marca 31, 2018

najpiękniejsze kadry marca.

najpiękniejsze kadry marca.
Jaki był ten marzec? O taki właśnie...

Zima długo nie odpuszczała, a ja niecierpliwie wypatrywałam pierwszych przebiśniegów. Dla mnie nie nic piękniejszego niż białe malutkie kwiatki przebijające się przez warstwę śniegu. Życie zawsze zwycięża, prawda? Zawsze :)







Marzec to pierwsze tulipany, żonkile i krokusy. Czekam na nie cały rok. To nic, że na razie biedronkowe :) Już niedługo zakwitną na moich grządkach. 


Znowu zaczęło mi się chcieć. Wszystkiego. Rano wstawać, chodzić na spacery, fotografować i pisać. Marcowe poranki bywają naprawdę piękne, zwłaszcza kiedy uda się uchwycić moment topnienia ostatniego śniegu na trawie. 




Zauważyłam pierwsze małe listki na magnolii.


Rano budziły mnie promienie słońce, a nie ciemność.




Jadłam dobrze...


dużo...


i słodko.



Spędziłam długie godziny przy komputerze, realizując nowe projekty.


Pod koniec marca powróciły chłody i trzeba było na nowo wyjąć ciepłą czapę.


A dzisiaj... kolorowo :) Malujemy z dzieciakami jajka, robimy ostatnie dekorację i czekamy. Na Wielką Noc. :)







Cudowności na te święta Ci życzę Kochana :) Niech będzie rodzinnie, spokojnie i z uśmiechem na ustach. I niech prezenty od zajączka oraz smak domowego serniczka nie przysłonią tego, co najważniejsze.

marca 18, 2018

słodka niedziela- najlepszy tofurnik kokosowy.

słodka niedziela- najlepszy tofurnik kokosowy.
Niedziele z mojego dzieciństwa zawsze były przyjemnie przewidywalne. Kiedyś nie lubiłam tej przewidywalności, uważałam, że to nudne i obciachowe, ale dzisiaj doceniam każdą na maksa przewidywalną niedzielę. Pamiętam poranne wyprawy do kościoła i śmietankowe gałkowe lody w drodze powrotnej z jednej jedynej budki, której już od dawna nie ma. Potem był biały wykrochmalony obrus, biała koszula taty i moja granatowa sukienka w kratę. Był tradycyjny rosół z wielki pływającymi okami tłuszczu, schabowy z tłuczonymi ziemniakami i sernik mojej mamy na deser. Potem spacer nad jezioro i karmienie kaczek. Obowiązkowo. Kiedy żyła Babcia, takie niedziele to była oczywistość. Dzisiaj mam już swoją rodzinę i niedziele wyglądają już inaczej, ale sernik nadal być musi. No musi i koniec. W mojej czteroosobowej rodzinie, w której dwie osoby są zdecydowanie wege, a pozostałe dwie jedzą śladowe ilości mięsa, tradycyjny sernik raczej nie ma racji bytu. 



Do tofurnika podchodziłam jak pies do jeża, bo z tofu bardzo się nie lubimy. Nie ma smaku, zapachu ani przyjemnej konsystencji. Wygląda jak gąbka, smakuje jak gąbka... Jest zdecydowanie mniej smaczny niż tradycyjny twaróg. Kilkanaście razy robiłam podejście do tofurnika, ale efekty zawsze były mizerne. Wreszcie posklejałam razem kilka znanych mi przepisów, dodałam coś od siebie i wyszło ciasto marzenie. Serniczek kokosowy z tofu, który niczym nie ustępuje temu tradycyjnemu. Śmiem nawet twierdzić, że jest od niego o niebo lepszy. Na słodką leniwą niedzielę jak znalazł. Spróbuj, a stracisz dla niego głowę.


Najlepszy tofurnik kokosowy.



Potrzebujesz:

na spód:
100g owsianych/ jaglanych ciastek (ja używam home made ciasteczek)
2 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

masa tofurnikowa:
360g tofu
1/2 szkl. ugotowanej i zblendowanej kaszy jaglanej
1,5 szkl. mleka kokosowego
3/4 szkl. syropu kokosowego lub innego słodzidła
2 łyżki mąki ziemniaczanej
kilka kropki olejku kokosowego (do kupienia tutaj)
1/3 szkl. soku z cytryny
skórka otarta z 1,5 cytryny

polewa:
50g czekolady (ja użyłam tej)
1 łyżka syropu kokosowego


Zrób tak:

1. Składniki na spód zblenduj na grupe okruchy. Tortownicę (ja używam takiej o średnicy 25cm) wysypać okruchami, docosnąć i wstawić do lodówki.

2. Przygotuj masę. Wszystkie składniki poza mlekiem zmiksuj mikserem na gładką masę. Pod koniec miksowania wlej masę, stopniowo miksując. 

3. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni. Masę wylej na schłodzony spód, piecz przez 20 minut w temperaturze 170 st., potem zmniejsz do 120 stopni i piecz kolejne 40 minut. 

4. Po upieczeniu wyłączyć piekarnik i zostawić tofurnik jeszcze na 10-15 minut w środku. Wstrzymaj się z krojeniem serniczka, dopóki całkowicie nie ostygnie. Zaufaj- wcześniej się rozleci.

5. Przygotowanie polewy jest bajecznie proste- włóż wszystkie składniki do rondelka i rozpuść, mieszając energicznie trzepaczką. Jeszcze ciepłą polewą oblej zimny tofurnik. 

Smacznego :)




marca 12, 2018

historia mojego weganizmu i jak jem teraz.

historia mojego weganizmu i jak jem teraz.
Nie znoszę szufladkowania i konieczności przynależenie do jakiejś grupy, więc trudno mi jednym słowem nazwać to, w jaki sposób się teraz odżywiam. Ja nazwałabym siebie weganką, która raz na jakiś czas je miód i którą mocno ciągnie w stronę surowego weganizmu. Dla ortodoksyjnych wegan jestem zbyt mało wegańska ze względu na miód, a dla ludzi odżywiających się tradycyjnie, jestem pewnego rodzaju ciekawostką. Nauczona doświadczeniem nie opowiadam o mojej diecie, jeśli ktoś mnie nie zapyta (wyjątkiem jest ten blog, wiadomo, po to między innymi jest), nie uświadamiam i nie tłumaczę. Nie czuję się odpowiednią osobą do zbawiania świata. Jeśli ktoś chce znaleźć informacje, to znajdzie sam.

Nigdy nie lubiłam mięsa. Byłam takim dziwnym małym stworem, który zawsze prosił o dokładkę surówki, ale schabowego wciskał pod stołem psu. Mama walczyła ze mną o każdy kęs mielonego, a ja z zadziwiającym jak na kilkulatka uporem odmawiałam, wybierając porcję sałaty. Jako trzynastolatka zbuntowałam się i przestałam zupełnie jeść mięso. Pamiętam, że wzbudziłam w mojej rodzinie wielki niepokój tą decyzję. Zwłaszcza moja ukochana babcia załamywała ręce. W latach 90-tych niewiele wiadomo było o wegetarianizmie. Mięso jawiło się jako jedyne słuszne źródło białka i wszelkich niezbędnych witamin. Ja również  nie miałam odpowiedniej wiedzy, ale czułam instynktownie, że mięso mi nie służy. Kilka lat później, myślę że to było mniej więcej około 18- stych urodzin, odrzuciłam wszelkie produkty odzwierzęce, czyli jajka, nabiał i miód. Weganką byłam do 23 roku życia. Miałam długie okresy surowego weganizmu (jadłam tylko surowe, nieprzetworzone warzywa, owoce i nasiona). Lato to zawsze był czas frutarianizmu, czyli jadłam same owoce i zielone liście. Pod względem zdrowotnym to był najlepszy okres mojego życia. Nie imały się mnie absolutnie żadne choroby. Nie przeziębiałam się, nie byłam podatna na urazy typu zwichnięcia, złamania itp., wyniki krwi zawsze miałam idealne i nikt z lekarzy nie chciał mi wierzyć, że ja tak na owockach jadę... Pewnie myśleli, że kombinuję i wcinam golonki po kryjomu. 



W pierwszej ciąży uległam naciskom otoczenia i zaczęłam jeść mięso "dla dobra dziecka". Niby wiedziałam, że spokojnie poradzimy sobie oboje z maluchem bez mięsa, ale po codziennych, wyczerpujących rozmowach z rodzicami, lekarzami i wszystkimi innymi, którzy tak gorliwie odradzali mi weganizm, poddałam się. Przez kolejne 10 lat mięso jadłam raz częściej, raz rzadziej, czasami nie tknęłam go przez pół roku. Co najciekawsze- większość chorób, jakie mi się przydarzyły, miały miejsce w okresie, kiedy jadłam najwięcej mięsa. Muszę tutaj koniecznie napisać, że w moim przypadku wegetarianizm i weganizm dały ogromne korzyści zdrowotne. Mam 35 lat i raz w życiu chorowałam na anginę, raz na zapalenie oskrzeli, nigdy nie miałam niczego złamanego, nigdy nie miałam żadnej operacji, zęby mam wszystkie i zdrowe, nie przechodziłam żadnych chorób dziecięcych (chorowałam jedynie na ospę, po 30-stce- nie polecam), a jedyne pobyty w szpitalu to te, kiedy rodziłam dzieci. Po ok. 7-8 latach jedzenia mięsa moje zdrowie się posypało. Nagle przeziębienie zaczęło mnie łapać niemal co miesiąc, pojawiły się uporczywe bóle gardła, brzucha i głowy. Dorobiłam się niedoczynności tarczycy. Przytyłam. Cera, z której zawsze byłąm zadowolona, wyglądała jak w okresie dorastania. Zachorowałam na ospę. Rok temu nastąpiła kulminacja- pękła mi torebka stawowa w lewym kolanie, tak po prostu, co unieruchomiło mnie skutecznie na całe lato, a skutki tego urazu odczuwam do dzisiaj. Psychicznie też było słabo. Czułam się zmęczona, zniechęcona, totalnie nie na swoim miejscu. 



Przyszedł taki moment, kiedy poczułam, że albo coś zmienię, albo zwariuję. Niby wszystko było ok, a ja czułam się źle sama ze sobą. Najpierw intuicyjnie odrzuciłam mięso. To było dokładnie rok temu. Przez ten rok udało mi się pozbyć niedoczynności tarczycy, nie zmieniając ani leku, ani dawkowania, ani niczego innego poza dietą. Moje cera się oczyściła. Zniknęły bóle gardła, z którymi bujałam się po laryngologach przez ponad rok. Bóle głowy stopniowo zanikają- nadal co prawda czuję zmiany pogody, ale to zupełnie co innego niż codzienne budzenie się z bólem, w skroniach. Nadal jednak jadłam jaja, miód i nabiał. Pół roku temu dojrzałam do tego, aby przejść na weganizm. Od podjęcia decyzji do jej wykonania daleka droga. Weganką jestem dopiero od miesiąca. Czuję się coraz lepiej. Coraz lepiej mi samej ze sobą. Walczę z bólami jelit, które uparcie się mnie trzymają, zwłaszcza w sytuacjach stresowych, ale widzę ogromną poprawę po odrzuceniu nabiału. To za czym tęsknię najbardziej, to miód i nie zarzekam się, że już nigdy do nie zjem. Dlatego właśnie jestem za mało wegańska dla zagorzałych wegan ;) Myślę, że latem przejdę czasowo na frutarianizm. Kiedyś, dawno temu, to właśnie owoce stanowiły podstawę mojej diety i czułam się z tym fantastycznie.



Podsumowując. Czego nie jem? Mięsa, w tym mięsa ryb, bo niestety niektórzy nadal uważają, że ryby rosną na drzewach, jaj, nabiału, miodu. Co zatem jem? Całą resztę :) Owoce, warzywa, mleka roślinne, oleje, orzechy, suszone owoce, nasiona, kiełki, kasze, ryż, makarony, tofu, soję, hummus.... Pewnie jeszcze całą masę innych rzeczy, ale to jest moja podstawa. Kiedyś bawiłam się w liczenie kalorii, makro, mikro, fikro i inne -kro, ale byłam bliska obłędu i jedzenie zupełnie przestało mi sprawiać przyjemność. Myślałam tylko o cyferkach, a stąd już bardzo blisko do wszelkich zaburzeń odżywiania. Jestem zwolenniczką jedzenie intuicyjnego, ale żeby jeść w taki sposób, trzeba mieć wyjątkowo silny kontakt ze swoim organizmem. Jeśli jesteś zatruta toksynami, złym jakościowo jedzeniem, jedzenie intuicyjne nie jest dla Ciebie, bo jedyne co będzie Ci organizm podpowiadał, to chipsy i batoniki. Ale to już temat na zupełnie osobny wpis, który popełnię jak pozbieram do kupy to wszystko co mam Ci do powiedzenia :)


p.s. Zapraszam serdecznie na mój instagram. Tam jestem aktywna praktycznie codziennie. 


Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger