z drewna zabawki przedewszystkim budzą we mnie ciary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo :) Drewniane zabawki są najpiękniejsze :)

      Usuń
  8. Wszystkie rzeczy są piękne zwłaszcza dlatego, że wiąże się z nimi historia Twojej rodziny.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystkie rzeczy, które pokazałaś są piękne, ale najbardziej wpadł mi w oko zegar! Jest obłędny. :)
    Piękne zdjęcia.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zegarek to cenna rzecz dla całej mojej rodziny :)

      Usuń
  10. Nie każdy potrafi docenić stare rzeczy. Nie każdy podchodzi z sentymentem do pamiątek rodzinnych. A to ważne aby umieć doceniać takie rzeczy, nie pozbywać się bo kolejny grat w domu. Te przedmioty mają swoją duszę i gdyby mogły mówić z pewnością usłyszelibyśmy nie jedną piękną historię..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż szkoda, że nigdy nie usłyszę tych historii... :)

      Usuń
  11. To cudowne, że w dzisiejszych czasach potrafisz docenić rodzinne pamiątki. Często są one zapomniane, smutne w kącie lub po prostu wyrzucane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście spotykam wielu ludzi, którzy doceniają piękno starych przedmiotów :)

      Usuń
  12. Takie pamiątki to ogromny skarb. Już mało gdzie można znaleźć takie cudeńka ❤

    OdpowiedzUsuń
  13. Wow! Piękne rzeczy! Nie do końca mój styl ale muszę przyznać ze są piękne. Skoro dzban trzyma temperaturę to może lemoniada? W sam raz na upały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten dzban kojarzy mi się bardziej z ciepłymi napojami... może barszcz? ;)

      Usuń
  14. Regularnie zaopatruje się w takie skarby na lokalnej giełdzie.

    OdpowiedzUsuń
  15. uwielbiam starocie, mój mąż już niekoniecznie :(

    OdpowiedzUsuń
  16. Takie przedmioty należące do naszych przodków są zawsze wyjątkowe. Niestety ja nie mam zbyt wielu, ponieważ moja babcia musiała na gwałtu rety uciekać z domu ze swoją mamą podczas wojny. A kiedy wróciły, w domu nie zostało już prawie nic...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger