historia mojego weganizmu i jak jem teraz.

Nie znoszę szufladkowania i konieczności przynależenie do jakiejś grupy, więc trudno mi jednym słowem nazwać to, w jaki sposób się teraz odżywiam. Ja nazwałabym siebie weganką, która raz na jakiś czas je miód i którą mocno ciągnie w stronę surowego weganizmu. Dla ortodoksyjnych wegan jestem zbyt mało wegańska ze względu na miód, a dla ludzi odżywiających się tradycyjnie, jestem pewnego rodzaju ciekawostką. Nauczona doświadczeniem nie opowiadam o mojej diecie, jeśli ktoś mnie nie zapyta (wyjątkiem jest ten blog, wiadomo, po to między innymi jest), nie uświadamiam i nie tłumaczę. Nie czuję się odpowiednią osobą do zbawiania świata. Jeśli ktoś chce znaleźć informacje, to znajdzie sam.

Nigdy nie lubiłam mięsa. Byłam takim dziwnym małym stworem, który zawsze prosił o dokładkę surówki, ale schabowego wciskał pod stołem psu. Mama walczyła ze mną o każdy kęs mielonego, a ja z zadziwiającym jak na kilkulatka uporem odmawiałam, wybierając porcję sałaty. Jako trzynastolatka zbuntowałam się i przestałam zupełnie jeść mięso. Pamiętam, że wzbudziłam w mojej rodzinie wielki niepokój tą decyzję. Zwłaszcza moja ukochana babcia załamywała ręce. W latach 90-tych niewiele wiadomo było o wegetarianizmie. Mięso jawiło się jako jedyne słuszne źródło białka i wszelkich niezbędnych witamin. Ja również  nie miałam odpowiedniej wiedzy, ale czułam instynktownie, że mięso mi nie służy. Kilka lat później, myślę że to było mniej więcej około 18- stych urodzin, odrzuciłam wszelkie produkty odzwierzęce, czyli jajka, nabiał i miód. Weganką byłam do 23 roku życia. Miałam długie okresy surowego weganizmu (jadłam tylko surowe, nieprzetworzone warzywa, owoce i nasiona). Lato to zawsze był czas frutarianizmu, czyli jadłam same owoce i zielone liście. Pod względem zdrowotnym to był najlepszy okres mojego życia. Nie imały się mnie absolutnie żadne choroby. Nie przeziębiałam się, nie byłam podatna na urazy typu zwichnięcia, złamania itp., wyniki krwi zawsze miałam idealne i nikt z lekarzy nie chciał mi wierzyć, że ja tak na owockach jadę... Pewnie myśleli, że kombinuję i wcinam golonki po kryjomu. 



W pierwszej ciąży uległam naciskom otoczenia i zaczęłam jeść mięso "dla dobra dziecka". Niby wiedziałam, że spokojnie poradzimy sobie oboje z maluchem bez mięsa, ale po codziennych, wyczerpujących rozmowach z rodzicami, lekarzami i wszystkimi innymi, którzy tak gorliwie odradzali mi weganizm, poddałam się. Przez kolejne 10 lat mięso jadłam raz częściej, raz rzadziej, czasami nie tknęłam go przez pół roku. Co najciekawsze- większość chorób, jakie mi się przydarzyły, miały miejsce w okresie, kiedy jadłam najwięcej mięsa. Muszę tutaj koniecznie napisać, że w moim przypadku wegetarianizm i weganizm dały ogromne korzyści zdrowotne. Mam 35 lat i raz w życiu chorowałam na anginę, raz na zapalenie oskrzeli, nigdy nie miałam niczego złamanego, nigdy nie miałam żadnej operacji, zęby mam wszystkie i zdrowe, nie przechodziłam żadnych chorób dziecięcych (chorowałam jedynie na ospę, po 30-stce- nie polecam), a jedyne pobyty w szpitalu to te, kiedy rodziłam dzieci. Po ok. 7-8 latach jedzenia mięsa moje zdrowie się posypało. Nagle przeziębienie zaczęło mnie łapać niemal co miesiąc, pojawiły się uporczywe bóle gardła, brzucha i głowy. Dorobiłam się niedoczynności tarczycy. Przytyłam. Cera, z której zawsze byłąm zadowolona, wyglądała jak w okresie dorastania. Zachorowałam na ospę. Rok temu nastąpiła kulminacja- pękła mi torebka stawowa w lewym kolanie, tak po prostu, co unieruchomiło mnie skutecznie na całe lato, a skutki tego urazu odczuwam do dzisiaj. Psychicznie też było słabo. Czułam się zmęczona, zniechęcona, totalnie nie na swoim miejscu. 



Przyszedł taki moment, kiedy poczułam, że albo coś zmienię, albo zwariuję. Niby wszystko było ok, a ja czułam się źle sama ze sobą. Najpierw intuicyjnie odrzuciłam mięso. To było dokładnie rok temu. Przez ten rok udało mi się pozbyć niedoczynności tarczycy, nie zmieniając ani leku, ani dawkowania, ani niczego innego poza dietą. Moje cera się oczyściła. Zniknęły bóle gardła, z którymi bujałam się po laryngologach przez ponad rok. Bóle głowy stopniowo zanikają- nadal co prawda czuję zmiany pogody, ale to zupełnie co innego niż codzienne budzenie się z bólem, w skroniach. Nadal jednak jadłam jaja, miód i nabiał. Pół roku temu dojrzałam do tego, aby przejść na weganizm. Od podjęcia decyzji do jej wykonania daleka droga. Weganką jestem dopiero od miesiąca. Czuję się coraz lepiej. Coraz lepiej mi samej ze sobą. Walczę z bólami jelit, które uparcie się mnie trzymają, zwłaszcza w sytuacjach stresowych, ale widzę ogromną poprawę po odrzuceniu nabiału. To za czym tęsknię najbardziej, to miód i nie zarzekam się, że już nigdy do nie zjem. Dlatego właśnie jestem za mało wegańska dla zagorzałych wegan ;) Myślę, że latem przejdę czasowo na frutarianizm. Kiedyś, dawno temu, to właśnie owoce stanowiły podstawę mojej diety i czułam się z tym fantastycznie.



Podsumowując. Czego nie jem? Mięsa, w tym mięsa ryb, bo niestety niektórzy nadal uważają, że ryby rosną na drzewach, jaj, nabiału, miodu. Co zatem jem? Całą resztę :) Owoce, warzywa, mleka roślinne, oleje, orzechy, suszone owoce, nasiona, kiełki, kasze, ryż, makarony, tofu, soję, hummus.... Pewnie jeszcze całą masę innych rzeczy, ale to jest moja podstawa. Kiedyś bawiłam się w liczenie kalorii, makro, mikro, fikro i inne -kro, ale byłam bliska obłędu i jedzenie zupełnie przestało mi sprawiać przyjemność. Myślałam tylko o cyferkach, a stąd już bardzo blisko do wszelkich zaburzeń odżywiania. Jestem zwolenniczką jedzenie intuicyjnego, ale żeby jeść w taki sposób, trzeba mieć wyjątkowo silny kontakt ze swoim organizmem. Jeśli jesteś zatruta toksynami, złym jakościowo jedzeniem, jedzenie intuicyjne nie jest dla Ciebie, bo jedyne co będzie Ci organizm podpowiadał, to chipsy i batoniki. Ale to już temat na zupełnie osobny wpis, który popełnię jak pozbieram do kupy to wszystko co mam Ci do powiedzenia :)


p.s. Zapraszam serdecznie na mój instagram. Tam jestem aktywna praktycznie codziennie. 


18 komentarzy:

  1. Wspaniały wpis. Popieram, ze mięso wspomaga szerzenie się chorób! A może spróbuj post dr Dąbrowskiej na doraźne oczyszczenie się i potem wróć do swojej intuicyjnej i zdrowej diety weganskiej? Pięknie, ze tak mało w życiu chorowałeś jedząc zdrowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeden post dr Dąbrowskiej za mną- rok temu. Teraz szykuję się powoli na drugi. Mam stawy do wyleczenia i wierzę, że post pomoże :)

      Usuń
  2. Podziwiam ja chyba bym nie umiała za bardzo lubię mieso.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie wiem czy umiałabym w 100% wyeliminować wszystkie mięso ze swojej diety :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie było łatwo, bo od dziecka nie znosiłam mięsa ;)

      Usuń
  4. Wegetarianizm raczej nie dla mnie... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. A już myślałam, że jestem jedyną osobą, która nie przepada za smakiem mięsa. Zawsze kiedy mówię, że mam straszną ochotę na np. kotlety sojowe to wszyscy się zastanawiają, co jest ze mną nie tak, bo przecież schabowy taki pyszny. Od wegetarianizmu dzieli mnie parę kroków. Chcę zmienić dietę z głową, a do tego potrzebuję czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wbrew pozorom ludzi, którzy nie lubią mięsa, jest sporo :) Najważniejsze to podejść rozsądnie do zmiany diety i być w 100% przekonanym, że się tego chce, powodzenia :)

      Usuń
  6. Piękne zdjęcia i ciekawy wpis. Ja jestem tak powiedzmy w połowie drogi, ponieważ zdarza mi się jeść ryby i nabiał.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chciałabym porzucić mięso, ale obawiam się, że to niemożliwe. Nie lubię gotować, a przyrządzanie posiłków z tak ograniczonej gamy produktów pewnie wymaga dużo czasu, pracy i mnóstwa pieniędzy. W końcu trzeba te dania jakoś urozmaicić, a nie ciągle jeść to samo.


    Pozdrawiam,
    http://tamczytam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dieta wegańska jest w zasadzie najprostszą, najtańszą dietą jaką znam. Kasze, ryż, makaron, warzywa, orzechy- to nie kosztuje dużo. Mięso, dobre mięso, jest dużo droższe.

      Usuń
  8. Masz może grupę A? Wierzę w jedzenie zaprogramowane w grupie krwi. Ci ludzie z grupą A nie lubią mięsa. U mnie to się sprawdza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mam grupę A, ale z kolei moja córka ma grupę 0 i też nie je mięsa. Podobno ludzie z 0 są mięsożerni, więc u nas to się nie sprawdza ;)

      Usuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger