do czego potrzebne są dzieci...

do czego potrzebne są dzieci...

Niedziela, godzina 21.55. Zaczynam pisać tego posta. Chwilę temu dosłownie ogarnęłam pokój dziewczynek, wyniosłam do kuchni stertę brudnych talerzy, miseczek i kubeczków, po drodze zgarniając z podłogi pogubione w dziwny sposób części garderoby. W drodze do kuchni udało mi się kilka razy stanąć bosą stopą na najostrzejszy klocek lego (i nie było to duplo niestety), rozlać resztę soku z kubka Małej (bananowego, co by bardziej lepkie było i żebym musiała szorować schody na kolanach) i nadepnąć kotu na ogon, co spowodowało dziki koci wrzask, niosący się echem po całym domu, ogrodzie i okolicy. Także jakbyś za kilka dni przeczytała w Fakcie o dręczycielce szarych dachowców, to ja będę. Trochę przeraża mnie wizja ukazania się mojej mordy na rozkładówce Faktu, bo jak mniemam gnidy nawet nosa nie pozwolą mi przypudrować przed wykonaniem tegoż. No ale cóż... jaka zasługa, taka rozkładówka. Mnie ino Fakt pozostał... Kot przeżył, proszę ja Ciebie, chociaż obrażony na mnie wielce postanowił nasikać centralnie na środku kuchni, olewając przy tym całkowicie fakt posiadania nowej kuwety z jeszcze nowszym, świeżo nabytym żwirkiem marki Tesco. I patrzył się na mnie jak sikał, ten kot znaczy się, prosto w oczy mi patrzył z dziką satysfakcją- jak ty mnie depczesz po ogonie, to ja ci zleję kuchnię. Ogon ważna rzecz, zwłaszcza dla kota, więc poniekąd rozumiem. Pokornie wytarłam szmatą najpierw sok bananowy ze schodów, potem kocie siki. Wzięłam dwie różne szmaty, jakby ktoś pytał, nie że jechałam wszystko jedną... 

Kiedy już usiadłam na tyłku (podejrzewam, że pierwszy raz tego dnia, bo jakoś nie pamiętam, żebym wcześniej siedziała), to zaczęłam myśleć. Nie żeby proces myślowy odbywał się u mnie tylko na okoliczność siedzenia na tyłku ani w ogóle siedzenia na czymkolwiek, po prostu do myślenia potrzebny jest spokój, a mnie go ostatnio ewidentnie brakuje. Czuję się jak ten chomiczek w kołowrotku, co to przebiera tymi swoimi krótkimi nóziami jak głupi i leeeeci w kółko coraz szybciej i szybciej, sam nie wie po co, a jak już skończy, to włazi do kółka i apiać od nowa zapiernicza. Spieszę Cię poinformować, że córki moje dwie postanowiły wejść w bunt jednocześnie. To znaczy każda w swój bunt, bo sorry, ale 11-latka i 3-latka buntują się zupełnie inaczej, aczkolwiek z równą intensywnością. Bunt jednej może bym przeżyła, ale obie flądry zachowujące się tak, jakby były chore na ciężką nieuleczalną schizofrenię to trochę za dużo jak dla jednej matki. Zwłaszcza że ja sama dzisiaj z nimi cały dzień, sama, samiutka... Pan mąż był uprzejmy udać się na żużel do innego miasta, wróci pewnie wypoczęty jak dziki prosiaczek, a niech go mrówki podziabają! Zaraz wejdzie z uśmiechem od ucha do ucha i zapyta- a co ty kochanie robiłaś cały dzień? SIEDZIAŁAŚ  z dziećmi w domu?? Taaaa, kotek, bo ja z dwiema zafiksowanymi dziewojami to przecież tylko siedzę, co mam innego do roboty... 

No. To ja już się tak nasiedziałam całą niedzielę, to na koniec postanowiłam napisać, że zupełnie nie rozumiem jak to się dzieje, że ludzie tak się intensywnie rozmnażają. Serio, jak to możliwe, że cywilizowany świat bajecznie bogatego Zachodu jeszcze nie wymarł, mając taką wiedzę, takie możliwości i takie doświadczenie w temacie rodzicielstwa? Jak to, do ciężkiej cholery, jest, że na ulicy nadal widuję kobiety z wielkimi jak piłka do kosza brzuchami, pchające wózki głębokie, sportowe, bliźniacze, takie, siakie, owakie? Jak to jest, że kobiety z wielki, maślanymi oczami a'la kot ze Shreka wpatrują się w nowo narodzone pomarszczone potomstwo swoich przyjaciółek i marzą, że one też, że jeszcze jedno, trzecie, piąte... ? Sama będąc matką od lat 11 (dżizas, to już tyle??) wiem, że dzieci to kupa roboty, kupa zmartwień i dużo kupy. Jakoś wcześniej, zanim zostałam matką, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że dzieci robią kupy. Czasami dużo kupy. Bardzo dużo. Dzieci brudzą, bałaganią, syfią, wrzeszczą, gryzą, drapią, malują pisakami po ścianach, ciągną kota za wąsy, szarpią matkę za włosy, nie słuchają jedne mniej, inne bardziej, a już na pewno wszystkie robią kupę. Rozsypują klocki lego na schodach, malują po lustrze najnowszą szminką od Channel i wymagają 24-godzinnej atencji. Wymagają też zabawiania, adorowania i opatrywania ran. Karmienia w równych odstępach czasu i tylko zdrowym jedzeniem, chodzenia na bilanse, do ortodonty i na basen. Dzieci odbierają nam wolność, ograniczają w dość drastyczny sposób weekendowe szlajanie się po knajpach oraz utrudniają jak mogą spontaniczne wypady nad morze. 

Dzieci dają nad w dupę już od chwili pojawienia się na tym świecie. Jeśli nie masz dzieci, to wyobraź sobie, że oto próbujesz przecisnąć arbuza przez otwór wielkości pomarańczy. Bez znieczulenia, jak to ja miałam okazję się pobawić. Ubaw po pachy, mówię Ci. Poród to jak noc i dzień, koniec i początek, umieranie i zmartwychwstanie. Każda z matek nosi w sobie większy lub mniejszy dramacik związany z tym wiekopomnym wydarzeniem. Rodzi się dziecko i w tej samej chwili rodzi się matka. Leżysz wypluta niczym przeżuty i zwrócony kawał mięsa, a obok Ciebie leży takie małe toto, łyse (zazwyczaj), pomarańczowo- sine (albo różowe, jeśli masz szczęście), pomarszczone, z wydłużoną niczym u Obcego czachą. Leży i ryczy. Albo się na Ciebie pytająco gapi, ale raczej ryczy. Musisz wiedzieć, że na filmach ściemę walą, bo pokazują noworodki, które tylko leżą i się gapią, a noworodki ryczą! W tych filmach również matki są od razu szczupłe, promienne i ze sterczącymi cyckami. Wiedzą jak karmić, jak kąpać i jak przewijać. Pięknie łączą wiele ról, wracają do pracy zawodowej już na drugi miesiąc po porodzie i jeszcze biegają na fitness. Nie mają depresji poporodowej, rozstępów ani podkrążonych oczu. Nie rzucają w męża butelką z na wpół wypitym mlekiem, nie noszą bawełnianych gaci i nie chodzą po domu w dresie. O nie! Tymczasem poród to ogromny gwałt na kobiecej tożsamości, tak sądzę. Niby masz te 9 miesięcy, żeby temat ogarnąć, wybierasz słodkie malutkie śpioszki, gonisz męża do składania kołyski, piszesz plan porodu, gadasz do brzucha... ale poród to szok, zawsze, i nie da się do niego przygotować. Patrzysz na siebie w lustrze i nie poznajesz, pytasz- kim jesteś kobieto? Dotykasz smutno zwisającego pustego brzucha, w którym jeszcze niedawno było toto pomarszczone i nie wiesz, jak masz poskładać w nowy obrazek te puzzle, których nagle jest jakby trochę za dużo.

Tak, dzieci to niezły życiowy armagedon. Te wszystkie kupy, gile, wykrzywione fochem buzie, potargane włosy, uwalone dżemem spodenki są mało efektowne, więc dzisiaj zdjęć nie będzie. Powiem Ci za to, do czego są mi potrzebne moje dzieci. Otóż potrzebuję ich do budzenia mnie mokrymi buziakami o 6 rano, do "kosiam mamę", do gilgotek i przytulania, trzymania za rękę na spacerze. Do gonienia za motylami, rysowania mamy z wielką głową, jedzenia chleba bez skórki i do czytania bajek przed snem. Do znajdowania ptasich gniazd, wąchania kwiatków, zabawy w dom i robienia bazy z koca. Do głaskania po głowie, całowania, chichotania i śpiewania kołysanek. Do zadawania trudnych pytań, zrywania truskawek, chodzenia na lody i skakania na trampolinie. Do pieczenia ciasteczek, wyjadania rodzynek z sernika, zachwycania się małymi kotkami i do bitwy na śnieżki. Do biegania boso po trawie, śpiewania piosenek, miziania po małych stopach i przytulania misia. Do kochania ich potrzebuję, no. Największą zagadką jest to, że wpadły w moje życie jak dwie bomby z opóźnionym zapłonem i rozwaliły wszystko w pył, a są najlepszym co mnie w życiu spotkało. Taki paradoks.


To może trzecie, hę?



ps. Post ten należy przyjąć z odpowiednią dawką dystansu oraz ironii. Kto nie posiada tychże, może doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu emocjonalnym i patrzeć z odrazą na nieletnich.

ps2. Jako że moje dzieci występowały dzisiaj w roli narwanych czortów z gilami po pas, to wrzucam zdjęcie mojego kota. Jest zdecydowanie bardziej reprezentacyjny.

ps3. Urodę Życia majową należy nabyć, Kochana. Zdjęcia mojego autorstwa się tam znajdują. Howgh! 

segregator medyczny od Mamy Ginekolog #jestem kobietą- recenzja.

segregator medyczny od Mamy Ginekolog #jestem kobietą- recenzja.

Jestem pedantką. Naprawdę, chociaż dzisiaj wchodząc do mojego domu pomyślałabyś raczej, że niezła ze mnie bałaganiara. Jako że długi weekend majowy niniejszym się zaczął, mam dwójkę dzieci na stanie, w tym jedno przeokropnie ostatnio rozbrykane... co za tym idzie syf, Pani, syf wszędzie. Piszę więc dzisiaj do Ciebie siedząc na podłodze z laptopem na kolanach, pośrodku porozwalanych puzzli, klocków i kukurydzianych paluszków. Wracając do tematu... jestem pedantką i dobrze się czuję, kiedy wokół mnie panuje porządek. Mam wrażenie, że porządnej wokół mnie przekłada się wprost proporcjonalnie na porządek we mnie. Dokumenty, wyniki badań, skierowania, recepty, zalecenia lekarskie- tutaj o porządek dbam wręcz obsesyjnie i żadne brudne od czekolady małe rączki nie mają dostępu do szuflady z tak ważną zawartością. 



Bardzo więc się cieszę, że w moje ręce trafił segregator medyczny #jestem kobietą, którego autorką jest Nicole Sochacki- Wójcicka, czyli znana wszystkim jako Mama ginekolog. Od teraz wszystkie moje lekarskie dokumenty będą przechowywane w jednym miejscu. Łatwo będzie zabrać wszystkie potrzebne badania ze sobą na wizytę, bo wbrew pozorom produkt jest bardzo pojemny i zmieści się w nim wszystko co trzeba. 



Segregator jest niewielki, trochę większy niż a5, więc bez problemu mieści się w standardowej damskiej torbie miejskiej. Przychodzi do nas w zestawie z breloczkiem #badam się regularnie oraz z przypinką #jestem w ciąży, która pomaga szerzyć ideę Nicole, aby kobiety w ciąży traktować w należny im sposób. Segregator jest bardzo ładnie wydany, z dbałością o każdy szczegół. Solidne okładki, grube kartki w środku, dobrej jakości papier sprawiają, że trzeba się mocno postarać, aby go zniszczyć. Podoba mi się jego minimalistyczny wygląd- biel z granatem zawsze się dobrze komponują. Myślę, że okładkę można personalizować według własnych upodobań, ale ja jednak zostanę przy wersji pierwotnej. Fajnie, że okładka nie przysłania treści, a treść jest bardzo wartościowa i trzeba jej się przyjrzeć bliżej.




Żeby być zdrowym i w porę zareagować, trzeba się regularnie badać. To oczywiste, ale czy łatwe w praktyce? Prawda jest taka, że kobietą znajdą tysiąc wymówek, by do lekarza nie trafić. A to brak czasu, nie ma z kim dzieci zostawić, trzeba wykonać jakąś pilną pracę, tyle na głowie, szkoda czasu... dbamy o wszystkich dookoła, pamiętamy o badaniach męża, o wizytach kontrolnych dzieci, a o sobie zapominamy. Tymczasem bomba z opóźnionym zapłonem tyka. Można by ją szybko rozbroić, gdybyśmy się badały. Ile to kobiet trafia do lekarza, kiedy jest już za późno na ratunek? Misją Mamy ginekolog jest szerzenie świadomości kobiet o konieczności badań profilaktycznych. Wewnątrz segregatora znajdziesz ogrom pożytecznych informacji. Tematy, które są omówione to miesiączka, jak przygotować się do ciąży, profilaktyka raka piersi oraz raka szyjki macicy, usg narządu rodnego, badania hormonalne, infekcje, antykoncepcja... i wiele, wiele innych. Ten segregator to podstawowa wiedza dla każdej kobiety w pigułce. 





Poza tym w środku jest aż siedem przegródek na różne medyczne dokumenty:

1. Na kolejną wizytę (zalecenia, recepty, skierowania)

2. Profilaktyka raka szyjki macicy (cytologia szyjki macicy, badanie genotypów DNA HPV, kolposkopia)

3. Badania piersi (USG piersi, mammografia, opisy histopatologiczne biopsji, badania genetyczne)

4. USG narządu rodnego

5. Badania hormonalne i inne badania krwi

6. Infekcje (wyniki posiewów moczu, wymazy z pochwy i szyjki macicy)

7. Koperta na dodatkowe badania

Doskonała segregacja wszelkich papierów z uwzględnieniem podziałów na wyniki badań krwi, moczu, usg, wymazy, skierowania, recepty itd. Idealne rozwiązanie dla kogoś, kto lubi mieć porządek oraz dla tych, którzy wręcz przeciwnie potrzebują pomocy w organizacji. Dla mnie bomba. 





Znajdziesz również miejsce na wpisanie swojego imienia i nazwiska, peselu, chorób przewlekłych i uczuleń. Twój ginekolog, lekarz rodzinny czy lekarz specjalista też mogą znaleźć się w specjalnej tabeli wraz z kontaktowymi telefonami oraz godzinami przyjęć. Ciekawy jest kalendarz miesiączkowy, miejsce na wpisanie przyjmowanych leków, zaleceń lekarskich oraz wszelkich uwag. Jest sporo wolnej przestrzeni na notatki, co dla mnie, osoby, która uwielbia bazgrolić i ciągle coś notuje, jest wielkim plusem. Autorka pomyślała również o tym, że często w aptece czy u lekarza dostajemy ulotki reklamowe, z którymi nie mamy co potem zrobić, i na samym końcu segregatora jest kieszonka na ta właśnie karteczki.




Jeśli skończą się karty, np. z kalendarzem miesiączkowym czy tabelą przyjmowanych leków, znajdziesz również specjalny kod, gdzie możesz pobierać brakujące materiały. 

Czy zmieniłabym coś w tym produkcie? Na pewno dodałabym miejsce na wpisanie grupy krwi na samym początku, obok imienia i nazwiska. Cała reszta bardzo mi się podoba, oceniam na szóstkę, a rzadko mi się to zdarza, bo jestem bardzo wymagająca :) Już zamówiłam taki sam segregator dla mojej przyjaciółki. Za jakiś czas zamówię też dla mojej starszej córki. Generalnie uważam,  że jest to świetny prezent dla kobiety w wieku rozrodczym i będzie świetny również dla nastolatki.



segregator do kupienia tutaj
miętowo- szary koszyk do kupienia tutaj 

wsiura.

wsiura.

Wiesz, kilka dni temu napisał do mnie pewien miły starszy Pan, który pisze książkę o swoim dzieciństwie na wsi z zapytaniem takim, czy mogłabym napisać dla niego rozdział jeden tytułem wstępu. Bo ja, proszę Ciebie, tak podobno opowiadam że czuć u mnie wsią... Przeczytałam wiadomość od Pana owego, dopiłam dwa ostatnie łyki kawy, kubek mój ulubiony w kropki odstawiłam i się zadumałam. O tym, że wsiura rasowa jestem, to ja wiem. Ale że to się czyta w moim pisaniu, to nie wiedziałam... To dzisiaj o tym będzie. 



Jak wiosna, to można mnie znaleźć głównie w ogrodzie, na rowerze lub nad wodą. Na boso wszędzie najlepiej. Wiosną za wszystkie atrakcje wystarczają mi pikniki, plaża, łódka, rower i las. Cała reszta rzeczy dzieje się jakby pomiędzy tym. Jak trzeba gdzieś pojechać, do lekarza na przykład albo na wywiadówkę do córkowej szkoły, to w głowie już obmyślam gdzie po powrocie posadzę tę morelę na pniu, co to mi Marta obiecała zaszczepkę dać. Nigdy nie miałam kompleksów dziewczyny z małej mieściny. Nie ciągnęło mnie do wielkich miast. Chociaż nie, ciągnęło, owszem, ale na chwilę, na tydzień lub dwa, czasem na pół roku nawet, ale zawsze wracałam tam, gdzie zielono. Lubię bliskość kin, teatrów, muzeów. Fajnie, że można przejść dwie ulice i już być na koncercie, a potem jeszcze ulicę obok i do pubu na piwo wstąpić. Fajnie, że nie trzeba na kilka dni wcześniej planować wyjazdu na występ ulubionego kabaretu. Że Ikea pod bokiem. Że ulubiona knajpa kawałek tylko drogi stąd. Pęd życia w dużym mieście jest ok- na jakiś czas. Ja muszę mieć zielono wokół siebie i żeby na bosaka rano po trawie latać. Mnie musi co najmniej raz dziennie zając przed nos wyskoczyć. Ja to muszę w ziemi ręce aż po łokcie ufajdać. A potem się ogarnąć i do wielkiego miasta do teściów wyfiokowana na obiad jechać, ale najpierw te cebulki astrów nasadzić i obornikiem grządki podsypać... A im ja starsza, tym bardziej do zielonego mnie ciągnie. Żeby dużo drzew było wokół i budki lęgowe dla wróbli na tych drzewach pozawieszanie. Żeby szklarenkę małą za domem postawić i własne pomidory hodować. Żeby warzywnik obrobić, co to teraz nie jest jeszcze warzywnikiem, tylko kawałkiem pokrytej chwastami ziemi, i własne warzywa na obiad zbierać. Żeby urodziny dzieci przy ognisku wyprawiać i żeby koleżanki na nocowanie pod namiotem przychodziły. Ale ja nie o tym miałam przecież...




Zasadniczo kiepska jestem w orientacji w terenie, co może być dziwne zważywszy na to gdzie mieszkam i że jako dzieciak latałam boso po wszystkich okolicznych polach. Nie wiem czy to taka moja cecha czy coś mi się porobiło na starość z błędnikiem, ale potafię zgubić się wszędzie. Pisząc wszędzie, naprawdę mam na myśli wszędzie. Jeśli dobrze mną zakręcisz, w tę i wewtę, jak w zabawie w ciuciubabkę, to zgubię się nawet pod swoim własnym domem. Mój terenowy nieogar jest ogólnie dobrze znany otoczeniu i często bywa tematów żartów, co mnie nie wkurza zupełnie. Zupełnie, serio. I tak, jeśli jadę na rower sama, to wcześniej sprawdzam dokładnie mapę, potem robię zdjęcie tej mapie, a potem powtarzam kilka razy trasę, którą mam pojechać. Zero spontanu po tym, jak postanowiłam być supercool i pojechałam gdzie mnie oczy poniosą. I poniosły, psia mać... poniosły w takie miejsce, że dwugodzinna wycieczka zamieniła się w sześciogodzinną, a ja musiałam ze łzami w oczach, ciemnym wieczorem przedzierać się z rowerem na plecach przez sąsiadowe pole kukurydzy, niczym bohaterka kiepskiego horroru klasy DD (klasa DD to klasa do dupy, jakby kto się pytał). Kilka razy wtedy umarłam ze strachu i jestem prawie pewna, że to dlatego nie znoszę horrorów. Tak więc jestem nudnym jak flaki z olejem towarzyszem podróży, bo zero ze mną zabawy. Zero spontanu i szalonych wojaży. Muszę mieć mapę, odpalonego gpsa, zapas żarcia w plecaku i plan. O tak, plan to ja zawsze muszę mieć. Bez niego kiszka i dupa blada.




I tak od pewnego czasu codziennie na tym rowerze zapuszczam się odrobinę dalej. Nawet jeśli czasami skręcę gdzieś w jakieś totalne zadupie, gdzie psy nie powiem czym szczekają i muszę wołać do chłopa na polu, żeby powiedział mi jak wyjechać, to i tak jestem z siebie bardzo dumna. Że sama. Że tak daleko. Że daję radę. Że nie lezę jak głupia jaka przez kukurydzę po nocy. A ile ja się przy okazji tych wypraw cudów naoglądam. Ile skarbów po drodze wypatrzę. Ile zajęcy, sarenek i bocianów przetnie mi drogę. Ile ukrytych między drzewami stawów odnajdę. Niby endomondo mam włączone, co by mi trasę, tempo i spalone kalorie liczyło, ale i tak zatrzymuję się przy każdej przydrożnej kapliczce, przy każdym bocianim gnieździe, przy każdym wiejskim opuszczonym domu. Te puste domy to ja w ogóle wielbię. Tak jak je wielbię, tak mnie przerażają. Nie wiem co bardziej. Pochylam się nad każdym jak nad starym, samotnym człowiekiem. Bo one, te domy, to są jak tacy smutni, opuszczeni przez wszystkich ludzie. Nie ma chyba na świecie smutniejszego widoku niż opuszczony dom. Pół biedy jak jest na wpół zawalony, bez dachu czy drzwi. Pół biedy jak tylko połowa ściany została. To wtedy jeszcze jako tako. Ale jak spotykam domy, które wyglądają tak, jakby ciągle żyły, jakby spały tylko, jakby czekały... Jakby za chwilę w izbie miało rozbłysnąć światlo, ogień w piecu miał się rozhajcować , a z komina polecieć gęsty dym... to wtedy tak zwyczajnie smutno się robi na duszy. Stoję wtedy i w mojej głowie całe się historie tworzą. O tych co tu żyli, śmiali się, kochali, gotowali i dzieci do snu szykowali. Mały ceglany domek, komin, w oknach białe firanki jeszcze wiszą, mimo że te okna zabite na głucho dechami... Dookoła domu kiedyś piękny sad musiał być, teraz zarośnięte wszystko, gałęzie zaraz wejdą przez okna do środka. Z tyłu wielka piętrowa stodoła, z prawej murowane garaże- takie duże, że na traktor chyba. Pole wokół domu zarasta mleczami, ostem i dzikim skrzypem. Robię zdjęcia, a potem wydaje mi się, że za tym zabitą dechą oknem, za tą białą firanką widzę jakąś postać. Czuję się jak intruz. 





Kiedy tak mijam kolejne kilometry, endomondo pipczy mi w telefonie, informując, że oto pobiłam mój rekord życiowy, zastanawiam się jak to jest właściwie z tą comfort zone. Wszędzie wokół motywacyjnie trąbią, że to co najlepsze spotka cię poza twoją strefą komfortu lub prawdziwe  cuda zdarzają się tylko poza strefą komfortu itp. itd. Jeśli chcesz coś w życiu osiągnąć, złam samego siebie. Jeśli chcesz być kimś, rób to, czego się boisz zrobić. Jeśli chcesz mieć szacunek ludzi, walcz. Prosty przekaz- rób to, czego robić nie masz ochoty, a wtedy będzie ok. Jeśli chodzi o moją jazdę na rowerze coraz dalej i dalej, mimo terenowego debilizmu, to owszem, warto było wyjść poza strefę komfortu i odważyć się pojechać samej w nieznane miejsca. Tak samo jak wiem doskonale, że stres przed rozmową o pracę czy przed ważnym egaminem jest jak najbardziej normalny i tu warto wyściubić nieco nos poza comfort zone. Jednak od wielu już lat nie zgadzam się z motywacyjnymi hasłami, które krzyczą, że życie polega na wychodzeniu ze strefy komfortu. Gówno prawda za przeproszeniem. Życie jest jedno. Życie ma być po prostu przyjemne.  Przyjemne, dobre i proste. Dobrze przeżyte. Czy zaś wieczne wychodzenie ze strefy komfortu, walka ze sobą, wyznaczanie sobie celów, które wymagają szarpania się ze sobą, ma sens? Kiedyś wydawało mi się, że tylko wtedy będę kimś, tylko wtedy będę z siebie dumna- kiedy złamię samą siebie. W imię czego ja się pytam? Dziękuję bardzo, ja postoję, moje wsiurskie comfort zone jak najbardziej mi pasuje. Póki co ;) 







* Zdjęcia na blogu są moje. Jeśli chcesz je wykorzystać, napisz, zapytaj. Dogadamy się na pewno. Lepiej tak niż znaleźć później moje zdjęcia podpisane innym nazwiskiem, rozumiesz? :) 
niedzielna definicja szczęścia.

niedzielna definicja szczęścia.

Niedziela. Kwiecień. Wyjątkowo piękny kwiecień trzeba dodać, co po długiej, ciągnącej się jak guma w za dużych gaciach zimie, jest wręcz wybawieniem. Jako że dzisiaj ta niedziela jest, wszystkie budziki w telefonach poszły się... bujać, a my budziliśmy się powoli i leniwie. Są czasami w życiu matki takie niedziele (rzadko, niezwykle rzadko, ale może dlatego są warte zapamiętania), kiedy dzieciory śpią do 8.30 i dzisiaj właśnie jest taka niedziela... więc wstaliśmy dopiero po kilku długich rundkach dosypiania (jeszcze tylko 3 minutki, proszę, dziecko, zamknij oczy, aaa kotki dwa...), po kilkunastu głośnych ziewnięciach oraz kocich przeciągnięciach.


Słońce przebija się nawet przez zaciągnięte grube zasłony, waląc po oczach jak głupie. Zupełnie mnie to nie wkurza, zupełnie. Wręcz przeciwnie. Myślę sobie: nareszcie, uff. Tak to ja mogę wstawać. Uwielbiam te pierwsze ciepłe poranki, ten kontrast pomiędzy tym, co budziło mnie jeszcze kilka tygodni temu. Przez lekko uchylone w pokoju Starszej okno sączy się umiarkowanie głośny, jednostajny, ale dość irytujący dźwięk kosiarki (sąsiad kosi. w niedzielę. o 9 rano. oszalał.) pomieszany z głośnym pipczeniem dochodzącym gdzieś spod naszego dachu. Znaczy się zmiana warty na jajkach. Znowu mamy lokatorów na gapę. Tak jak zeszłej wiosny. Otwieram na oścież wszystkie okna jakie mam w zasięgu, po drodze dostając opieprz od pana męża, że przeciąg robię. Staję w otwartym oknie i wciągam głęboko powietrze do płuc. Zawrót głowy. Czad. Czy tam sztos jak to się teraz mówi (co ten sztos właściwie oznacza? niech mnie kto wyjaśni, wdzięczna będę). No odlot i ekstaza. Jednych kręci nowy Gucci, innych zapach wypastowanej podłogi, a mnie to kręci. Świeżo skoszona trawa, rozgrzana od porannego kwietniowego słońca ziemia i wilgoć, którą wyczuwa się tylko o tej porze roku. Najlepsze perfumy ever. Kto budził się kiedyś w ciepłą kwietniową niedzielę na wsi, ten wie.


W kuchni tłok. Jak zwykle. Każdy chce jeść. Im młodszy, tym bardziej głodny- taka dziwna zależność, zauważyłaś? Im młodszy, tym mniejszą posiada odporność na burczenie w brzuchu. Następuje poranny przegląd zaspanych oczu, poczochranych kudłów w różnych kolorach i ufajdanych od masła orzechowego piżamek. Oko Elzy na piżamce młodszej latorośli ma podejrzany ciemnobrązowy kolor. Czekolada? Skąd Ona wzięła czekoladę? Zajmę się tym później. Koncert mniejszych i większych ziewnięć przy akompaniamencie strzykania zardzewiałych po nocy kości. Zupełnie dla mnie niezrozumiały monolog wylewający się z małych 3-letnich ust. Stopięćdziesiątyósmy tego poranka foch o pierdołę Starszej. Dora krzycząca swoim irytującym piskliwym głosem z telewizora "łan, tu, tłi". Młodsza, która wyciąga do mnie oskarżycielsko tłusty paluszek, wrzeszcząc- Łabuś, nie kladnij!!!! (Łabuś tfu to znaczy Rabuś to taki psycho-lis-złodziej z bajki o Dorze- dla niewtajemniczonych). Lego frendsy walające się po całej podłodze podłodze. Kuźwa, znowu weszłam bosą stopą na to takie małe ostre... Boli jak diabli. Kto chociaż raz nie wlazł rano na klocek lego bosą stopą- ręka w górę! Ja Jemu klapsa w pupę, on mnie buziaka w szyję. Miziu miziu między karmieniem kota a wciskaniem kapcia na fajtającą małą stópkę. Buziak w przelocie, bo woda na kawę właśnie się zagotowała. Przypalona owsianka. Druga przypalona owsianka. Trzecia. Pieprzyć owsiankę. Dawaj maślane buły. Te wielkie takie, puchate. Mmmm jeszcze ciepłe, z piekarni za rogiem. Dziadek pobiegł po nie już o szóstej. Błyszczące od masła małe rączki. Tłuste od masła moje włosy (bo rączki postanowiły przytulić). Maślane ślady małych rączek na piekarniku... i na kuchence, i na uśmiechającej się do mnie Elzy z czekoladowym okiem. Czy tylko mnie się wydaje, że patrzy na mnie z szyderczym uśmieszkiem? Nevermind. Gorąca kawa razy dwa, poproszę. Dla Niego czarna, dla mnie z mlekiem. Kawa rozlana na podłodze. Razy dwa oczywiście. Cholera jasna, zachlapało ścianę. Zajmę się tym później. Dwie nowe gorące kawy. Parują i parzą w język, ale moje żyły dopominają się swojej dawki porannej kofeiny. Pierwszy łyk. Zaparowane okulary. Maślane bułeczki z różaną konfiturą. Dużo konfitury. Konfitura na czarnych jak smoła włosach Małej. Konfitura na nosie, w nosie i na pulchnych policzkach. Dużo bułeczek. Jeszcze więcej bułeczek. Chrzanić kalorie. Jest niedziela. Jest kwiecień. Świeci słońce. Później pójdziemy na rolki, się spali. 




Gdyby ktoś właśnie dzisiaj, w tę kwietniową niedzielę, zapytałby mnie co to jest szczęście, to opowiedziałabym mu o pewnym wyjątkowo słonecznym niedzielnym poranku, kiedy to dzieci pospały wyjątkowo długo. O rozlanych kawach, maśle rozsmarowanym po całej kuchni i o brudnej od czekolady (skąd Mała wzięła czekoladę w niedzielę rano??) Elzie. O zwęglonej na wiór owsiance,  o buziakach skradzionych w przelocie i o dzikim pipczeniu wróblowych rodziców. O powietrzu przesiąkniętym zapachem świeżo skoszonej trawy, o rosie, która o 9 rano skrzy się jeszcze na trawie przed domem i o sfochowanej buzi mojej zbuntowanej 11-latki. Celebrowanie codzienności w najdoskonalszej formie. Niby nic takiego. Niby zwyczajnie. A jednak. On, one dwie, kilka puchatych bułek, słoik konfitury, masło od baby z targu, parząca w języki kawa. Buziaki, tulasy, Dora i lego wbite w piętę. Cała reszta to już nadmiar.




Dobrej niedzieli!

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger