maja 28, 2018

wyniki konkursu: prezenty #1 wygraj wózek od Maclarena

wyniki konkursu: prezenty #1 wygraj wózek od Maclarena
Z przyjemnością ogłaszam, że wózek spacerówkę na letnie wojaże od firmy Maclaren otrzymuje.....



LILIANA KWIATKOWSKA.


Gratuluję i proszę, abyś skontaktowała się ze mną w ciągu kolejnych 7 dni. :)


maja 24, 2018

moje majowe przyjemności- maj w obiektywie.

moje majowe przyjemności- maj w obiektywie.



Piękna jest wiosna tego roku, prawda? Piękny był ten kwiecień i piękny jest ten maj. Wiosna hula na całego, a ja staram się chłonąć każdy dzień, każdą pachnącą bzem chwilę, każdy moment intensywnie żółty jak pola rzepaku okalające mój dom. 




Nie wiem czy ta wiosna rzeczywiście jest taka piękna, czy ja po prostu wreszcie nauczyłam się ją doceniać. Może jedno i drugie, chociaż poważnie podejrzewam, że wraz z każdym kolejnym rokiem moje oczy otwierają się szerzej i dostaję świeżą porcję wiosennych ochów i achów do wykorzystania. Często powtarzam, że jestem osobą ciepło- i słońcolubną, i że zdecydowanie widzę siebie mieszkającą na stałe gdzieś w ciepłych krajach. Może nie tropiki od razu, ale miejsce, gdzie taka wiosenka majowa panuje bez ustanku, to już jak najbardziej... 




I dzisiaj tak mnie olśniło znienacka. Wyobraź sobie, że popołudniową porą siedziałam sama w moim biurze. Zwróć, proszę, uwagę na słowo sama. I na słowo biuro, bo ja, musisz wiedzieć, takowego w zasadzie nie posiadam. Niestety... Otóż siedziałam sama, bo dzieci postanowiły wyprowadzić ojca na spacer w celu nakarmienia naszych jeziornych kaczek, które, karmione przez wszystkie okoliczne dzieci i nie tylko dzieci, już i tak przypominają małe kosmate bojki... 





A co do biura, to wiosną, latem i wczesną jesienią, dopóki pogoda łaskawie zezwala,  wystarczy mi zalany słońcem taras, mały drewniany stolik, który pamięta jeszcze młodość mojej babci i laptop z dobrym WiFi. Miłym dodatkiem jest zielona herbata w dzbanuszku, nieodzowny kalendarz i przeciwsłoneczne okulary na nosie. Ach ten dzbanuszek to cała historia jest... Pamiętasz jak pisałam, że kocham starocie? Ten uroczy mały dzbanuszek do parzenia herbaty to głęboki PRL. Młodość mojej mamy, akademik, wieczory, które, jak twierdzi moja mama, spędzało się nad książkami z kubkiem czarnej herbaty w dłoni, zamiast tak jak dzisiaj piwa... chociaż nie wiem czy tak było w istocie, czy moja mama była po prostu hmmm panną porządnicką ;) Tak czy siak dzbanuszek został przeze mnie kilka dni temu wygrzebany gdzieś w czeluściach maminej przepastnej szafy, wyszorowany i z lubością z niego korzystam. To jest w tym wszystkim właśnie najpiękniejsze, kiedy rzeczy na nowo odżywają. 




Ale ja przecież nie o tym chciałam... Wróćmy do popołudnia, które spędzałam sama w moim nasłonecznionym biurze, z zieloną herbatą w prl-owskim dzbanuszku i z laptopem na stoliczku... Złota godzina w maju to ta pomiędzy 18 a 19. Wtedy słońce zaczyna powoli dotykać czubków świerków, które rosną po prawej stronie mojego biura. Powietrze skrzy się brokatem, pachnie bzem i kaliną. Wstrzymuję na chwilę oddech, odkładam robotę na bok i czekam chwili, kiedy słońce zniknie za świerkami w całości. Wtedy ptaki zaczynają szaleńczy popis wokalny, krzyczą jeden przez drugiego, wchodzą na takie rejestry, że aż uszy bolą. Z zamkniętymi oczami wysłuchuję ich do końca, aż do ostatniego dźwięku, a musisz wiedzieć, że czasami trwa to naprawdę długo i że ostatni na placu boju zawsze zostaje skowronek. Ten to potrafi piptolić jeszcze długo, długo, nawet wtedy, kiedy usypiam moją trzylatkę, a za oknem jest już naprawdę ciemno... 



Na tym tarasie, o tej złotej majowej godzinie, kiedy słońce powoli dotyka czubków świerków, a ptaki głośnym wrzaskiem żegnają się z dniem... myślę sobie, że w zasadzie dobrze jest jak jest. Że to dobrze, że listopad taki ponury, a zima taka długa. Że w tym marcu czasami śnieg pada i że wkurzeni wystawiamy przez okna blade buzie do słońca z nadzieją, że może wreszcie przygrzeje trochę mocniej. To dobrze, że maj jest taki krótki, a lato trwa tylko trzy miesiące. I myślę sobie jeszcze, że wcale nie chciałabym mieszkać w ciepłych krajach ani nawet w letnich krajach, ani gdziekolwiek indziej. Tak na trochę pojechać, powłóczyć się, to owszem, z chęcią, torbę podróżną mam zawsze pod ręką. Ale gdybym tak przez cały rok miała maj... czy wtedy miałabym te oczy tak szeroko otwarte? Czy to majowe powietrze nadal skrzyłoby się brokatem o godzinie 18? Czy te ptaki tak by się darły? Czy maj, który trwałby cały rok, cieszyłby tak samo mocno? 



Dzisiaj myślę, że jest dobrze. Tak po prostu dobrze. I że niepotrzebne mi skandynawskie hygge, buddyjski zen ani japońska magia sprzątania. Wystarczy szeroko otworzyć oczy. Jest dobrze. 

A jaki jest Twój maj?

maja 16, 2018

smaki dzieciństwa #1. kalafiorowa i drożdżowe racuchy z jabłkami.

smaki dzieciństwa #1. kalafiorowa i drożdżowe racuchy z jabłkami.
Wiem, że nie odkrywam tutaj żadnej Ameryki, ale ciasto drożdżowe naprawdę potrzebuje dużo czasu. Cierpliwości, spokoju i słońca. Tej wiosny odkryłam, że drożdżowe racuchy smakują najlepiej, kiedy ciasto wyrasta w pełnym słońcu, przykryte lnianą ściereczką. 



Gdyby ktoś jeszcze 10 lat temu powiedział mi, że staną się kobietą, która nastawia ciasto na drożdżowe racuchy z jabłkami, kroi warzywa na kalafiorową w idealnie równą kostkę i jara się tym jak konopie na Jamajce, zabiłabym śmiechem. W ogóle jakie zupy?? Nie lubiłam zup, nie rozumiałam dlaczego moja babcia takim kultem otacza zupy, dlaczego wciąż mi powtarza jak mantrę jakąś: "Pamiętaj, wnusia, gotuj swoim dzieciom zupy. Zupa być musi. Raz na trzy dni wielki gar zupy uwarz. I codziennie po miseczce." Zaliczyłam w życiu przeróżne kulinarne fascynacje, może z wyłączeniem owoców morza, których szczerze nie cierpię, i doszłam do etapu, kiedy wiem, że najlepsze jedzenie to najprostsze jedzenie. Zmęczona udziwnionymi recepturami z pierdyliardem trudno dostępnych, drogich jak złoto ingrediencji, wróciłam z wielką ulgą do babcinych zup. Dużo się nie pomylę, jeśli napiszę, że moim największym odkryciem ostatnich lat jest to, że jeśli jesz prosto, nie musisz stosować żadnych Dukanów ani innych Montignaców, bo czujesz się dobrze i dobrze wyglądasz. Daj mi tylko kilka składników. Połóż na kuchennym stole dobre drożdże, pachnące polskie jabłka i brudne od ziemi warzywa prosto z pola. Nalej mi pół kieliszka wina z winogron od sąsiada z sadu. A ugotuję Ci obiad smakujący jak moje dzieciństwo.




Są takie smaki, których się nie zapomina. Są takie zapachy, które w sekundę potrafią przenosić w czasie. Czasami wystarczy tylko przelotna chwila, ledwo wyczuwalny impuls, przebłysk. Zapach rzepaku, świeżo skoszonej trawy, majowych akacji. I znowu mam 8 lat, spędzam moje wiejskie wakacje życia u cioci Moniki na wsi. Ciocia Monika to starsza siostra mojej babci. Dusza człowiek, jak to w mojej rodzinie się o niej mawiało. Ściągnęłaby z grzbietu ostatnią koszulę, gdybyś tylko potrzebował. To ta ciocia od miseczek, w których tak pięknie odbijało się światło. Pisałam o tym tutaj. Miała ciężkie życie, a mimo to ciągle się uśmiechała, nie narzekała, parła do przodu jak czołg. Kiedy myślę wieś, widzę ją. I widzę siebie, jak niosę na plecach motykę dwa razy większą ode mnie, potykam się o nią co chwilę, ale dzielnie idę na pole, gdzie rosną w równych rządkach buraki, marchewki, seler, kalafiory, sałata, rzodkiewki wielkie jak marzenie. Pamiętam jak nie chciało mi się męczyć i wyrywać z ziemi marchewek, dlatego ucinałam je w połowie, a ciocia potem się śmiała, że miastowa jestem i siły do wyrywania marchewek nie mam (chociaż moja wieś niewiele większa od jej wsi była).


Pamiętam jak ta zupa zaczynała gotować się na wolnym ogniu. Pamiętam jak ciasto drożdżowe na racuchy wyrastało w kamiennym naczyniu obok studni, bo tam najwięcej słońca było. Pamiętam jak to wszystko pachniało. Dzisiaj mój dom pachnie jak lato'91. Znowu mam 8 lat. 


KALAFIOROWA CIOCI MONIKI (przepis na 4 porcje- 2 dorosłych, 2 dzieci)
z warzywami i śmietaną

Potrzebujesz:

1 kalafior (lub 2 jeśli są małe)
2 marchewki
1 mały seler korzeniowy
1 spora cebula
5 sporych ziemniaków
1 stołowa łyżka śmietany 30% 
sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy
pietruszka do posypania

Zrób tak:

1. Ziemniaki, marchewkę i selera umyj, obierz i pokrój. Ja kroję różnie- zazwyczaj ziemniaki i selera w kostkę, a marchewkę w plastry. Kalafiora podziel na różyczki. Umieść warzywa w garnku, zalej wodą tak, aby były przykryte i swobodnie pływały. Dodaj ziele angielskie i liść laurowy. Niech to się trochę popyrtoli. Cebulę pokrój w kostkę, zrumień na maśle (lub oliwie, jak wolisz), dodaj do wywaru. Gdy wszystkie warzywa zmiękną, dopraw solą i pieprzem, dużą ilością pieprzu. Zaufaj mi, proszę, i nie oszczędzaj na pieprzu. Zabiel śmietanką- nam wystarcza łyżka na cały garnek, ale Ty dopasuj ilość do swoich upodobań. Na koniec posyp zupę świeżo posiekaną natką. 





DROŻDŻOWE RACUCHY Z JABŁKAMI
zawsze się udają

Potrzebujesz:

500g mąki pszennej (kiedyś użyłam owsianej, też są ok, ale wychodzą zdecydowanie mniej puchate)
50g świeżych drożdży
szczypta soli
łyżeczka cukru
1 szklanka ciepłego mleka
2 jajka
3 duże jabłka

Zrób tak:

Mąkę przesiej do naczynia, dodaj sól i zrób dołek. Wkrusz do niego drożdże, zasyp cukrem i łyżeczką mąki, dodaj pół szklanki mleka. Przykryj lnianą ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na 30 minut. Jabłka umyj, obierz ze skórki i pokrój w kosteczkę. Po tym czasie dodaj resztę mleka, jajka, jabłka i wymieszaj drewnianą łyżką. Ponownie przykryj i odstaw tym razem na 60 minut. Ciasto będzie dość rzadkie, ale niech Cię ręka boska broni przed dodaniem więcej mąki! Nakładaj porcję ciasta na rozgrzany olej i smaż na niewielkim ogniu do zrumienienia. Podawaj posypane cukrem pudrem i/lub cynamonem.



(pierwsze moje własne piwonie- pąki są już takie wielkie, jakby miały zaraz wybuchnąć)

maja 11, 2018

prezenty #1 wózek Maclaren na wakacyjne wojaże.

prezenty #1 wózek Maclaren na wakacyjne wojaże.
Z wielką przyjemnością rozpoczynam nową serię na moim blogu- Prezenty! :) Pierwsza nagroda w tej serii jest zacna, więc mogę powiedzieć, że rozpoczynam z przytupem, że hej! Dzięki uprzejmości magazynu dla mam "M jak Mama", z którym współpracuję, mogę zaproponować Ci wózek spacerówkę Triumph firmy Maclaren. W sam raz na wiosenne i letnie wojaże :)







ZASADY:


1. Konkurs dla fanów Anika Pietruszko blog na Facebook'u i/lub na Instagramie (przez fanów rozmumie się osoby, które polubiły profil/e).

2. Miło mi będzie, gdy udostępnisz informację o konkursie na swoim blogu i/lub profilu fb oraz zaprosisz znajomych do zabawy.

3. W komentarzu pod tym postem napisz imię dziecka, do którego trafi wózek, oraz dokończ zdanie: Idealny rodzinny weekend, to....

4. Konkurs trwa od 11.05.2018r. do 25.05.2018r. do godziny 00:00.


REGULAMIN:


1. Sponsorem konkursu jest magazyn dla mam "M jak Mama", a organizatorem blog Anika Pietruszko (anikapietruszko.pl).

2. Nagrodą w konkursie jest spacerówka Maclaren Triumph w kolorze czarnym.

3. Konkurs trwa od 11.05.2018 do 25.05.2018r. do godz. 00:00

4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia.

5. Zwycięzca zostanie wybrany przez sponsora oraz organizatora na postawie subiektywnej opinii dotyczącej odpowiedzi na pytanie konkursowe oraz aktywności na blogowym fanpage.

6. Konkurs nie jest w żaden sposób popierany, promowany oraz sponsorowany przez Facebook oraz Instagram.


Powodzenia! :)


maja 09, 2018

vintage, czyli rzeczy mają znaczenie. o starociach w moim domu. #1

vintage, czyli rzeczy mają znaczenie. o starociach w moim domu. #1
Uwielbiam vintage. Kocham drewno. Ogromnym szacunkiem darzę handmade. Jak nikt doceniam pracę czyichś rąk. Pochylam się nad każdym zakurzonym dokumentem. Zgrabnie balansuję pomiędzy fascynacją minimalizmem a miłością do staroci. Już od dawna marzy mi się dom wypełniony tylko tymi przedmiotami, które mają znaczenie, które są potrzebne i cenne, niekoniecznie materialnie. To nie jest tak, że chcę mieć wszystko używane, vintage i ogólnie rodem z PRL-u, ale starocie to zdecydowanie moje ulubione elementy wystroju, które bardzo fajnie komponują się z tymi nowymi meblami.


Powoli, delektując się tym jak najlepszym deserem lodowym z bitą śmietaną, urządzam mój dom rzeczami, które pasują do mojej starej duszy idealnie. Nie spieszę się. Odwiedzam targi staroci, antykwariaty, pchle targi i lumpeksy. Szperam po nocach na allegro i olxie, wynajdując coraz to nowe perełki i jaram się tym tak bardzo, że aż czuję smyranie na kręgosłupie. Godziny spędzone na oglądaniu starych cukiernic czy łyżek do zupy działają na mnie lepiej niż wizyta u kosmetyczki. Nie, nie kupuję tych cukiernic, łyżek i talerzy tylko po to, żeby je mieć. Ja nie widzę tylko przedmiotów, widzę ludzi w tych przedmiotach. Mam ogromny szacunek do rzeczy, zwłaszcza do tych, które były kiedyś dla kogoś ważne, które coś dla kogoś znaczyły. Bez problemu pozbywam się z mojego domu plastikowego szitu (ostatnio go u mnie coraz mniej, nareszcie), nijakich talerzy z Ikei, taśmowo produkowanych widelców, zastępując je tymi z duszą. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Ci nie o rzeczach, które sama kupiłam, lecz o tych które są w mojej rodzinie od dawna i są pięknym łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością.



Ten wielki kamienny dzban jest naprawdę wielki, chociaż zupełnie tego nie widać na zdjęciach. Jest potężny i bardzo ciężki. Moja prababcia (a potem też babcia i mama) co rano parzyła w nim kawę zbożową. Dzban stał w kuchni, na drewnianym kredensie, który mój pradziadek zrobił własnoręcznie. Bardzo żałuję, że nikt z rodziny nie ocalił tego kredensu. Bardzo. Jeśli kiedyś będę miała kredens (a musisz wiedzieć, że mocno o nim marzę!), to będzie dokładnie taki sam jak w kuchni moich pradziadków. Taką kawę popijało się potem przez cały dzień, bo dzban trzyma temperaturę znacznie lepiej niż dzisiejsze termo kubki- sprawdzone. Zupełnie nie mam pomysłu na ten dzban. Nie lubimy kawy zbożowej, a kompot w takim dzbanie to profanacja przecież. Jakieś pomysły? :) 





Obrus, na którym stoi dzban, zrobiła moja babcia. Jest piękny, mimo kilku plam, które za nic w świecie nie chcą się sprać. Jak ja bym chciała umieć tak haftować :)



Ponad stuletnie radełko do wykrawania pierogów i ciasteczek to kolejna pamiątka po prababci. Ledwo się trzyma, ale nadal działa. Jest regularnie używane i nie wyobrażam sobie, żeby miało leżeć bezczynnie w szufladzie.




W 1939 roku moja babcia miała 14 lat. Nigdy nie opowiadała o tych wojennych latach, a jeśli już coś wspomniała, to z wielkim smutkiem i raczej szeptem. Nie pytałam, czego teraz trochę żałuję, bo z pewnością usłyszałabym wiele historii, jak ta o powstaniu tej serwety. Babcia pracowała w gospodarstwie niemieckiego oficera. Od świtu do nocy harowała na jego polu, m.in. przenosiła ziemniaki w jutowych workach. Serweta powstała właśnie z takiego worka, który babcia zabrała z niemieckiego pola. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy mi tego nie powiedziała. Wiem natomiast, że po wyhaftowaniu jutowej serwety, nie było ona nigdy używana. Słodko- gorzka pamiątka po mojej babci.




Duży drewniany, mocno już podniszczony krzyż to jedna z historii, które poruszają mnie najmocniej. I również wiąże się z wojną. Pierwszego dnia wojny prababcia i pradziadek zagarnęli swoją dzieciarnię, zapakowali do tobołków najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli pieszo do Warszawy. Jako że moja rodzina pochodzi z Pomorza, to kawał drogi mieli. W swej naiwności sądzili, że w stolicy będą bezpieczni. Oczywiście okazało się, że Warszawa płonie... Zawrócili. Szli bardzo długo, po drodze nocując w lesie, na polach, w opuszczonych domach. I właśnie w jednym z takich domów, na wpół zburzonej ścianie wisiał krzyż. Zabrali go ze sobą w dalszą drogę. Trzymali go w worku z mąką, bo za posiadanie krzyża groziła śmierć. Po wojnie zawisł na ścianie najpierw w domu moich pradziadków, później w domu babci i mojej mamy. Teraz wisi u mnie. Moja babcia przez całe życie powtarzała, że ludzie dzielą się na dwie kategorie- na tych, którzy z opuszczonego domu ratują złoto i na tych, którzy ratują krzyże.




Różaniec w metalowym pudełeczku należał do mojej babci. Był chyba jej różańcem na pierwszą komunię. Pamiętam, jak modliła się na nim, przesuwając białe paciorki i szepcząc po cichu "za zdrowie mojej wnuczki"... Kiedy dziadek poszedł na wojnę, babcia dała mu ten różaniec. Nosił go w kieszonce na piersi. Nosił go również w kieszonce niemieckiego munduru, kiedy został pojmany do niewoli i siłą wcielony do niemieckiej armii. Już podczas pierwszej walki rzucił broń i z rękami uniesionymi w górę pobiegł przez sam środek pola walki prosto do swoich. Niemcy strzelali za dziadkiem i trafili go... w różaniec. Widzisz to wgniecenie na drugim zdjęciu? Dziadkowi nic się nie stało, poza wielkim siniakiem na klatce piersiowej. 





To jest zegarek mojego dziadka. Nosił go przez większość swojego dorosłego życia. Mam mgliste wspomnienie jak przykłada mi ten zegarek do ucha i słyszę jego głos: słuchaj, tik tak tik tak... Miał go na nadgarstku, kiedy umarł, a wskazówki zatrzymały się dokładnie na tej godzinie. Nikt nawet nie pomyślał, żeby zegarek naprawić. Tak widocznie miało być. Dziadka miałam bardzo krótko w swoim życiu, zmarł kiedy miałam niecałe 3 lata, ale jest wciąż z nami. W opowieściach mojej mamy, na zdjęciach, w zegarku, który często zakładam, mimo że nie pokazuje aktualnej godziny. Często słyszę, że nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i że nikt nigdy nie będzie. Oszalał, kiedy się urodziłam i wiesz co? Naprawdę czuję tę jego opiekę "stamtąd". 




Ten talerz przez wiele, wiele lat leżał zakurzony, brudny i zapomniany w kartonie w piwnicy u moich rodziców. Kiedy odkryłam jego historię, zachwyciłam się nim, oczyściłam i używam na specjalne okazje. Urodzinowe ciasto tylko na nim wygląda tak pięknie :) Poza tym sama świadomość, że moja prababcia, a być może nawet praprababcia, podawała na nim swoje własnoręcznie upieczone ciasto, jest niesamowita! Tak, ten talerz to jedna z najstarszych rzeczy jakie posiadam. Kilka lat temu poprosiłam o pomoc rzeczoznawcę i dowiedziałam się, talerz pochodzi z czasów zaborów, wykonany został na terenie zaboru pruskiego i jest tylko kilka takich egzemplarzy na świecie. Każdy taki talerz jest inny, posiada unikatowe krzywizny. Ten nasz jest wyjątkowo krzywy, ale właśnie za to go uwielbiam :)




karafkę odkryłam w tym samym kartonie, w którym ukryty był talerz. Zdążyłam jeszcze o niej porozmawiać z moją babcią i jestem za tę możliwość totalnie wdzięczna, bo dzięki temu wiem, że mam w domu skarb. Karafka została wykonana na przełomie XIX i XX wieku przez przyjaciela mojego pradziadka jako prezent ślubny dla niego i prababci. Nie ma drugiej takiej. Powiedz mi jakim cudem te ręcznie malowane kwiatki przetrwały tyle lat? Jest piękna. Absolutnie zachwycająca i zamierzam podawać w niej moją pigwówkę. Tylko na jakimś pchlim targu znajdę pasujące do niej kieliszeczki (oryginalne kieliszki niestety nie zachowały się...).



Tych maluszków było dużo więcej. Był ich cały karton, a do nich jeszcze podstawki, talerzyki do ciasta i wielki dzbanek do herbaty. Bardzo, bardzo żałuję, że zachowała się tylko jedna filiżaneczka. Serwis został ulepiony na zamówienie mojego dziadka w prezencie urodzinowym dla babci. Z opowieści wiem, że babcia podawała herbatę właśnie w tym serwisie, kiedy przychodziły do niej sąsiadki na ploteczki :) Był używany tylko i wyłącznie przy okazji babskich spotkań :) Nie wiem do czego mogę używać tego maluszka, bo kawę i herbatę pijam tylko we wielkich kubasach ;) Póki co stoi u mnie na półce i cieszy oczy. Kiedy na niego patrzę, widzę moją młodą babcię, która siedzi przy stole z innymi laskami i zaśmiewają się do łez :)




Błękitny obrus to jedyna rzecz, jaką mam po mojej babci ze strony taty. Nie znałam jej, zmarła na długo przed moim urodzeniem. Kiedy odkryłam, że w czeluściach szafy w domu rodziców leży zapomniany obrus, który ona wykonała własnoręcznie, obszyła, wyhaftowała kwiatki, obrębiła... byłam wniebowzięta. Czuję się odrobinę bliżej niej, mimo że minęłyśmy się tu na ziemi :)




Kolejny obrus to dzieło mojej drugiej prababci. Uszyła go w prezencie ślubnym dla mojej mojej babci. Nie widać tego na zdjęciu, ale jakość obrusa jest doskonała, a haft mistrzowski. Mimo upływu ponad 70 lat wciąż wygląda pięknie. Tak, zamierzam go regularnie używać, ale tylko na specjalne okazje, bo szkoda by było, żeby dzieciarnia zalała go sokiem malinowym :)




Perełki, które wysępiłam od mojej mamy :) Genialnie wyglądają na szyi w towarzystwie jesiennego swetra. Mają co najmniej 60 lat. Babcia dostała je od swojej kuzynki, a mojej cioci. Cioci nie znałam, bo mieszkała bardzo daleko, i zawsze słyszałam, że kiedyś musimy do niej pojechać. Kiedyś musimy ją odwiedzić. Jeszcze zdążymy. Nie zdążyliśmy. Zmarła rok temu.



Starsza siostra mojej babci mieszkała na wsi. Na takiej prawdziwej wsi, gdzie nie ma prądu, kanalizacji i kaloryferów. Była za to duża drewniana chata z piecem kaflowym. Były drewniane łóżka. Była studnia za domem i stodoła z mnóstwem siana. Były krowy, świnie i kury. I w tym wszystkim byłam ja- najszczęśliwsze dziecko na świecie, które spędzało właśnie wakacje życia. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie miałam tak cudownego lata jak wtedy, w sierpniu roku 1991. Ciocia była osobą, która oddałaby ostatnią koszulę, podzieliłaby się ostatnią kromką chleba. Te kolorowe miseczki dostałam od niej właśnie tego lata, bo wskazałam na nie palcem i powiedziałam, że pięknie się w nich słońce odbija. Mam je do dziś. Podaję w nich galaretkę z owocami.




Ten malutki wazonik to już historia mojego męża. Należał do jego babci, a teraz stoi na półce w naszym domu :) 





A czy Ty lubisz vintage? Pochwal się swoimi perełkami :)
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger