wsiura.

Wiesz, kilka dni temu napisał do mnie pewien miły starszy Pan, który pisze książkę o swoim dzieciństwie na wsi z zapytaniem takim, czy mogłabym napisać dla niego rozdział jeden tytułem wstępu. Bo ja, proszę Ciebie, tak podobno opowiadam że czuć u mnie wsią... Przeczytałam wiadomość od Pana owego, dopiłam dwa ostatnie łyki kawy, kubek mój ulubiony w kropki odstawiłam i się zadumałam. O tym, że wsiura rasowa jestem, to ja wiem. Ale że to się czyta w moim pisaniu, to nie wiedziałam... To dzisiaj o tym będzie. 



Jak wiosna, to można mnie znaleźć głównie w ogrodzie, na rowerze lub nad wodą. Na boso wszędzie najlepiej. Wiosną za wszystkie atrakcje wystarczają mi pikniki, plaża, łódka, rower i las. Cała reszta rzeczy dzieje się jakby pomiędzy tym. Jak trzeba gdzieś pojechać, do lekarza na przykład albo na wywiadówkę do córkowej szkoły, to w głowie już obmyślam gdzie po powrocie posadzę tę morelę na pniu, co to mi Marta obiecała zaszczepkę dać. Nigdy nie miałam kompleksów dziewczyny z małej mieściny. Nie ciągnęło mnie do wielkich miast. Chociaż nie, ciągnęło, owszem, ale na chwilę, na tydzień lub dwa, czasem na pół roku nawet, ale zawsze wracałam tam, gdzie zielono. Lubię bliskość kin, teatrów, muzeów. Fajnie, że można przejść dwie ulice i już być na koncercie, a potem jeszcze ulicę obok i do pubu na piwo wstąpić. Fajnie, że nie trzeba na kilka dni wcześniej planować wyjazdu na występ ulubionego kabaretu. Że Ikea pod bokiem. Że ulubiona knajpa kawałek tylko drogi stąd. Pęd życia w dużym mieście jest ok- na jakiś czas. Ja muszę mieć zielono wokół siebie i żeby na bosaka rano po trawie latać. Mnie musi co najmniej raz dziennie zając przed nos wyskoczyć. Ja to muszę w ziemi ręce aż po łokcie ufajdać. A potem się ogarnąć i do wielkiego miasta do teściów wyfiokowana na obiad jechać, ale najpierw te cebulki astrów nasadzić i obornikiem grządki podsypać... A im ja starsza, tym bardziej do zielonego mnie ciągnie. Żeby dużo drzew było wokół i budki lęgowe dla wróbli na tych drzewach pozawieszanie. Żeby szklarenkę małą za domem postawić i własne pomidory hodować. Żeby warzywnik obrobić, co to teraz nie jest jeszcze warzywnikiem, tylko kawałkiem pokrytej chwastami ziemi, i własne warzywa na obiad zbierać. Żeby urodziny dzieci przy ognisku wyprawiać i żeby koleżanki na nocowanie pod namiotem przychodziły. Ale ja nie o tym miałam przecież...




Zasadniczo kiepska jestem w orientacji w terenie, co może być dziwne zważywszy na to gdzie mieszkam i że jako dzieciak latałam boso po wszystkich okolicznych polach. Nie wiem czy to taka moja cecha czy coś mi się porobiło na starość z błędnikiem, ale potafię zgubić się wszędzie. Pisząc wszędzie, naprawdę mam na myśli wszędzie. Jeśli dobrze mną zakręcisz, w tę i wewtę, jak w zabawie w ciuciubabkę, to zgubię się nawet pod swoim własnym domem. Mój terenowy nieogar jest ogólnie dobrze znany otoczeniu i często bywa tematów żartów, co mnie nie wkurza zupełnie. Zupełnie, serio. I tak, jeśli jadę na rower sama, to wcześniej sprawdzam dokładnie mapę, potem robię zdjęcie tej mapie, a potem powtarzam kilka razy trasę, którą mam pojechać. Zero spontanu po tym, jak postanowiłam być supercool i pojechałam gdzie mnie oczy poniosą. I poniosły, psia mać... poniosły w takie miejsce, że dwugodzinna wycieczka zamieniła się w sześciogodzinną, a ja musiałam ze łzami w oczach, ciemnym wieczorem przedzierać się z rowerem na plecach przez sąsiadowe pole kukurydzy, niczym bohaterka kiepskiego horroru klasy DD (klasa DD to klasa do dupy, jakby kto się pytał). Kilka razy wtedy umarłam ze strachu i jestem prawie pewna, że to dlatego nie znoszę horrorów. Tak więc jestem nudnym jak flaki z olejem towarzyszem podróży, bo zero ze mną zabawy. Zero spontanu i szalonych wojaży. Muszę mieć mapę, odpalonego gpsa, zapas żarcia w plecaku i plan. O tak, plan to ja zawsze muszę mieć. Bez niego kiszka i dupa blada.




I tak od pewnego czasu codziennie na tym rowerze zapuszczam się odrobinę dalej. Nawet jeśli czasami skręcę gdzieś w jakieś totalne zadupie, gdzie psy nie powiem czym szczekają i muszę wołać do chłopa na polu, żeby powiedział mi jak wyjechać, to i tak jestem z siebie bardzo dumna. Że sama. Że tak daleko. Że daję radę. Że nie lezę jak głupia jaka przez kukurydzę po nocy. A ile ja się przy okazji tych wypraw cudów naoglądam. Ile skarbów po drodze wypatrzę. Ile zajęcy, sarenek i bocianów przetnie mi drogę. Ile ukrytych między drzewami stawów odnajdę. Niby endomondo mam włączone, co by mi trasę, tempo i spalone kalorie liczyło, ale i tak zatrzymuję się przy każdej przydrożnej kapliczce, przy każdym bocianim gnieździe, przy każdym wiejskim opuszczonym domu. Te puste domy to ja w ogóle wielbię. Tak jak je wielbię, tak mnie przerażają. Nie wiem co bardziej. Pochylam się nad każdym jak nad starym, samotnym człowiekiem. Bo one, te domy, to są jak tacy smutni, opuszczeni przez wszystkich ludzie. Nie ma chyba na świecie smutniejszego widoku niż opuszczony dom. Pół biedy jak jest na wpół zawalony, bez dachu czy drzwi. Pół biedy jak tylko połowa ściany została. To wtedy jeszcze jako tako. Ale jak spotykam domy, które wyglądają tak, jakby ciągle żyły, jakby spały tylko, jakby czekały... Jakby za chwilę w izbie miało rozbłysnąć światlo, ogień w piecu miał się rozhajcować , a z komina polecieć gęsty dym... to wtedy tak zwyczajnie smutno się robi na duszy. Stoję wtedy i w mojej głowie całe się historie tworzą. O tych co tu żyli, śmiali się, kochali, gotowali i dzieci do snu szykowali. Mały ceglany domek, komin, w oknach białe firanki jeszcze wiszą, mimo że te okna zabite na głucho dechami... Dookoła domu kiedyś piękny sad musiał być, teraz zarośnięte wszystko, gałęzie zaraz wejdą przez okna do środka. Z tyłu wielka piętrowa stodoła, z prawej murowane garaże- takie duże, że na traktor chyba. Pole wokół domu zarasta mleczami, ostem i dzikim skrzypem. Robię zdjęcia, a potem wydaje mi się, że za tym zabitą dechą oknem, za tą białą firanką widzę jakąś postać. Czuję się jak intruz. 





Kiedy tak mijam kolejne kilometry, endomondo pipczy mi w telefonie, informując, że oto pobiłam mój rekord życiowy, zastanawiam się jak to jest właściwie z tą comfort zone. Wszędzie wokół motywacyjnie trąbią, że to co najlepsze spotka cię poza twoją strefą komfortu lub prawdziwe  cuda zdarzają się tylko poza strefą komfortu itp. itd. Jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć, złam samego siebie. Jeśli chcesz być kimś, rób to, czego się boisz zrobić. Jeśli chcesz mieć szacunek ludzi, walcz. Prosty przekaz- rób to, czego robić nie masz ochoty, a wtedy będzie ok. Jeśli chodzi o moją jazdę na rowerze coraz dalej i dalej, mimo terenowego debilizmu, to owszem, warto było wyjść poza strefę komfortu i odważyć się pojechać samej w nieznane miejsca. Tak samo jak wiem doskonale, że stres przed rozmową o pracę czy przed ważnym egaminem jest jak najbardziej normalny i tu warto wyściubić nieco nos poza comfort zone. Jednak od wielu już lat nie zgadzam się z motywacyjnymi hasłami, które krzyczą, że życie polega na wychodzeniu ze strefy komfortu. Gówno prawda za przeproszeniem. Życie jest jedno. Życie ma być po prostu przyjemne.  Przyjemne, dobre i proste. Dobrze przeżyte. Czy zaś wieczne wychodzenie ze strefy komfortu, walka ze sobą, wyznaczanie sobie celów, które wymagają szarpania się ze sobą, ma sens? Kiedyś wydawało mi się, że tylko wtedy będę kimś, tylko wtedy będę z siebie dumna- kiedy złamię samą siebie. W imię czego ja się pytam? Dziękuję bardzo, ja postoję, moje wsiurskie comfort zone jak najbardziej mi pasuje. Póki co ;) 







* Zdjęcia na blogu są moje. Jeśli chcesz je wykorzystać, napisz, zapytaj. Dogadamy się na pewno. Lepiej tak niż znaleźć później moje zdjęcia podpisane innym nazwiskiem, rozumiesz? :) 

20 komentarzy:

  1. Chłonę wszystko co dajesz i słowa i zdjęcia no uuuwielbiam! J.r.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zjawisko słońca widzianego przez gałęzie i liście drzew ma w języku japońskim osobne słowo. Samego słowa nie pamiętam, ale gdzieś o tym słyszałam. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ciekawe! Niestety nigdzie nie mogę znaleźć jak się to słowo nazywa

      Usuń
  3. Pięknie snujesz opowieść. Aż chce sie czytać bez końca.

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz piękny blog. Będę zaglądać. :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany w tym oknie na serio kogoś widzę o.O Sugestia albo jest nawiedzony. Creepy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam widzę białą zakapturzoną postać, ale ja mam spaczoną wyobraźnię ;)

      Usuń
  6. Super foteczki:
    Oczywiście obserwuje :)
    Pozdrawiam Eva

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo klimatyczne zdjęcia, naprawdę mi się spodobały :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem oczarowana Twoim blogiem! Pięknie piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękny, wartościowy blog! Jestem pod wrażeniem! Masz we mnie stałą czytelniczkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej dziękuję pięknie i zapraszam do czytania :)

      Usuń
  10. Najważniejsze to czuć się dobrze z samym sobą. Pochodzę ze wsi i jako dziecko kochałam bieganie po polach, łąkach, odkrywanie nowych miejsc i coś mi z tego zostało w moich podróżach, ale nie wyobrażam sobie już powrotu tam na stałe. Kocham moje miasto i to co ono oferuje. W tym także wychodzenie poza strefę komfortu, bo traktuję to jako szansę dla siebie. Nie wbrew sobie, lecz dla siebie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Najważniejsze to żyć w zgodzie ze sobą :) Ja miasto bardzo lubię- na weekend ;)

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger