ząbkowanie- (never)ending story/ przepis na czekoladowy suflet, który się zawsze udaje.

ząbkowanie- (never)ending story/ przepis na czekoladowy suflet, który się zawsze udaje.

Moje młodsze dziecko jest raczej z gatunku tych przesypiających noce. Nie funduje nam atrakcji w postaci stu tysięcy pobudek ani nie żąda rozrywek o trzeciej nad ranem. Tak więc jak nieletnia w środku nocy, o godzinie dokładnie 1:58 siada półprzytomna na łóżku i do godziny 4.02 za nic w świecie nie zamierza przyjąć pozycji horyzontalnej, nie pomaga szszsz syczane przez matkę do ucha, nie pomaga Lulajże Jezuniu, aaaa kotki dwa, nie pomaga solidna porcja mleka, noszenia od jednego okna do drugiego ani śpij cholero wreszcie wymruczane przez nieżywą ze zmęczenia rodzicielkę... wtedy zrozpaczona matka siarczyście bluzga pod nosem i wietrzy kłopoty. Najpierw, po omacku, znajduje czoło nieletniej i sprawdza ciepłotę. Jest ok. Nos też wydaje się suchy, gila nie stwierdzono. Kichania nie słychać. A nieletnia siedzi, buja się w tę i wewtę niczym dziecko z chorobą sierocą, jęczy i sama nie wie czego chce, ale chce tego bardzo mocno; teraz, w tej chwili, o tej nieszczęsnej 1:58 w nocy.

Znaczy się zęby idą. Matka myśli: ja pierdziu, matko święta, cholera jasna, szlag by to trafił...
i szykuje wszelkie siły na kilkudniową jazdę bez trzymanki. Mała od pierwszej chwili na tym świecie robi wszystko z pompą, więc i ząbkowanie u nas to poziom master. Wiesz, jęki, darcie pysia, gorączka, katar i takie tam... Coś tam w tej małej buziuli kiełkuje, to pewne. Nie wiem dokładnie co, bo Mała przy każdej próbie wsadzenia palucha do buzi kąsa niczym rasowy pitbull. Poza tym na pytanie: gdzie cię boli? pokazuje łapką prawy policzek i robi nieszczęśliwą minkę. Wyczuwam, chyba, dwie dolne 5 już prawie, prawie na przebiciu, ale i na górze coś jakby twardniało pod dziąsełkiem. "Nasze" ostatnie cztery zęby. Tyko dlaczego wszystkie jednocześnie?? Także tego... jazda, proszę ja Ciebie. 

Dziecko jest totalnie nieodkładalne, wessane w matkę jak kleszcz w żywiciela, jęczące o wszystko. Wiesz, na zasadzie chcę wszystkiego, ale nic mi się nie podoba, a najlepiej to połóż się obok mnie i tak ze mną leż. Cały dzień. No to leżymy, tulimy się, głaszczemy. Mała memła kciuka w obolałej paszczy, ja nadrabiam zaległości czytelnicze... Relaks na wypasie, rzekłabym, gdyby nie to, że na stanie jest jeszcze jedna dziewczynka potrzebująca maminej uwagi, zlecenia do odhaczenia "na wczoraj", pralka czeka na załadowanie, roztocza na półkach to już w ogóle piknik sobie urządziły... A i remont jeszcze mamy buahahaha, ale to już innym razem.....

Spędzamy tak sobie weekend kokosząc się we czwórkę na kanapie, popijamy co tam kto lubi, jedni kawę, inni herbatę z miodem, a jeszcze inni mleko. Niektórym idą zęby, innym zęby wypadają i wypatrują wruszki zembuszki (pisownia oryginalna), jeszcze inni myślą o zapisaniu się do ortodonty (to ja) i dentysty (to pan mąż). Tak, zdecydowanie zemby zdominowały ten weekend. Ale żeby nie być taką monotematyczną, podrzucam Ci świetny przepis na banalnie prostu suflet czekoladowy, który zawsze się udaje i najlepiej smakuje właśnie w taką leniwą niedzielę, kiedy za oknem wieje jakby głowę chciało urwać (orkan Grzegorz był uprzejmy dotrzeć i do nas), a w domu ciepło, błogo, czekoladowo i... zembowo ;)


Suflet czekoladowy na dobry weekend.



Potrzebujesz:
 
180 g gorzkiej czekolady (minimum 90% kakao)
80g masła klarowanego
2 jajka
2 żółtka
2 łyżki mąki owsianej (u mnie zmielone w blenderze płatki górskie)
2 łyżeczki stewii


Zrób tak:

Kokilki posmaruj dokładnie masłem klarowanym. Rozpuść czekoladę w garnuszku razem z masłem klarowanym, aż do otrzymania płynnej masy- postaraj się nie wyjeść wszystkiego w trakcie mieszania. W osobnej misce zmiksuj jajka oraz żółtka, dodaj stewię i  mieszaj aż do dokładnego połączenia się składników. Dolej płynną czekoladę z rondelka do jajek, wsyp mąkę i wymieszaj.
Tak powstałą masę przelej do kokilek i wstaw do lodówki na około 20 min. Tu następuje najtrudniejsza część przepisu- czekanie.....
Następnie do zimnego piekarnika wstaw blachę z taką ilością wody żeby po wstawieniu na nią kokilek, jej poziom sięgał do połowy naczynia, rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wstaw kokilki na blachę i piecz około 15-17 minut.
Należy obserwować sytuację w piekarniku. Jeśli wyciągniesz suflety za szybko będą zbyt płynne, a jeśli się spóźnimy otrzymasz brownie. Tak czy siak będzie pyszne :)


mm vs kp- jestem z obu obozów

mm vs kp- jestem z obu obozów

Powstały dwa obozy, które mam wrażenie zwalczają się wzajemnie i usiłują przeforsować prawdę, która jest bardziej mojsza niż twojsza. Karmisz piersią ponad rok? Wariatka! Karmisz mm? Wyrodna! A nie można by tak się wspierać? Albo jeśli nie wspierać, to chociaż nie dołować, nie obrażać, nie gnoić? Jestem zarówno z jednego obozu, jak i z drugiego. Tak wyszło. Jestem więc mm, czyli wyrodna i kp, czyli wariatka karmiąca już ponad dwa lata. Mam dwie córki. Starszą karmiłam piersią jakieś... 2 tygodnie. Może nawet krócej. Młodszą karmię nieprzerwanie od pierwszej minuty jej życia aż do dnia dzisiejszego.



Dlaczego tak?




10 lat temu byłam młoda i głupia. Nie boję się otwarcie przyznać, że ciąża zaskoczyła mnie w samym środeczku najlepszej studenckiej zabawy. Oczywiście, że chciałam dla dziecka jak najlepiej, ale byłam niedoświadczona zupełnie, ślepo wsłuchana w głosy lekarzy, pielęgniarek i położnych. A te głosy często brzmiały zupełnie różnie. Aha i był jeszcze jeden głos- ten mojej mamy. Tak, mama również nie potrafiła mnie wesprzeć w kwestii laktacji. Może dlatego, że sama 30 lat temu tego wsparcia nie dostała? Kiedy urodziłam starszą córkę, nie było NIKOGO kto pomógłby mi karmić naturalnie. Nie wiedziałam wtedy, że mleko nie od razu płynie wartkim strumieniem, że czasami trzeba poczekać na jego pojawienie się  i wreszcie uwierzyłam, że moje piersi nie są stworzone do produkcji mleka. Coś takiego usłyszałam kilka godzin po porodzie od położnej. Tak bardzo wbiło mi się w głowę to niszczące zdanie, że zablokowałam się na amen. Ani kropli. Nic. Null. Pustka i totalna Sahara. Próbowałam coś zrobić. Walczyłam o to mleko, bo wiedziałam, że jest najlepsze dla mojego dziecka. Przystawiałam, piłam hektolitry karmi i ryczałam razem z córką. Stres, karcące spojrzenia pielęgniarek, córka która leciała z wagi na łeb na szyję i uwagi mojej mamy, która stwierdziła, że skoro ona mleka nie miała, to i ja pewnie nie mam. Bo to genetyczne jest. (ehh) Mam się przestać wygłupiać i dać dziecku butlę. Natychmiast, do ciężkiej cholery! Bo płacze. Bo głodne. Bo jestem be i jak mogę głodzić to małe stworzenie. Dałam butlę. Ryczałam potem w szpitalnej łazience i miałam tak ogromne poczucie porażki, że do dzisiaj chce mi się wyć jak o tym pomyślę. 




Okazało się, że córka płakała, bo była chora. 




Nie z głodu. Nie dlatego, że w moim mniemaniu byłam fatalną matką. Urodziła się z wrodzonym zapaleniem płuc i do dlatego była niespokojna i nie potrafiła ssać. Szkoda, że diagnoza nie została postawiona od razy, tylko pozwolona nam obu męczyć się prawie dwie dobry, ale to już temat na zupełnie inną historię... Wtedy było już za późno. Pokochała butelkę, na piersi nawet nie spojrzała. Pierwsze 3 tygodnie swojego życia spędziła w szpitalu, a tam wiadomo... warunki do spokojnego rozkwitu laktacji poniżej zera. Dno i muł rzekłabym. Zero wsparcia ze strony personelu, wręcz patrzono na mnie z dezaprobatą, kiedy walczyłam o mleko. Zewsząd słyszałam, że po co ja się wysilam, skoro jestem jedną z tych matek, które NIE POTRAFIĄ wyprodukować mleka.  8 lat później znowu byłam w ciąży. Tym razem mądrzejsza o 8 lat doświadczenia, mocniejsza, bardziej asertywna. Wiedziałam, że chcę karmić i będę karmić. Koniec, kropka. Nie ma innej opcji. Bardzo pomógł mi blog Hafiji- polecam każdej mamie, która chce karmić naturalnie. Urodziłam drugą córkę, która chwilę po urodzenia zadziwiła całą ekipę znajdującą się razem ze mną na porodówce. Dopełzła do piersi i zaczęła ssać. Jak zaczęła ssać, tak ssie do tej pory ;) Oczywiście nie ominął mnie problem braku mleka. To, że Mała ssała, nie oznacza że miała co ssać. Przez cały trzydniowy pobyt w szpitalu nie miałam ani kropli mleka. Myślałam: znowu to samo.....




Laktacja zaczyna się w głowie.


Mała płakała po nocach, bo była głodna. Ja płakałam, bo nie mogłam jej nakarmić. Z zazdrością patrzyłam na koleżankę ze szpitalnej sali, która narzekała, że zalewa ją mleko i co ona ma biedna zrobić. Tym razem jednak trafiłam na super położne. Zdanie, które wtedy usłyszałam od jednej z nich, pomogło mi uwierzyć że mi się uda. "Chcesz, dziewczyno, karmić? To będziesz. Jak się chce, to mleko będzie. LAKTACJA ZACZYNA SIĘ W GŁOWIE". Nie chcieli nawet słyszeć o dokarmianiu. Chwilami byłam nawet zła, bo Mała płacze, a oni nie chcą podać butli... Z perspektywy czasu widzę, że dobrze robili. Córa wisiała na mnie non stop przez 3 pierwsze doby życia. Pisząc non stop mam na myśli naprawdę NON STOP. Był problem ze skorzystanie z toalety. Był problem z przebraniem się. Nie chciała leżeć w swoim szpitalnym łóżeczku. Tylko na mnie, ze mną, przy mnie. Mądre dziecko. Wiedziało co robi. Tak skubana rozkręciła laktację, że wystarczyłoby dla całej ekipy wieloraczków. Nasza kraina mlekiem płynąca nie była usiana różami. Miałam pogryzione sutki (tu polecam maść Malatan- pomaga!), miałam kilka razy zapalanie piersi (rozbite liście kapusty czynią cuda ;) ), miałam dośc, kiedy Mała chciała jeść do 30 minut przez całą dobę. Jednak teraz, po 2,5 roku, kiedy nasze cycusiowanie dobiega końca (karmienie tylko na wieczór do spania), czuję dumę, że się nie poddałam. Czy po ponad dwóch latach karmienia piersią małej cyckoholiczki można mieć dosyć? Można. Czy można chcieć wreszcie raz na zawsze odzyskać swoje piersi i mieć je tylko dla siebie? Można.  Czy można czuć smutek na myśl, że ta piękna historia się kończy? Można. 


Mamo. Nie słuchaj, że jeżeli pierwszego dziecka nie udało się karmić, to drugiego też się nie uda. Bujdy. Wszystko zaczyna się w głowie. Jestem tego najlepszym przykładem.

A nawet jeśli...

Nawet jeśli sama rzucisz karmienie piersią, nawet jeśli sama wybierzesz butelkę dla swojego dziecka, to co z tego? Miłość i tak jest w tym wszystkim najważniejsza, a ta nie jest zależna od sposobu, w jakim karmisz:)


...

Zapraszam na blog Karoliny, gdzie produkuję się gościnnie ;) klik

moje 4 ulubione przepisy na kaszę jaglaną.

moje 4 ulubione przepisy na kaszę jaglaną.

Co roku, kiedy kończy się lato, mam nadzieję, że w tym roku będzie zupełnie inaczej. Przecież całe lato uodparniałam dziewczyny ile się dało! Wciskałam w nie tony warzyw i owoców, pozwalałam moczyć się w zimnym jeziorze, biegać boso po trawie, wcinać łychami miód od dziadka... Co roku wydaje mi się, że jesteśmy zdrowotnie przygotowani na nadchodzący sezon grypowy. A tymczasem... 


Moja rodzina jak na zawołanie zaczęła chorować zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego. Ja nie wiem.... Wiosna, lato- wszyscy zdrowi. Jak tylko zobaczyli w kalendarzu wrzesień-  armagedon. Czy wspominałam, że od półtora tygodnia siedzę z zakatarzoną Małą w domu? Nie? No to wspominam niniejszym... Usiłuję więc znaleźć sposób na zwiększenie odporności tego całego zakichanego towarzystwa. Pisałam już o pigwie i jej właściwościach zdrowotnych, a dzisiaj chcę Ci opowiedzieć trochę o kaszy jaglanej. Na moim stole kasza jaglana gości bardzo często, a w okresie jesienno-zimowym jemy ją kilka razy w tygodniu w przeróżnych formach. Jest bardzo zdrowa, ale niestety niedoceniana, mimo że to najstarsza ze znanych nam kasz. Pochodzi aż z czasów neolitu! Często nazywana jest królową kasz. Nie bez przyczyny zyskała taki przydomek; w okresie grypowym pięknie wspomaga odporność organizmu, a u chorego skraca czas trwania przeziębienia. Prawda, że to pięknie brzmi? :)


Czy wiesz, że…


* Według medycyny chińskiej, kasza jaglana wykazuje właściwości ocieplające. Wzmacnia osłabiony i wychłodzony organizm.


* Jest zasadotwórcza, przez co pomaga odkwasić organizm. Jest też lekkostrawna i zawiera wiele cennych składników odżywczych.


* Zawiera rzadko występującą w produktach spożywczych krzem, mający leczniczy wpływ na stawy. Krzem poprawia mineralizację kości, zapobiega ich odwapnianiu i przyspiesza regenerację po urazach.


* Krzem zapewnia także zdrowy wygląd skóry, włosów i paznokci oraz utrzymuje naczynia krwionośne w dobrym stanie, zapobiegając odkładaniu się w nich cholesterolu.


* Krzem wpływa także na przemianę materii, ułatwiając odchudzanie. Większość osób ma niedobory tego pierwiastka w organizmie z powodu nieprawidłowych nawyków żywieniowych i ograniczonej przyswajalności krzemu.


 * Nie zawiera glutenu. Mogą ją spożywać osoby chore na celiakię, nieceliakalna alergię na gluten lub inne alergie pokarmowe związane z glutenem.


* Kasza jaglana jest lekkostrawna, można ją wprowadzać do diety niemowląt jako jeden z pierwszych produktów zbożowych.


* Kasza jaglana zawiera cenne witaminy z grupy B (B1 – tiamię, B2 – ryboflawinę, B6 – pirydoksynę oraz kwas pantotenowy).


* Kasza jaglana dostarcza składników mineralnych: magnezu, wapnia, fosforu, potasu, żelaza.


* Kasza jaglana zawiera witaminę E oraz lecytynę, poprawiające pamięć i koncentrację.


* Jest bogata w antyoksydanty, czyli substancje wychwytujące i neutralizujące wolne rodniki.




Ja tak naprawdę... nie lubię kaszy jaglanej. Bardzo jej nie lubię i nie sądziłam, że kiedykolwiek ją polubię. Przeszkadza mi jej goryczka, która nie chce zniknąć nawet, kiedy przelewam kaszę wrzątkiem, płuczę ją zimną wodą, cuduję i skaczę wokół niej, a i tak wyczuwam ten irytujący mnie posmak. Moje dzieci mają dokładnie tak samo; jeśli wyczują w potrawie kaszę jaglaną, to odstawią talerz i podziękują za dalsze jedzenie. Pytasz jak to się dzieje, że w takim razie jemy kaszę jaglaną kilka razy w tygodniu? Już tłumaczę! Otóż moim celem jest takie przyrządzenie kaszy, żeby nikt się nie zorientował co je... ;) Taka sprytna jestem :) Jeśli masz dzieci, który ciężko jest wcisnąć coś zdrowego do jedzenia, to czytaj dalej- zaraz podzielę się z Tobą trzema ulubionymi przepisami moich dzieci na tę zdrową kaszę.


Przede wszystkim... BUDYŃ JAGLANY. O tak, to zdecydowany faworyt nie tylko dziewczynek, ale też mój i pana męża. Najbardziej lubimy wersję kokosowo-bananową, ale saute też jest pyszny.


Potrzebujesz:


1/3 szklanki surowej kaszy jaglanej

1 szklanka mleka kokosowego

1 łyżka miodu lub 2 łyżki syropu klonowego

1 banan

1 łyżka soku z cytryny


Zrób tak:


Kaszę jaglaną przed gotowaniem dokładnie (kilkakrotnie, zmieniając wodę, aż do czystej wody) opłucz w bardzo ciepłej wodzie, następnie wlej 1/2 szklanki mleka kokosowego i 1/4 szklanki wody i gotuj pod przykryciem do całkowitego wchłonięcia płynu i miękkości kaszy, przez ok. 15 minut.


Miękką kaszę włóż do blendera, dodaj resztę mleka kokosowego (1/2 szklanki), miód lub syrop, obranego banana i sok z cytryny. Zmiksuj na idealnie gładki mus (ok. 1-2 minuty miksowania).


Lubimy zarówno na ciepło, jak i na zimno. Zjadany tego samego dnia, jak również następnego dnia rano. Często na wierzch wrzucam bakalie lub prażone jabłka. Smakuje jak prawdziwy budyń :)



Jeśli nie budyń, to może SHAKE? Niżej przepis na nasz ulubiony z daktylami i malinami (zamiennie używamy borówek).


Potrzebujesz: (na 3 porcje)


2 szklanki mleka roślinnego

1 szklanka świeżych malin lub innych owoców

2/3 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej, czyli około 1/3 szklanki suchej kaszy

10 daktyli

łyżeczka ekstraktu waniliowego

łyżka oleju kokosowego


Zrób tak:


Daktyle zalej gorącą wodą na kwadrans. Odcedź i dodaj do blendera razem z pozostałymi składnikami, oprócz mleka. Wszystko zmiksuj na gładką masę, następne wlej mleko i dalej miksuj aż do uzyskania konsystencji gęstego szejka. Pyszny! Smakuje jak bita śmietana z owocami, serio! :)

Na zdjęciu jedno z moich ulubionych wrześniowych śniadań, czyli koktajl jaglany rafaello. Smakuje rzeczywiście jak te cudne kokosowe kulki tyle że w płynie ;) 1/3 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej blenduję ze szklanką koksowego mleczka (koniecznie weź to gęste z puszki!)  i łyżeczką wiórków kokosowych. Najlepiej smakuje prosto z lodówki :)



Trzecia propozycja to ŚNIADANIOWE MUFFINY JAGLANE Z IMBIREM. Nie dosyć, że kasza, to jeszcze imbir- coś w sam raz na chore nosy i bolące gardła :)


Potrzebujesz:


1/2 szklanki surowej kaszy jaglanej

1 szklanka wody

1 szklanka mąki orkiszowej

2 jajka

1/2 łyżeczki tartego imbiru

1,5 banana

1 łyżka sezamu

1 łyżka sproszkowanych migdałów

1/4 szklanki oleju rzepakowego lub kokosowego

1 laska wanilii

opcjonalnie- kawałki czekolady, owoce


Zrób tak:


Kaszę wypłucz w gorącej wodzie i ugotuj pod przykryciem, aż wchłonie cały płyn (około 18 minut). Wystudź. Wymieszaj mąkę, sodę, migdały, sezam. Do wystudzonej kaszy dodaj jajka, pokrojonego w drobną kosteczkę banana, olej, ziarna z laski wanilii i tarty imbir. Wymieszaj i połącz z suchymi składnikami za pomocą łyżki. Do foremek muffinkowych przełóż ciasto to 3/4 ich wysokości. My lubimy dodać na wierzch czekoladą i owoce, np. borówki. Piecz w 190 'C z termoobiegiem przez 20 minut.


 Kotlety można zrobić właściwie z każdej kaszy. Ja bardzo lubię te z kaszy gryczanej z pieczarkami, te z pęczaku z hummusem i oczywiście KOTLETY Z KASZY JAGLANEJ I WARZYW. Najważniejsze jest to, że kaszowe kotlety w ogóle nie smakują jak kasza, która zazwyczaj nie figuruje na liście spożywczej top 10 wśród dzieci, więc są chętnie zjadane przez moje córki. Chociaż może się mylę? Może Twoje dziecko lubi kaszę, a moje paskudy są w mniejszości? Daj znać w komentarzu, jestem ciekawa!  Poniżej przepis na nasze ulubione kotlety.


Potrzebujesz: 

1 szklanka kaszy jaglanej 
1 mała cebula
 1 mała marchewka 
1 łodyga selera naciowego 
pół cukinii 
pół papryki (ja użyłam żółtej) 
1 jajko 
sól 
pieprz 
olej rzepakowy 

Zrób tak:

Kaszę wypłucz i gotuj około 20 minut. Do miski wrzuć pokrojone w małą kostkę cebulę, paprykę i seler naciowy, a także starte na grubych oczkach marchewkę i cukinię. Dodaj kaszę, jajko i dopraw solą i świeżo mielonym pieprzem. Wszystko wymieszaj. Z masy formuj kotlety, żeby się nie rozpadały, trzeba dość ściśle je uformować. Smaż na rozgrzanej patelni, do zrumienienia.
Podaj z jogurtem naturalnym (w wersji ligh) lub śmietaną (no raczej ;) )

 
  Jedz na zdrowie :)
ratunku! moje dziecko ma rok i jeszcze nie chodzi!

ratunku! moje dziecko ma rok i jeszcze nie chodzi!

Od dobrych 11 lat, czyli od momentu, kiedy dowiedziałam się, że jestem w pierwszej ciąży, działam mniej lub bardziej prężnie na różnego rodzaju portalach i forach parentingowych. Czasami się trochę powymądrzam, czasami wezmę udział w jakiejś dyskusji, a czasami tylko poczytam. Tak było i tym razem. Kilka dni temu późnym wieczorem przeczytałam ci ja wątek, który założyła pewna zdesperowana mama. Na potrzeby tego posta nazwijmy ja Asią, ok?


Otóż Asia jest mamą 13- miesięcznej dziewczynki, która, ku wielkiej rozpaczy swojej mamy, jeszcze nie chodzi! Przecież córeczka kuzynki, która urodziła się tydzień po córeczce Asi, zaczęła chodzić jeszcze przed roczkiem! Ba! Biegać zaczęła niczym różowy króliczek Duraccella z bateryjką w dupce! A córeczka Asi co? Ano nic. Na swoim roczku tylko raczkowała i niezdarnie wspinała się po nogach gości, nie w głowie było jej chodzenie. Właściwie nadal mała zainteresowana jest głównie raczkowaniem i staniem przy meblach. Asia oczywiście odwiedziła już lekarza rodzinnego, dwóch pediatrów, neurologa i fizjoterapeutę. Prywatnie. Bo nikt nie chciał dać skierowania. Lekarz rodzinny tylko machnął ręką, a pediatra spojrzała na Asię dziwnie, po czym dziecko obejrzała od stóp do głów, tfu głowy znaczy się, i stwierdziła z całym przekonaniem, że dziecko zdrowe jest i rozwija się w swoim tempie. Raczkuje? Raczkuje. Wspina się przy meblach. No tak. Turla się, siedzi pięknie, przebiera nóżkami trzymana pod paszki, więc jest, Joanno, ok!

Joanna fochem zarzuciła i prywatne wizyty załatwiła. Neurolog stwierdził to samo, co pediatra, więc Asia rozważa wizytę u innego, bo ten się ewidentnie nie zna na swojej robocie. Fizjoterapeuta kasę dostał, więc jakieś tam zabiegi wykonał. Asia ma poczucie, że wykorzystała wszystkie możliwości i że stoi pod ścianą. Według niej dziecko jest ewidentnie opóźnione w rozwoju ruchowym, tylko jakoś całe te zastępy lekarzy tego nie widzą. Ślepi są chyba! I tu dochodzimy do clou programu. Asia w akcie desperacji założyła wątek na forum dla mam, w którym opisała całą swoją sytuację i rozpaczliwie prosi inne mamy o porady- jak zmusić dziecko do chodzenia?! Zmusić, czujesz to? Wiesz, ja mam bardzo kategoryczne zdanie na temat przyspieszania rozwoju motorycznego dziecka na siłę, porównywania go do innych dzieci w tym samym wieku i zamartwiania się jego wyimaginowanymi niedoskonałościami. Generalnie tematu nie zamierzałam w ogóle podnosić, ale rady, których udzieliły niektóre mamy, uświadomiły mi, że nadal pokutuje opinia, iż roczne dziecko MUSI chodzić. Jeśli nie chodzi, to coś z nim jest bardzo nie tak.


Moja starsza córka pierwszy raz sama usiadła w wieku 6 miesięcy. Wspięła się na nóżki, trzymając się łóżeczka, jak miała 8 miesięcy, a raczkować zaczęła miesiąc później. Raczkowała jak szalona, osiągając przy tym kosmiczne prędkości, aż do 15. miesiąca swojego życia i wtedy też postawiła swój pierwszy niepewny krok. Samodzielnie chodzić zaczęła po ukończeniu 16 miesięcy. Co ja się nasłucham o jej niedorozwoju motorycznym, to moje! Wtedy się tym przejmowałam, na szczęście minęło kilka lat i przy drugiej córce podeszłam do tematu z większym luzem. Mała wszystko robiła później niż siostra. Pierwszy raz usiadła w wieku 8 miesięcy. Na nóżki wspięła się dopiero, kiedy skończyła 10 miesięcy. Nie raczkowała wcale! A przepraszam, teraz zaczyna ;) mam 2,5 roku i właśnie odkryła, że w sumie fajnie jest poruszać się na czworakach po domu. Pierwszy samodzielny jeden kroczek postawiła w wieku 16 miesięcy. Teraz nie dosyć, że chodzi, to jeszcze ucieka mi na spacerze jak mały sprinter. Duży wpływ na późniejszy rozwój motoryczny Małej na pewno miały jej problemy z kolką, która męczyła ją przez pierwsze 8 miesięcy życia. Rozwój ruchowy u niej zaczął się właściwie dopiero w momencie, kiedy kolki odpuściły. Wcześniej organizm całą swoją energię skupił na walce z bólem. Jak się pewnie domyślasz i tym razem nie brakowało życzliwych, którzy patrzyli na mnie jak na wyrodna matkę, bo nie panikowałam, tylko spokojnie przyglądałam się rozwojowi młodszej córki, żeby zareagować w odpowiednim momencie, ale jednocześnie, żeby nie stresować dziecka, które i tak było już wystarczająco zestresowane kiepskim początkiem na tym świecie.


Mam więc w domu dwie dziewczynki, które zaczęły chodzić grubo po pierwszych urodzinach i które w tej chwili śmigają na nogach ja torpedy. Starsza trenuje jazdę konną, młodsza lada moment zaczyna lekcje baletu i ani jedna, ani druga nie ma żadnych motorycznych braków. Jeśli masz w domu roczniaka, który jeszcze nie chodzi i zaczynasz się tym martwić, natychmiast przestań ;) 



Pamiętaj, że:

1. Dziecko powinno zacząć naukę chodzenia między dziewiątym a osiemnastym miesiącem życia. Nie przejmuj się więc jeśli mija dwunasty miesiąc a maluszek nie wykazuje zainteresowania chodzeniem, a nawet nie raczkuje. Niektóre dzieci w ogóle nie raczkują – od razu przechodzą od stania do chodzenia. I jest to całkowicie naturalne.

2.  Obserwuj postępy malucha. Czy w tym miesiącu potrafi więcej niż w poprzednim? Czy wyżej się podnosi? Częściej próbuje swoich sił w samodzielnym poruszaniu się? Widzisz progres? Jeśli tak, to nie masz się o co martwić.

3.  Większość dzieci potrzebuje około 1,000 godzin praktykowania zanim będzie w stanie samodzielnie stanąć na nogach i ruszyć przed siebie. Praktyka w tym przypadku to nie tylko stanie na nóżkach czy pierwsze kroki, ale wszelkie ćwiczenia ruchowe, które wpływają na wzmocnienie mięśni i naukę utrzymywania równowagi- turlanie się, pełzanie, sprężynowanie na nóżkach, raczkowanie itd.

4.  Najważniejsze, aby Twoje dziecko miało silne mięśnie pleców. Mięśnie te są ćwiczone podczas gdy maluszek leży na brzuszku i wyciąga przed siebie rączki. Więc stwarzaj mu możliwość do tego typu ćwiczeń. Zachęcaj go do wyciągania rączek pokazując na przykład różne zabawki.

5.  Pomóż dziecku w ćwiczeniu utrzymywania równowagi. Turlaj do niego piłkę zachęcając, aby ją z powrotem do Ciebie odbijało/popychało. Możesz też trzymać zabawkę przed maluszkiem i ruszać nią na bok tak, aby dziecko za tą zabawką podążało przechylając się z jednego boku na drugi. W miarę jak dziecko będzie raczkowało lub turlało się, będzie ćwiczyć i wzmacniać mięśnie pleców, szyi, nóżek i rączek. Uzyska ponadto więcej kontroli w nad biodrami, co pozwoli mu szybciej przejść do pozycji stojącej.

6.  Pozwól dziecku się poruszać naprzód, ale trzymaj je za rączki, żeby się nie przewróciło. W miarę postępu tych ćwiczeń, powoli puszczaj rączki dziecka. Zacznij od puszczenia jednej rączki, pozwól dziecku złapać balans.



Czy powinno się kupić chodzik?

Odpowiedź jest prosta: NIE! W Kanadzie zakazano sprzedaży chodzików. Podobny zakaz chcą wprowadzić Stany Zjednoczone. Każdego roku tysiące dzieci trafia do szpitali z obrażeniami spowodowanymi przez chodziki. Niestabilne siedziska, które nie utrzymują kręgosłupa we właściwej pozycji powodują więcej szkód niż pożytku. W zasadzie urządzenia te mogą spowolnić proces nauki chodzenia zamiast go przyspieszać i ułatwiać.


Aha. I wiesz co? Córeczka Asi zaczęła chodzić tydzień po założeniu przez jej mamę wątku na forum. Sama.




Powyższy artykuł nie ma charakteru poradnikowego. Jest jedynie zbiorem moich subiektywnych doświadczeń i nie zastąpi porady lekarskiej. 

Tekst został napisany dla gazety "Dziecko"- od czasu do czasu pojawia się tam coś mojego, więc zapraszam do czytania :)
 
małe domowe spa- peeling kawowy z korundem

małe domowe spa- peeling kawowy z korundem

Sobota, środek października. Po złotej, ciepłej, bajecznej jesieni nie ma śladu, mimo że intensywnie wypatruję jej za oknem. Widzę tylko krople deszczu na kuchennej szybie, ciemne chmury wiszące nisko nad drzewami i sąsiada, który zgarbiony, otulony wielkim szalem aż po sam czubek nosa, przemyka szybko do sklepiku po bułki na śniadanie pewnie... Goła drzewa, zeschnięte liście leżące na trawie i wiatr wzmagający się z każdym kwadransem potwierdzają moje przypuszczenia- to będzie sobota spędzona w domu. Czuję narastającą irytację, bo nie tak miało być. Miało być przyjemnie i słonecznie, obiecywali przecież w prognozie pogody! Miała być wycieczka do lasu i podglądanie wiewiórek! Hola hola... myślę sobie. Tyle piszę tutaj o pozytywnym nastawieniu i o szukaniu plusów w każdej sytuacji, a sama co robię?? Z góry przekreślam ten dzień, mimo że to dopiero jego początek. A potem wieczorem kładę się do łóżka z poczuciem zmarnowanego czasu. Naprawdę chcę właśnie tak? Chcę, żeby ta sobota, ten weekend, na który czekałam cały tydzień, minął nam pod znakiem nachmurzonego nieba i jeszcze bardziej nachmurzonej mnie? 

 
Zaczęłam więc ten dzień od początku. Tak, można tak, jeśli się bardzo postarasz. Wciskasz pauzę, potem reset i jedziesz nowa. Jak dobrze zacząć pochmurny weekend? Mam na to swój sposób. Babski bardzo, chociaż kto wie, może jakiś Pan też by się skusił? :) Trzeba zrobić co następuje- oddać młodsze dziecię w kochające ramiona babci, starsze dziecię wysłać z tatą na rower, a samej zamknąć się na 30 minut w łazience i zabarykadować drzwi, tak żeby nikt ani nic nie miało szansy się przedostać i zakłócić poranny rytuał ;) Tak, wiem, że ciężko jest mamie zwłaszcza tej podwójnej, potrójnej itd. wygospodarować dla siebie te pół godziny w sobotni poranek, ale czasami warto wyrwać ten czas choćby na siłę, pazurami, żeby nie zwariować.  



Sprzedam Ci teraz mój ulubiony sposób na pozbycie się chandry w 30 minut. Peeling kawowy. 

Na pewno słyszałaś, na pewno czytałaś, na pewno koleżanki polecały. Nie odkrywam tu przed Tobą żadnej wiedzy tajemnej. Ale czy wiesz, że dodając do peelingu kawowego odrobinę korundu fundujesz sobie profesjonalną mikrodermabrazję w domowych warunkach? Teraz trochę teorii- mikrodermabrazja to taki turbo peeling, który ściera nie tylko ten zewnętrzny naskórek, ale również dociera do głębszych warstw skóry. Sproszkowany korund kosmetyczny możesz kupić w każdym dobrym sklepie kosmetycznym. Ja swój kupiłam w sklepie spadomowe.pl.

 
Domowa mikrodermabrazja i korund kosmetyczny to praktycznie 2 nierozerwalne rzeczy. Kryształki korundu mogą z powodzeniem zastąpić profesjonalną mikrodermabrazję wykonywaną w salonach kosmetycznych. Peeling korundem jest ostrzejszy od standardowego, sklepowego peelingu gruboziarnistego i niejednokrotnie słabszy od profesjonalnych peelingów dermatologicznych. Korund w domu jest dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy bardzo chcą oszczędzić czas i pieniądze; porównując standardową cenę zabiegu mikrodermabrazji (100 zł za zabieg) to cena korundu kosmetycznego jest śmiesznie niska i wynosi ok. 10 zł za 100 gram korundu. 

Jak korund może Ci pomóc?  


- rozjaśnia przebarwienia i blizny, wygładza i „zmiękcza” ubytki w skórze 
- poprawia ogólny stan skóry i może przyczynić się do zmniejszenia świecenia się skóry 
- oczyszcza pory, zwiększa penetrację składników aktywnych, zwęża pory 
- pobudza skórę do ciągłej odnowy, uelastycznia i ujędrnia skórę 
- poprawia mikro-krążenie i pomaga w walce z cellulitem

To co? Skorzystasz? :) 
olej kokosowy i jego kosmetyczne zastosowania.

olej kokosowy i jego kosmetyczne zastosowania.

Blogerka ze mnie kosmetyczna taka jak i modowa. Czyli żadna. Z kosmetykami i z modą w moim przypadku jest tak, że największą fascynację mam już za sobą, kufry wypełnione po same brzegi kosmetykami we wszystkich kolorach tęczy zaliczyłam, tak samo jak spędzanie całej wolnej soboty w galerii handlowej na ciuchowych zakupach. Przeszłam etap nakładania na twarz pięciowarstwowego tynku, który później wieczorem musiałam zeskrobywać szpachelką, etap malowania paznokci na oczojebny kolor kanarkowy odhaczyłam, etap wymyślania stylizacji na następny dzień również. (Zauważyłaś, że w dzisiejszych czasach ludzie się nie ubierają, tylko stylizują? Nie ma już ubrań, są stylizacje. Za każdym razem mnie to dziwi. Chyba się starzeję ;) ). Dzisiaj mam 34 lata i znam siebie. Tak, to zdecydowany plus bycia laską po 30-stce. Znam siebie na wylot. Wiem w czym wyglądam dobrze, a w czym straszę. Wiem, jak się pomalować, żeby się nie zamalować, a podkreślić urodę. Wiem, jak się ustawić do zdjęcia, żeby nie było widać zmarszczki na czole i wiem, że często mniej znaczy lepiej.

Jeśli chodzi o kosmetyki i ciuchy, to z całą pewnością mniej znaczy lepiej, a już na pewno dla mnie. Lubię proste, kobiece, klasyczne kroje, stonowane kolory, ponadczasową jakość. Biały, czarny, szary i... pudrowy róż :) Klasyka. Z kosmetykami mam podobnie. Już dawno temu wywaliłam 90% moich zbiorów i zostawiłam tylko to, czego naprawdę używam. Wolę kupić jeden, naprawdę dobry tusz do rzęs niż pięć bylejakich, bo w promocji były... Używam kilku kosmetyków i coraz bliżej mi do totalnego minimalizmu w tej dziedzinie życia. Widzę, że moja skóra rewelacyjnie reaguje na ograniczoną ilość stosowanych kosmetyków. Jednym z największych kosmetycznych odkryć ostatnich lat jest dla mnie olej kokosowy. Wiem, że żadnej Ameryki tutaj przed Tobą nie odkrywam, ale fakt, iż na półce w łazience obok kremu przeciwzmarszczkowego stoi sobie słoik z olejem kokosowym, jest dla mnie wielką sprawą. O oleju kokosowym głośno jest od dawna, ale prawda jest taka, że to żadna nowość. To on jest "sprawcą" pięknych, gęstych, niewyobrażalnie lśniących włosów Hindusek i to dzięki niemu ich dzieci nie mają problemów skórnych tak często i w takim nasileniu jak dzieci europejskie. To nie wszystko... Ja, wzorem Hindusek, używam go do wielu rzeczy.



1. Olejowanie włosów.


Olejowanie włosów stało się ostatnio bardzo popularne. Od tego zaczęłam moją przygodę z kosmetycznym wykorzystywaniem oleju kokosowego. Moje włosy z natury są cienkie, lubią się szybko przetłuszczać i puszyć. Codzienne ich mycie to była norma. Inwestowałam ciężkie pieniądze w coraz to nowe odżywki i szampony, które owszem pomagały, ale na krótko. Ktoś gdzieś kiedyś (zabij mnie, nie wiem kto, gdzie i kiedy) podpowiedział mi, żebym na pół godziny przed myciem włosów nałożyła na nie olej kokosowy i owinęła głowę ciepłym ręcznikiem. Sceptycznie nastawiona do nakładania na przetłuszczające się włosy czegoś tak tłustego, zrobiłam to. I odpadłam. Włosy były piękne, lśniące, gładkie, uniesione u nasady i co najważniejsze, przy regularnym (2 razy w tygodniu) olejowaniu nie muszę ich myć codziennie. Nie wypadają tak intensywnie i poza tym zauważyłam, że mam bardzo dużo nowych baby hair. Głównym podejrzanym jest olej kokosowy :)



2. Składnik peelingu home-made.


Kiedyś namiętnie kupowałam pachnące peelingi do ciała i do twarzy. Miałam kolekcję peelingów na każdy dzień tygodnia i na każdą porę roku, nie, nie żartuję. Nie potrafiłam przejść obojętnie obok drogeryjnej półki z tym kosmetykiem. W ogóle byłam i jestem jakąś maniaczką peeligów. Na zły nastrój- peeling. Na zmęczenie- peeling. Na debet na koncie- peeling. Zupełnie, jakby wraz ze starym naskórkiem schodziły ze mnie wszelkie problemy ;) Masz podobnie czy to tylko jak jestem takim świrem? ;) Wracając do tematu- kiedyś półki w mojej łazience uginały się od sklepowych peelingów, ale odkąd wypróbowałam domowy peeling kawowy, nie kupiłam już ani jednego drogeryjnego peelingu. Kawa mielona, cukier lub sól (ja wolę cukier; lepiej ściera), olej kokosowy, czasami trochę olejku pomarańczowego i mam miksturę, które idealnie wygładza ciało, ujędrnia, wspomaga usuwanie toksyn oraz pomaga pozbyć się cellulitu. I do tego jak pachnie...Czy można chcieć czegoś więcej? :)


3. Balsam do ciała zapobiegający powstawaniu rozstępów.


Oraz spłycający, rozjaśniający te, które już są. Z tym zapobieganiem to nie wiem, nie sprawdziłam na sobie, więc nie będę Ci tutaj ściemniać. Moje koleżanki natomiast zaklinają się, że to działa lepiej niż niejeden kosztowny zabieg w salonie spa. Sprawdziłam natomiast bardzo dokładnie, jak działa olej kokosowy na rozstępy, które już się pojawiły. Otóż, i tu nastąpi szokujące wyznanie, mam rozstępy na tyłku ;) Od czasu pierwszej ciąży, czyli 11 lat już (jezusmario! to już tyle minęło??). W drugiej ciąży doszło kilka nowych czerwonych kresek, z którymi żaden sklepowy kosmetyk nie dawał sobie rady, mimo systematyczności w stosowaniu. Kawowy peeling trochę je rozjaśnił, fakt, ale ja chciałam zminimalizować te paskudy na tyle, na ile mogę to zrobić w warunkach domowych (na jakiekolwiek ingerencje w salonie kosmetycznym, lasery i te takie różne dziwne, jestem zbyt dużym cykorem. nie, dziękuję, postoję.). Spróbowałam i co wieczór masowałam znienawidzone rozstępy olejem kokosowym. Po miesiącu co prawda nie zniknęły, w takie cuda to ja jednak nie wierzę, ale zmniejszyły się do tego stopnia, że muszę dobrze się postarać, żeby je odnaleźć. Wow! Wielkie wow! O to mi chodziło!



4. Demakijaż.


Czytałam o tym, słyszałam od koleżanek, oglądałam urodowe filmiki na yt i nie wierzyłam. Nie wierzyłam.! No nie wierzyłam jak jasna cholera, że olej kokosowy, który regularnie dodaję co rano do mojej owsianki, naniesiony na płatek kosmetyczny może w ciągu kilku sekund zmyć z moich rzęs wodoodporny, pancerny tusz. Dokładnie ten sam tusz, który płynem micelarnym muszę pocierać sto tysięcy razy zanim zejdzie. Bo, widzisz, ja mam tak, że jak mi się na twarzy coś porządnie nie pieni, to nie wierzę, że dokładnie myje. Olej kokosowy nie pieni się wcale, wiadomo, dziwne by było, gdyby się pienił, ale mimo to idealnie zmywa cały wodoodporny makijaż. Co prawda od pewnego czasu nie maluję się jakoś specjalnie mocno, ale warstwę kremu BB, pudru i rozświetlacza usuwa za jednym pociągnięciem. Z tuszem radzi sobie świetnie, a szminkę to już w ogóle zmywa samym zapachem. Twarz po takim demakijażu jest tak ładnie odżywiona, nawilżona i napięta, że już nawet nie trzeba nakładać kremu. Lubię to :)



5. Krem na noc.


Wiesz, można i na dzień, jeśli masz ochotę i lubisz świecić się jak psu obroża ;) Ja wybitnie tego nie lubię, więc używam na noc, kiedy wiem, że nikomu nie będzie przeszkadzała moja oleista iluminacja. Mąż się przyzwyczaił i tylko patrzy na mnie dziwnie, jak wychodzę z łazienki nabłyszczona jak frytka na chwilę przed usmażeniem. Olej kokosowy wykazuje silne działanie antyseptyczne oraz antyoksydacyjne, czyli po polsku mówiąc- zabija wolne rodniki (te takie małe cosie, które atakują nasze zdrowe i piękne komórki, a niech by je szlag trafił). Przyspiesza również gojenie się ran, otarć i zadrapań. Jest doskonały między innymi dla cery tłustej i trądzikowej. Reguluje wydzielanie sebum, działa bakteriobójczo i delikatnie ściągająco. Poza tym dzięki wysokiej zawartości witaminy E działa jak żelazko na zmarszczki. 



6. Wybielanie zębów.


Badania potwierdzają, że jego codzienne stosowanie poprawia stan dziąseł, redukuje ilość osadu na zębach, a także zmniejsza ilość bakterii odpowiedzialnych za powstawanie próchnicy i innych chorób jamy ustnej. Wszystko to zasługa średniołańcuchowych kwasów tłuszczowych takich jak kwas laurynowy oraz kapronowy. Oba charakteryzują się działaniem przeciwbakteryjnym, przeciwwirusowym i grzybobójczym. Nie dojrzałam do tego, żeby myć zęby tylko olejem (nie wiem czy kiedykolwiek dojrzeję), chociaż wiem, że istnieją tacy, którzy tak robią, ale raz dziennie płuczę zęby olejem kokosowym, a od czasu do czasu myję zęby "pastą" zrobioną z oleju i sody oczyszczonej- ten zestaw faktycznie wybiela zęby. Już po kilku takich myciach widać sporą różnicę.



7. Ratunek dla słabych paznokci.


Potwierdzone! Przetestowałam na sobie i moich kiepskich paznokciach. Po kuracji olejem kokosowym paznokcie stają się mocniejsze, twardsze, ładniejsze, szybciej rosną, a skórki wokół są bardziej miękkie i łatwiej zrobić z nimi porządek. Przy okazji korzystają też dłonie, które wysmarowane olejem chłoną dobroczynną witaminę E i są gładkie jak u dziecka. Jak to robię? Wmasowuję w całe dłonie- z dużą uwagą traktując paznokcie- olej kokosowy, następnie nakładam foliowe rękawiczki, na te foliowe nakładam zimowe rękawiczki i... idę spać.  Wiem, wiem, średnio wygodne, ale efekty porównywalne z tymi salonowymi. Serio. Olej kokosowy często ratuje moje dłonie zimą, kiedy wychodzę na mróz bez rękawiczek (a niestety często mi się to zdarza...) i wracam przemarznięta do domu, z czerwonymi, obolałymi, spierzchniętymi dłońmi. Wtedy kąpiel w ciepłym oleju kokosowym przynosi natychmiastową ulgę i ukojenie.



8. Środek na ciemieniuchę.


Mamy z pewnością wiedzą, o czym mówię. Ciemieniucha to taka skorupa na głowie niemowlęcia, która nie jest szkodliwa dla zdrowia, ale brzydko wygląda i jest krótko mówiąc upierdliwą przypadłością. Często trudno się jej pozbyć raz na zawsze, bo lubi powracać. O ile pierwsza córka nie miała z tym problemu, o tyle młodsza bardzo długo miała ciemieniuchę. Z tym paskudztwem walczyłam ponad pół roku. Jak złapało młodszą córkę kilka dni po porodzie, tak trzymało i żaden apteczny specyfik nie pomógł. A wypróbowałam tego naprawdę mnóstwo. Olej kokosowy użyłam będąc już naprawdę mocno wkurzoną i zdesperowaną. Nakładałam małej na głowę olej kokosowy na około 10 minut, potem ścierałam ciepłym wilgotnym ręcznikiem. Minęło 10 dni i po ciemieniuszce nie było żadnego śladu.



9. Krem na odparzenia pod pieluszkę.


Wiadomo, odparzenia u dzieci się zdarzają, nawet kiedy pieluszkę zmienia się często i dba o higienę. To normalne, zwłaszcza w trakcie intensywnego ząbkowania. Kiedyś, kiedy nie miałam pod ręką kremu, którego zawsze używałam na odparzenia u moich córek, użyłam oleju kokosowego. Okazało się, że świetnie poradził sobie z podrażnieniami podpieluszkowymi i to już w ciągu jednej nocy. Byłam mocno zaskoczona, że tutaj również sprawdza się świetnie. Nic dziwnego- olej kokosowy działa grzybo- i bakteriobójczo, więc regularnie stosowany jest przeze mnie na wszelkie otarcia u dzieci, podrażnienia czy zmiany na skórze, również te odpieluszkowe. Jest hypoalergiczny, nie podrażnia delikatnej skóry dzieci i nie uczula. 



10. Lek na alergie skórne.


Nie mam żadnego doświadczenia w alergiach skórnych u dorosłych, natomiast jeśli chodzi o dzieci, to na pewnym etapie ich życia każda z moich córek miała problemy skórne. Raz mniejsze, raz większe, ale zawsze niesamowicie męczące i utrudniające normalne funkcjonowanie. Starsza otarła się o AZS, a ja bardzo, ale to bardzo chciałam tego uniknąć. Jak każda mama w takich sytuacjach wypróbowałam wszystkie polecane emolienty oraz środki przepisane przez lekarza. Wszystko to pomagało, ale na chwilę. Zaraz po odstawieniu specyfiku lub kiedy skóra przyzwyczaiła się do leku, problemy wracały. Sporo naczytałam się o ludziach, którzy uzależnili się od środków z parafiną i musieli używać ich całe życie, więc bardzo chciałam tego uniknąć. Szukałam metod naturalnych, alternatywnych. Najlepsze rezultaty dawały kąpiele z dodatkiem oleju kokosowego. Wystarczyła łyżka stołowa oleju na wanienkę wody. Bardzo szybko pożegnałyśmy pukający do naszych drzwi AZS. 




A Ty używasz olejów tylko w kuchni czy tak jak ja wykorzystujesz je do celów pielęgnacyjnych?

nauka przez zabawę w latach przedszkolnych./ post gościnny.

nauka przez zabawę w latach przedszkolnych./ post gościnny.

autorką artykułu jest Sylwia Kamińska, www.matczysko.pl

Wielu rodziców uważa, że zabawa nie ma znaczenia. Wiadomo, dzieci powinny nauczyć się pisać, czytać czy liczyć. Zabawa jest bardzo ważna. Jest to poniekąd praca dziecka, stanowi naturalny sposób badania otoczenia. Najmłodsze dzieci uczą się badając świat za pomocą zmysłów. Coraz częściej dzieci wykazują większe zainteresowanie telewizją czy komputerami. Dają one im kontakt z ludzkimi głosami czy twarzami, jednak brakuje w tym relacji, które są im najbardziej potrzebne. „Zabawki dla obu płci działają różnie, i jeśli dzieci będą wybierały jedyne właściwe dla swojej płci, wzmocnią te części mózgu, które i tak już wcześniej miały rozwinięte” L. Elliot „Różowy mózg, niebieski mózg". 



Jak bawić się z dzieckiem?

Jest wiele sposobów na to, by bawić się z dzieckiem i jednocześnie angażować go w zabawę, wspierając jego przyszłe umiejętności. Precyzyjne ruchy, umiejętności opiekuńcze, a także przygotowanie do późniejszego pisania i czytania wspomoże zabawa lalkami, przebieranie się i rysowanie. Współzawodnictwo, sfera ruchowa czy umiejętności motoryczne, przestrzenne i wizualne dobrze jest wspierać za pomocą samochodów, piłek czy zapasów. Dzieci, które częściej jeździły na hulajnodze, kopały piłkę czy puszczały samochody po pętlach, będą lepsze w operowaniu przedmiotami w przestrzeni niż te, które kolorowały obrazki, czytały czy czesały lalki. Podczas zabaw w domu bardzo ważne jest by proponować dziecku dużo zabaw ruchowych, jak na plecy leżącego taty i skakać z nich. Choć ja czasami przy tym nabawiam się palpitacji serca. 

Do wspólnej zabawy nie używam tylko jego zabawek. Angażuję syna w pomoc przy pracach domowych. Razem ze mną rozbija mięso na kotlety czy zbiera rozsypany ryż. Poza tym drewniane łyżki i garnki, nadają się idealnie do zorganizowania koncertu w domu, na bębnach garnkowych gra się o niebo lepiej niż tych zabawkowych. Z ryżu, kaszy czy soczewicy można zrobić super woreczki sensoryczne. Pamiętam jak w podstawówce na zajęciach z techniki robiliśmy takie. Można też sypkie produkty wrzucić w butelki po sokach i zakręcić. Później już tylko nimi poruszać i wsłuchiwać się w to, jakie odgłosy wydaje ryż, a jakie kasza. Kiedyś znalazłam przepis na szybki sztuczny śnieg. Cztery szklanki mąki + pół szklanki zwykłego oleju sprawiły, że zabawy i radości było co nie miara. Nawet panele w pokoju były idealnie wypolerowane i nabłyszczone. 

Najważniejsze jest w tym wszystkim, by dać dziecku swobodę. Nie wyręczać go. Pozwolić wspinać się na krzesło, kosztować rzeczy, które sam wyciągnął z szafki czy ubrać się samodzielnie. Niech wejdzie do tej kałuży, choć nie ma na sobie kaloszy. Ile razy my wróciliśmy cali ubłoceni, z obdartymi kolanami. Najgorsze co można zrobić, to mówić ciągle „uważaj, nie wolno, zrobisz bam, uderzysz się itp. Tym sposobem dziecko nie nauczy się odpowiedzialności i stanie się bojaźliwe. Pozwól dziecku jeść samemu. Niby takie oczywiste, a okazuje się w przedszkolu, że spory procent dzieci nie radzi sobie z łyżką czy widelcem. Choć nie wszystko trafi od razu do buzi, to w bliższej lub dalszej przyszłości. 

 
Żeby poprawić dziecku umiejętności manualne przygotowuję sama ciastolinę. Dwie szklanki mąki, szklankę soli, dwie łyżki oleju, jedną łyżkę kwasku cytrynowego wrzucam do garnka, dodaję dwie szklanki wody i mieszam mikserem. Podgrzewam na wolnym ogniu mieszając drewnianą łyżką do momentu aż osiągnie konsystencje puree. Kiedy urywam kawałek ma się on nie kleić do ręki. Na blacie wyrabiam jeszcze ciasto ręcznie dodając barwnik spożywczy. Kiedy masa nie jest gorąca, wołam syna, by sam pomógł mi ugniatać zanim się nią będzie bawił. Można ją przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku, jednak różni się ona później od tych sklepowych.

To tylko kilka propozycji, które warto wcielić w życie. Choć nie jestem jakimś ekspertem, to u nas te zabawy dają radę. Szczególnie kiedy syn ma wolne od przedszkola, a w domu mu się nudzi. I mimo że już ma prawie trzy latka, choć jeszcze nie mówi, to jest bardzo odpowiedzialnym dzieckiem. Nawet jak coś rozleje, to mnie nie woła, tylko idzie po ręcznik kuchenny i sam wszystko sprząta. Kiedy zrobi siku czy dwójeczkę do nocnika, sam pozbywa się zawartości w kibelku.

jesienne gotowanie. moja szarlotka.

jesienne gotowanie. moja szarlotka.

Ja wiem, że piękna jesień już się kończy. Czuję to w kościach. No dobra, może nie tyle w kościach, co po prostu widzę co się święci za oknem. Kończy się czas beztroskiego biegania z gołą głową, bez szalika na szyi, za to w trampach i bluzie tyko narzuconej na ramiona. Kończy się sezon na lody z budki i kawę na wynos, którą zawsze kupuję w jednym, ulubionym miejscu. No cześć wam, do zobaczenia na wiosnę. 


Niestety ta najcudowniejsza, ciepła, kolorowa, pachnąca wilgotnym mchem i szyszkami jesień trwa bardzo krótko. Ot, wrzesień i kawałek października jak dobrze pójdzie. Tylko kilka tygodni możemy nacieszyć się porannymi mgłami, fruwającym leniwie w powietrzu babim latem i słońcem zachodzącym na złoty kolor. Szkoda, bo niewiele rzeczy tak mocno mnie zachwyca w życiu jak te kilka pierwszych jesiennych tygodni. Niestety ta druga część jesieni nie nastraja mnie tak pozytywnie. Prawdę mówiąc kiepsko działa na mnie szaro-bura aura za oknem, ciemne poranki i jeszcze ciemniejsze wieczory. Deszcz, który pada piąty dzień z rzędu. Przenikliwy wiatr i gołe, smutne drzewa za oknem. Brak słońca. Brak radości w ludziach. Zawsze w połowie października, góra na początku listopada łapał mnie jakiś totalny marazm i otępienie. Wszechogarniająca chandra, ospałość i ochota na czekoladę z orzechami w ilościach hurtowych. Niechęć do wszystkiego i nieodparta pokusa, żeby zakopać się głęboko pod ciepły koc i wyjść gdzieś w okolicach hmmm... marca, razem z tym amerykańskim świstakiem, co to niby wiosnę przewiduje (lub nie, zależy). Słabo, prawda? :) Brak słońca zawsze kiepsko na mnie działał. Wiesz, nawet super-mroźna zima mi nie jest straszna, jeśli tylko słońce odbija się w płatkach śniegu. Niech sobie liście spadają, proszę bardzo, byleby spadały otulone słonecznym ciepełkiem. Niech sobie pada deszcz, byleby za chwilę słońce przeglądało się w kałużach.


Natomiast to co dzisiaj widzę za oknem uparcie przypomina mi, że nadchodzą dla mnie ciężkie tygodnie. Jakby na przekór mojemu nastrojowi, łapię krótkie ulotne chwile i ostatnie tak intensywne kolory, za wszelką cenę zatrzymuję te wyjątkowe jesienne smaki i zapachy. Moja rodzina wraz z pierwszymi kroplami zimnego jesiennego deszczu i pierwszymi podmuchami naprawdę przeszywającego do szpiku kości wiatru najchętniej zakotwiczyłaby się w domu na kanapie, a ja się buntuję. Trzeba się ruszyć. Dokądkolwiek. Na przykład pójść i sprawdzić jakie wielkie dynie przywieźli z dyniowej farmy na rynek, ile jeszcze liści na drzewach w lesie zostało i ile kasztanów od wczoraj pospadało na ziemię. Trzeba się ruszyć, choćby wszystko dookoła mówiło, że to bez sensu. I choćby deszcz lał się na głowy strumieniami. Obiecałam sobie, że w tym roku będzie inaczej. Nie dam się podłemu nastrojowi, choćby cały świat  przybrał szary odcień. Nie tym razem, moja droga przyjaciółko chandro. Całe życie szukam plusów w minusach. O tak, to jest to co lubię najbardziej, a im jestem starsza, tym łatwiej mi to przychodzi. Fajnie tak nawet i bardzo zabawnie szukać w każdej sytuacji czegoś przyjemnego. Dlatego patrzę i zapamiętuję- te brązy i żółcie na suchych opadniętych liściach, te intensywnie bordowe czerwienie na tych, które jeszcze nie opadły. Dynie większe od mojej głowy, jedna na drugiej we wielki stos na targu ułożone. Wiadra całe krwistoczerwonych papryk i słodkich od ostatnich gorących promieni pomidorów. Wącham, dotykam i smakuję. Smakuję jak szalona. Rozsmakowałam się w tej jesieni na dobre.


Chciałabym pożreć tyle kalafiorów, jabłek, dyń, pomidorów i śliwek, żeby starczyło do kolejnej jesieni. Na zapas. Pod sam korek. Co roku obiecuję sobie, że jak już te dynie się pojawią, to do oporu! Tak, żebym mogła powiedzieć- no, najadłam się, dziękuję, mam dość. Z truskawkami tak mam. Marzę o nich cały rok, a jak już przychodzi na nie sezon, to wydaje mi się, że nie wykorzystałam ich w pełni i znowu marzę o nich przez okrągłe 12 miesięcy...  Wiesz, że większość osób, z którymi o tych truskawkach rozmawiam, myśli podobnie? Czekają na nie, marzą o nich, a potem bach! i po truskawkach. I niedosyt zostaje. Ale może tak ma właśnie być, taki ich urok, że są krótko, a potem trzeba czekać, marzyć i potem bach... No to ja bym tak chciała tej jesieni dyni się najeść, i tych papryk, jabłek i gruszek. Orzechów, fig i cukinii. Tak na full. Czasami zastanawiam się czy to nie ma związku z przemijaniem. Śmiejesz się? Tak myślałam. Bo ja tu piszę o żarciu, a za chwilę w ciężkie tony uderzam. No ale, słuchaj, coś w tym jest. Człowiek chce się ujeść tych sezonowych dobroci, bo wie, że kolejne dopiero za rok, a za ten rok to jest się o cały rok starszym... Czy to ma sens jakikolwiek? Tęsknota za kalafiorem jako przejaw lęku przed upływającym czasem?


Kulinarnie mocno u mnie ostatnio. Jesienne gotowanie ma w sobie jakąś magię. Generalnie dużo rzeczy ma w sobie dla mnie magię, ale gotowanie o tej porze roku to jakieś czary mary... Naprawdę niemal widzę te dymy unoszące się w kuchni pod sufitem. Wracasz zziębnięta do domu, przemoczona do suchej nitki, z czerwonym od chłodnego wiatru nosem, a tam w tej kuchni leczo pyrka sobie na ogniu, zupa z soczewicą bulgocze, nadziewane papryki wydzielają taką woń, że wszystkie perfumy świata mogą się schować ze wstydu. Ciepło, kojąco, spokojnie. Magia. No magia, mówię Ci :) Jedzenie zajmuje bardzo wysoką pozycję na liście moich życiowych priorytetów. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy ten blog nie powinien być blogiem stricte kulinarnym, ale za bardzo lubię gadać i za bardzo lubię robić zdjęcia, żeby ograniczać się tylko do gotowania... Tak więc powstała taka fuzja... no ale do jedzenia wracając. Z każdej podróży przywożę dwie rzeczy- zdjęcia i jedzenie. Mogę obyć się bez pamiątek, pocztówek, muszelek z plaży, ale dobrą przyprawą nie pogardzę. Bezbłędnie podam, gdzie jadłam najlepszą rybkę, gdzie najlepszą zupę, a gdzie kluski. W każdym nowym mieście najpierw szukam miejsca, gdzie mnie nakarmią.

 Lubię jedzeniem podkreślać wyjątkowość chwili. Na wiele tygodni wstecz planuję jaki makowiec w tym roku na święta, a jakie babeczki na dzień kobiet. Jedzenie nierozerwalnie kojarzy mi się z porami roku. I tak na przykład nie kupiłabym dyni w środku lata, nie ugotowałabym bigosu na sierpniowy obiad ani nie podałabym sernika na zimno w listopadzie. Są dania, które kojarzą mi się tylko z konkretną porą roku, z konkretnym miesiącem... i kiedy przychodzi na nie czas, próbuję najeść się nimi na zapas. Chciałabym, żeby moje córki za lat 20, 30 czy 40, jedząc w październiku szarlotkę, zamknęły oczy i przeniosły się do świata swojego dzieciństwa. Tak jak robię to ja, kiedy jem placki ziemniaczane z cukrem i widzę moją Babcię w niebieskim fartuszku, która odwrócona do mnie tyłem, smaży okrągłe placuszki i z uśmiechem na ustach pyta mnie jak było dzisiaj w szkole.

Pamięć smaków. Pamięć zapachów. Bezcenne.


No. To teraz szarlotka. Ode mnie dla Ciebie. 




Składniki:
  • 2 szklanki mąki pszennej (300g)
  • 5 łyżek cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego
  • 250g masła
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 jajko (rozmiar M)
  • ok. 1,5 kg jabłek (polecam Szarą Renetę)
  • 1 łyżeczka cynamonu
Dodatkowo:
  • cukier puder do posypania (opcjonalnie)

Sposób przygotowania:
  1. Z mąki, 3 łyżek cukru, cukru waniliowego, masła (pokrojonego na małe kawałki), jajka i proszku do pieczenia zagnieść jednolite ciasto (ręką lub robotem kuchennym, używając haka do zagniatania ciasta).
  2. Z ciasta uformować kulę, lekko ją spłaszczyć i owinąć w folię spożywczą. Wstawić do lodówki.
  3. Jabłka umyć, obrać, usunąć gniazda nasienne i pokroić w niedużą kostkę lub zetrzeć na tarte. Wymieszać z 2 łyżkami cukru i przesmażyć, aż powstanie mus. (Gdyby mus był mocno "wodnisty" smażyć, aż nadmiar soku wyparuje). Wmieszać cynamon i pozostawić do ostygnięcia.
  4. Formę kwadratową o wymiarach ok. 24x 24cm wyłożyć papierem do pieczenia. (Można najpierw delikatnie posmarować w paru miejscach formę masłem lub margaryną. Wtedy wyłożenie formy papierem pójdzie sprawniej, bo przyklei się on do tłuszczu).
  5. Połowę ciasta wykleić na dnie formy. Wyłożyć mus jabłkowy. Z pozostałego ciasta odrywać kawałki i układać je na musie jabłkowym. (Można również ciasto rozwałkować).
  6. Piec w nagrzanym piekarniku ok. 50- 60 minut, aż ciasto ładnie się przyrumieni, w temperaturze 180°C (grzałka góra- dół).
  7. Ciasto pozostawić do ostygnięcia. Przed podaniem można oprószyć cukrem pudrem.
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger