do czego potrzebne są dzieci...

Niedziela, godzina 21.55. Zaczynam pisać tego posta. Chwilę temu dosłownie ogarnęłam pokój dziewczynek, wyniosłam do kuchni stertę brudnych talerzy, miseczek i kubeczków, po drodze zgarniając z podłogi pogubione w dziwny sposób części garderoby. W drodze do kuchni udało mi się kilka razy stanąć bosą stopą na najostrzejszy klocek lego (i nie było to duplo niestety), rozlać resztę soku z kubka Małej (bananowego, co by bardziej lepkie było i żebym musiała szorować schody na kolanach) i nadepnąć kotu na ogon, co spowodowało dziki koci wrzask, niosący się echem po całym domu, ogrodzie i okolicy. Także jakbyś za kilka dni przeczytała w Fakcie o dręczycielce szarych dachowców, to ja będę. Trochę przeraża mnie wizja ukazania się mojej mordy na rozkładówce Faktu, bo jak mniemam gnidy nawet nosa nie pozwolą mi przypudrować przed wykonaniem tegoż. No ale cóż... jaka zasługa, taka rozkładówka. Mnie ino Fakt pozostał... Kot przeżył, proszę ja Ciebie, chociaż obrażony na mnie wielce postanowił nasikać centralnie na środku kuchni, olewając przy tym całkowicie fakt posiadania nowej kuwety z jeszcze nowszym, świeżo nabytym żwirkiem marki Tesco. I patrzył się na mnie jak sikał, ten kot znaczy się, prosto w oczy mi patrzył z dziką satysfakcją- jak ty mnie depczesz po ogonie, to ja ci zleję kuchnię. Ogon ważna rzecz, zwłaszcza dla kota, więc poniekąd rozumiem. Pokornie wytarłam szmatą najpierw sok bananowy ze schodów, potem kocie siki. Wzięłam dwie różne szmaty, jakby ktoś pytał, nie że jechałam wszystko jedną... 

Kiedy już usiadłam na tyłku (podejrzewam, że pierwszy raz tego dnia, bo jakoś nie pamiętam, żebym wcześniej siedziała), to zaczęłam myśleć. Nie żeby proces myślowy odbywał się u mnie tylko na okoliczność siedzenia na tyłku ani w ogóle siedzenia na czymkolwiek, po prostu do myślenia potrzebny jest spokój, a mnie go ostatnio ewidentnie brakuje. Czuję się jak ten chomiczek w kołowrotku, co to przebiera tymi swoimi krótkimi nóziami jak głupi i leeeeci w kółko coraz szybciej i szybciej, sam nie wie po co, a jak już skończy, to włazi do kółka i apiać od nowa zapiernicza. Spieszę Cię poinformować, że córki moje dwie postanowiły wejść w bunt jednocześnie. To znaczy każda w swój bunt, bo sorry, ale 11-latka i 3-latka buntują się zupełnie inaczej, aczkolwiek z równą intensywnością. Bunt jednej może bym przeżyła, ale obie flądry zachowujące się tak, jakby były chore na ciężką nieuleczalną schizofrenię to trochę za dużo jak dla jednej matki. Zwłaszcza że ja sama dzisiaj z nimi cały dzień, sama, samiutka... Pan mąż był uprzejmy udać się na żużel do innego miasta, wróci pewnie wypoczęty jak dziki prosiaczek, a niech go mrówki podziabają! Zaraz wejdzie z uśmiechem od ucha do ucha i zapyta- a co ty kochanie robiłaś cały dzień? SIEDZIAŁAŚ  z dziećmi w domu?? Taaaa, kotek, bo ja z dwiema zafiksowanymi dziewojami to przecież tylko siedzę, co mam innego do roboty... 

No. To ja już się tak nasiedziałam całą niedzielę, to na koniec postanowiłam napisać, że zupełnie nie rozumiem jak to się dzieje, że ludzie tak się intensywnie rozmnażają. Serio, jak to możliwe, że cywilizowany świat bajecznie bogatego Zachodu jeszcze nie wymarł, mając taką wiedzę, takie możliwości i takie doświadczenie w temacie rodzicielstwa? Jak to, do ciężkiej cholery, jest, że na ulicy nadal widuję kobiety z wielkimi jak piłka do kosza brzuchami, pchające wózki głębokie, sportowe, bliźniacze, takie, siakie, owakie? Jak to jest, że kobiety z wielki, maślanymi oczami a'la kot ze Shreka wpatrują się w nowo narodzone pomarszczone potomstwo swoich przyjaciółek i marzą, że one też, że jeszcze jedno, trzecie, piąte... ? Sama będąc matką od lat 11 (dżizas, to już tyle??) wiem, że dzieci to kupa roboty, kupa zmartwień i dużo kupy. Jakoś wcześniej, zanim zostałam matką, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że dzieci robią kupy. Czasami dużo kupy. Bardzo dużo. Dzieci brudzą, bałaganią, syfią, wrzeszczą, gryzą, drapią, malują pisakami po ścianach, ciągną kota za wąsy, szarpią matkę za włosy, nie słuchają jedne mniej, inne bardziej, a już na pewno wszystkie robią kupę. Rozsypują klocki lego na schodach, malują po lustrze najnowszą szminką od Channel i wymagają 24-godzinnej atencji. Wymagają też zabawiania, adorowania i opatrywania ran. Karmienia w równych odstępach czasu i tylko zdrowym jedzeniem, chodzenia na bilanse, do ortodonty i na basen. Dzieci odbierają nam wolność, ograniczają w dość drastyczny sposób weekendowe szlajanie się po knajpach oraz utrudniają jak mogą spontaniczne wypady nad morze. 

Dzieci dają nad w dupę już od chwili pojawienia się na tym świecie. Jeśli nie masz dzieci, to wyobraź sobie, że oto próbujesz przecisnąć arbuza przez otwór wielkości pomarańczy. Bez znieczulenia, jak to ja miałam okazję się pobawić. Ubaw po pachy, mówię Ci. Poród to jak noc i dzień, koniec i początek, umieranie i zmartwychwstanie. Każda z matek nosi w sobie większy lub mniejszy dramacik związany z tym wiekopomnym wydarzeniem. Rodzi się dziecko i w tej samej chwili rodzi się matka. Leżysz wypluta niczym przeżuty i zwrócony kawał mięsa, a obok Ciebie leży takie małe toto, łyse (zazwyczaj), pomarańczowo- sine (albo różowe, jeśli masz szczęście), pomarszczone, z wydłużoną niczym u Obcego czachą. Leży i ryczy. Albo się na Ciebie pytająco gapi, ale raczej ryczy. Musisz wiedzieć, że na filmach ściemę walą, bo pokazują noworodki, które tylko leżą i się gapią, a noworodki ryczą! W tych filmach również matki są od razu szczupłe, promienne i ze sterczącymi cyckami. Wiedzą jak karmić, jak kąpać i jak przewijać. Pięknie łączą wiele ról, wracają do pracy zawodowej już na drugi miesiąc po porodzie i jeszcze biegają na fitness. Nie mają depresji poporodowej, rozstępów ani podkrążonych oczu. Nie rzucają w męża butelką z na wpół wypitym mlekiem, nie noszą bawełnianych gaci i nie chodzą po domu w dresie. O nie! Tymczasem poród to ogromny gwałt na kobiecej tożsamości, tak sądzę. Niby masz te 9 miesięcy, żeby temat ogarnąć, wybierasz słodkie malutkie śpioszki, gonisz męża do składania kołyski, piszesz plan porodu, gadasz do brzucha... ale poród to szok, zawsze, i nie da się do niego przygotować. Patrzysz na siebie w lustrze i nie poznajesz, pytasz- kim jesteś kobieto? Dotykasz smutno zwisającego pustego brzucha, w którym jeszcze niedawno było toto pomarszczone i nie wiesz, jak masz poskładać w nowy obrazek te puzzle, których nagle jest jakby trochę za dużo.

Tak, dzieci to niezły życiowy armagedon. Te wszystkie kupy, gile, wykrzywione fochem buzie, potargane włosy, uwalone dżemem spodenki są mało efektowne, więc dzisiaj zdjęć nie będzie. Powiem Ci za to, do czego są mi potrzebne moje dzieci. Otóż potrzebuję ich do budzenia mnie mokrymi buziakami o 6 rano, do "kosiam mamę", do gilgotek i przytulania, trzymania za rękę na spacerze. Do gonienia za motylami, rysowania mamy z wielką głową, jedzenia chleba bez skórki i do czytania bajek przed snem. Do znajdowania ptasich gniazd, wąchania kwiatków, zabawy w dom i robienia bazy z koca. Do głaskania po głowie, całowania, chichotania i śpiewania kołysanek. Do zadawania trudnych pytań, zrywania truskawek, chodzenia na lody i skakania na trampolinie. Do pieczenia ciasteczek, wyjadania rodzynek z sernika, zachwycania się małymi kotkami i do bitwy na śnieżki. Do biegania boso po trawie, śpiewania piosenek, miziania po małych stopach i przytulania misia. Do kochania ich potrzebuję, no. Największą zagadką jest to, że wpadły w moje życie jak dwie bomby z opóźnionym zapłonem i rozwaliły wszystko w pył, a są najlepszym co mnie w życiu spotkało. Taki paradoks.


To może trzecie, hę?



ps. Post ten należy przyjąć z odpowiednią dawką dystansu oraz ironii. Kto nie posiada tychże, może doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu emocjonalnym i patrzeć z odrazą na nieletnich.

ps2. Jako że moje dzieci występowały dzisiaj w roli narwanych czortów z gilami po pas, to wrzucam zdjęcie mojego kota. Jest zdecydowanie bardziej reprezentacyjny.

ps3. Urodę Życia majową należy nabyć, Kochana. Zdjęcia mojego autorstwa się tam znajdują. Howgh! 

20 komentarzy:

  1. Ja pierdzielę, babo! Jak ty piszesz!!!!!!! Chce się czytać i czytać!!!!! JR

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow czytało się świetnie. :-) Będę do ciebie regularnie zaglądać. :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Śmiesznie napisane, ale zawarłaś tutaj samą prawdę o macierzyństwie i postrzeganiu nas matek...

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytało sie jednym tchem. Aż żal, ze tak szybko się skończyło.:(

    OdpowiedzUsuń
  5. Jej ale cie lubie czytac, super ze zaczelas znowu pisac w takich klkmatach. looove <3 <3 Domi

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj sama prawda... ale czytało się bosko ;) Buziaki!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie, cieszę się, że się podobało :)

      Usuń
  7. Fantastycznie się ciebie czyta. :))

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja ja lubię cię czytać :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Powiem ci, że masz bardzo specyficzny, ale fajny sposób pisania, miło się czytało :)
    Pozdrawiam c; /~Kinga
    Unpredictabble ♥

    OdpowiedzUsuń
  10. Rewelacyjnie piszesz!
    Pozdrawiam Eva

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger