siedzę.

siedzę.

Taka sytuacja...

Ale zamiast Ci o niej opowiem muszę nadmienić, że pracuję w domu. Jeśli czytasz blog od początku, to o tym wiesz, bo pisałam już o tym tutaj. Nie żalę się absolutnie, bo i nie mam żadnych powodów do żalenia się, ani się nie chwalę, bo czym tu się chwalić, robota jak każda inna. W każdej trzeba swoje zrobić czy to w biurze, w urzędzie, w gabinecie lekarskim czy przed własnym domowym laptopem. Zrobione być musi. No. To pracuję w domu. Nie że w sensie ścieram kurze, poleruję łyżeczki, odkamieniam czajnik, jeżdżę na mopie i wannę szoruję, a w międzyczasie kalafiorową na piecu mieszam, ciasto na drożdżowe zagniatam, matematykę tłumaczę i zabieram dziecko na plac zabaw. Chociaż to też robię, pewnie że robię, i uważam, że ta codziennie wykonywana przez tysiące kobiet domowa praca nie do przecenienia jest. Praca traktowana z przymrużeniem oka, nie przynosząca żadnych finansowych dochodów, nawet do emerytury się nie zaliczająca i często zbywana machnięciem ręki, a dzięki niej cały dom trzyma się w kupie. Sama powiedz, nie jest tak? Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam. Chciałam o tym, że ja pracuję też zawodowo. Tak mi się poukładało, że swoją pracę mogę wykonywać w domu. Otóż można mnie sobie, że tak się wyrażę, wynająć. Niczym rasowego zabójcę na przykład. Leona Zawodowca copywritingu. Bo, proszę ja Ciebie, piszę, w cholerę dużo piszę, ciągle dla kogoś coś piszę, robię korekty, zdjęcie na zamówienie popełnię, takie tam, rozumiesz... Na blog od czasu do czasu też zajrzę, chociaż zdecydowanie za rzadko niż bym chciała.

No więc taka sytuacja...

Chwila, chwila, jeszcze tylko dodam, żebyś jasność miała całkowitą, że mam dwójkę dzieci na stanie. Co mają dzieciaki do pracy, pomyślisz, ale dla mamy pracującej w domu jest to zasadniczy fakt. Otóż jedna latorośl, ta starsza, co prawda rano wyekspediowana zostaje do szkoły, ale drugie młode, tkwiące po same uszy, a my razem z nim, w szczytowym momencie buntu dwulatka (kto przeżył, ten wie) zostaje ze mną. Ze mną zostają również maile, na które trzeba odpisać, telefony od wkurzonych klientów "pani kochana, na wczoraj miało być, na wczoraj!!", artykuły, które trzeba napisać, zdjęcia, które trzeba obrobić. Poza tym w kolejce czekają roztocza na półkach, które tańczą kankana z radości, bo od tygodnia szmaty nie widziały. Obiad do ugotowania czeka oraz wyżej wspomniany mop i plac zabaw przydałby się, a co. No i w tym wszystkim, niczym ta wisienka na torcie siedzi i wściekle macha nogami zbuntowana, wiecznie sfochowana i rozdarta dwuipółlatka, która przez większość dnia bardzo czegoś chce, sama nie wie czego dokładnie, ale chce tego już, teraz, natychmiast!

I taka sytuacja...

Aha. To jeszcze Ci opowiem, zanim przejdę do rzeczy najistotniejszej, że dzisiaj rano budzik nastawiłam sobie na 5. Czujesz to? Na piątą-proszę-ja-ciebie-rano. Żeby nadrobić komputerowe zaległości, co to mi przez chorobę moją i Małej narosły, póki młode śpią. Budzik dzwoni jak głupi o tej piekielnej 5 rano (a żeby się dziad sfajczył od tego dzwonienia!), ja wstaję, walcząc jednocześnie z chęcią wywalenia pipczącego ustrojstwa przez okno, za którym ciemność jesienna panuje okrutna, człapię do kuchni po kawę, a że daleko mam, bo zleźć muszę na parter po tą kawę, to po drodze nieco się obudziłam. Niosę tą gorącą, mile parującą, pachnącą kawę po schodach do góry, narkotyzując się niemal jej zapachem, upijając pierwszy łyk mimo że parzy w język, i myślę sobie, że w sumie fajnie, mam ponad godzinę tylko dla siebie. No czad. Szał ciał i szamotanie pępka, jak to moja Babcia mawiała w takich chwilach. Nic to, że wszyscy normalni ludzie o 5.10 marzą o śnie, zamiast cieszyć się, że wstali. Wchodzę do pokoju, a tam obok laptopa stoi takie... małe, kudłate, poczochrane i bez jednej skarpetki. Stoi i gapi się. Po czym kategorycznie żąda porannego soczku (więc ja nazad lezę po tych schodach na dół do kuchni, tym razem z małym, kudłatym, piszczącym na najwyższych rejestrach pod pachą, przeklinając po drodze fakt posiadania sypialni na piętrze). I mówi, to małe piszczące, że mi pomoże w pisaniu... Także tego... Rozumiesz, że nic nie napisałam?

Sytuacja następująca miała miejsce... Wczoraj ona miała miejsce dokładnie. Dwie mamy. Ja. Ona. Ja pracująca w domu. Ona co rano wychodząca do pracy w biurze. Ona mówi. Ja milczę. Bo co tu powiedzieć.

- Dlaczego ty wstajesz codziennie tak wcześnie rano? Lubisz się męczyć? Masochistką jesteś? Przecież nic nie robisz. SIEDZISZ tylko z dzieckiem w domu. Gdybym ja SIEDZIAŁA z dzieckiem w domu, spałabym do oporu.

KURTYNA! oklasków brak.
.
.
.
.

No. To idę. POSIEDZIEĆ.


moje hity lata 2017, które staną się również hitami jesieni.

moje hity lata 2017, które staną się również hitami jesieni.

Witaj jesieni! Witaj deszczu, zimny wietrze i chandro, moja stara niestety nie-dobra znajoma, która wracasz do mnie wierniej niż niejeden mężczyzna. Witaj katarze, bólu gardła, termometrze pod pachą i ciepła herbato z miodem. Macham do was, zasmarkane chusteczki walające się wszędzie po podłodze, butelki z syropem na kaszel i maści majerankowa- tobie śmierdząca paskudo tez macham. Przybijam pionę z opuszczonymi przez moją córkę dniami w szkole. Robię żółwika z szarymi porankami i wieczorami, które przychodzą coraz szybciej. Czule witam się z nieprzespanymi nocami, spędzonymi na noszeniu zakatarzonej dwulatki, i kolejkami w przychodni- bo przecież jak na komendę, daną przez wyrwaną z kalendarza ostatnią kartę lata, wszyscyśmy zgodnie, ramię w ramię postanowili się pochorować. A co za tym idzie "przykro mi, proszę pani, najbliższy wolny termin w naszej przychodni to poniedziałek w przyszłym tygodniu".

No. Stało się. Kilka dni temu oficjalnie pożegnaliśmy lato. Odeszło od nas w potokach deszczu, zostawiając za sobą czerwone kichające nosy te małe i te duże, tęskne spojrzenia i usta szepczące "wróć, nie będziemy już narzekać na upały, wróć..." ;) Ok. Może trochę przesadzam, ale naprawdę nie sądziłam, że tak szybko w tym roku złapie mnie jesienny nastrój- i to w tym złym tego słowa znaczeniu. Mimo że bardzo, ale to bardzo, ze wszystkich moich sił obiecywałam sobie nie dać się chandrze i nie zachorować już w pierwszym jesiennym miesiącu (w ogóle można obiecać sobie coś takiego?), roztaczałam przed Tobą (oraz przed sobą, co tu dużo ukrywać) wizje kolorowej bajecznej pachnącej dymem z komina i pieczonymi ziemniakami z ogniska jesieni, a tu takie coś... Chandra jak stąd na księżyc. I katar taki, że głowa pęka. Może jak wyzdrowieję, to chandra sobie pójdzie? Nieee ona sobie pójdzie jak wróci jesień żywcem wzięta z pinteresta. Wierzę, że wróci. Tymczasem jakby na przekór temu co widzę za oknem i jak się czuję, powracam na chwilę do letnich miesięcy.

Dzisiaj podzielę się z Tobą pięcioma moimi letnimi hitami, które z całą pewnością staną się również hitami jesieni. Może dzięki temu stanie się ona znów miła i cosy, a ja wrócę do zachwytów nad tą jakże zmienną porą roku? Oby, oby :)


1. Rower.

Kiedyś jeździłam na rowerze bardzo dużo, wręcz nałogowo. Później na długo o nim zapomniałam. Tego lata niejako zostałam zmuszona do odświeżenia tej przyjemności. Najpierw rower miał być tylko rehabilitacją, która pomogłaby mi wrócić do formy po kontuzji kolana. Szybko stał się jedną z największych przyjemności tego lata. Już po pierwszej przejażdżce, na którą wybrałam się bez większego przekonania, nie mogłam doczekać się kolejnej i kolejnej i jeszcze jednej. Po kilku tygodniach niemal całkowitego unieruchomienia wolność, którą daje rower była dla mnie jak haust świeżego powietrza. Zalety jazdy na rowerze są nie do przecenienia. Obalam tutaj mit, że jedynie jazda na super profesjonalnym sprzęcie daje dobre rezultaty. Nieprawda. Mój rower to najbardziej retro rower z możliwych, bez miliona przerzutek, za to ze skrzypiącym siodełkiem. Daje radę. Czasami wręcz pędzi jak szatan, a ja wraz z nim ;) Także, kochana, nie ma wymówek. Godzina spokojnej jazdy na rowerze pozwala spalić około 500 kalorii. I to bez większego wysiłku! Dlatego właśnie zamierzam pedałować tak długo, jak długo pozwoli mi na to pogoda.







Godzina spokojnej jazdy na rowerze pozwala spalić około 500 kalorii. I to bez większego wysiłku! Czy może być przyjemniejszy sposób na utrzymanie ładnej figury? Do tego dochodzą efekty zdrowotne, które daje nawet półgodzinne pedałowanie. Pobudzone do pracy mięśnie pobierają zapasy energii z komórek tłuszczowych, dzięki czemu nie tylko chudniemy, ale też normalizuje się poziom cukru we krwi.

http://wformie24.poradnikzdrowie.pl/zajecia-i-treningi/zdrowotne-zalety-jazdy-na-rowerze_35138.html
Godzina spokojnej jazdy na rowerze pozwala spalić około 500 kalorii. I to bez większego wysiłku! Czy może być przyjemniejszy sposób na utrzymanie ładnej figury? Do tego dochodzą efekty zdrowotne, które daje nawet półgodzinne pedałowanie. Pobudzone do pracy mięśnie pobierają zapasy energii z komórek tłuszczowych, dzięki czemu nie tylko chudniemy, ale też normalizuje się poziom cukru we krwi.

http://wformie24.poradnikzdrowie.pl/zajecia-i-treningi/zdrowotne-zalety-jazdy-na-rowerze_35138.html
Godzina spokojnej jazdy na rowerze pozwala spalić około 500 kalorii. I to bez większego wysiłku! Czy może być przyjemniejszy sposób na utrzymanie ładnej figury? Do tego dochodzą efekty zdrowotne, które daje nawet półgodzinne pedałowanie. Pobudzone do pracy mięśnie pobierają zapasy energii z komórek tłuszczowych, dzięki czemu nie tylko chudniemy, ale też normalizuje się poziom cukru we krwi.

http://wformie24.poradnikzdrowie.pl/zajecia-i-treningi/zdrowotne-zalety-jazdy-na-rowerze_35138.html
2. Kosz piknikowy i pikniki.

Dasz wiarę, że właściwie dopiero w tym roku latem po raz pierwszy w życiu wybrałam się na prawdziwy piknik rodem z klimatycznych filmów retro? Nie wiem naprawdę dlaczego wcześniej temat był mi zupełnie obcy; przecież to jest takie fajne! Wiesz, wiklinowy koszyk pełen pyszności, kanapeczek, owoców i dobrego wina. Kraciasty koc. Dzieci biegające dookoła. Słomkowy kapelusz na głowie i babskie pismo w ręku. Uważam, że nie wykorzystałam tego lata jak należy, jeśli chodzi o organizowanie pikników, więc patrzę z nadzieję w niebo i z uwagą śledzę prognozy pogody, bo a nuż uda nam się jeszcze wybrać na rodzinny piknik zanim na dobre utoniemy w szaroburej pogodzie? Tego roku odkryłam, że wrześniowe pikniki niczym nie ustępują tym czerwcowym, zwłaszcza jeśli koc rozkładamy na dywanie z kolorowych liści, a wokół unosi się leniwie babie lato. Wtedy musztardowy sweter idealnie wtapia się w tło, a tartaletki z dynią i herbata z pigwą z termosu smakują jak prawdziwe jedzenie bogów.



* kosze- firma Kosz Piknikowy.




3. Olej kokosowy.

Taaaa ja wiem, że żadnej Ameryki tutaj nie odkryłam. Wiem też, że o zaletach oleju kokosowego trąbi się już od bardzo dawna i wiem też, że dla Ciebie zaskoczeniem może być umieszczenie tego bądź co bądź kulinarnego produktu w hitach lata, ale... po tym, jak odkryłam jego urodowe właściwości, nie mogło być inaczej. Muszę tutaj nadmienić, że do tej pory olej kokosowy stosowałam namiętnie, w dużych ilościach, ale tylko w kuchni. Niby wiedziałam, że gdzieś tam można go sobie wcierać, wmasowywać i aplikować i że to dobrze to robi na urodę, ale jakoś specjalnie nie interesowałam się tym, spożywając z radością owsiankę doprawioną suto olejem kokosowym. Tymczasem zjarałam sobie twarz. Ha! Ale jak zjarałam. Oszczędzę Ci szczegółów; powiem natomiast, że jestem z gatunku tych nieopalających się, tylko spalających. Mam jasną skórę, zielone oczy i mnóstwo piegów. Niemalże typ celtycki ;) Więc jak już się zjarałam, to na maksa i byłam gotowa nałożyć sobie wszystko, byleby tylko poczuć ulgę. I wiesz co? Absolutnie żaden kosmetyk nie pomógł mi tak bardzo jak właśnie olej kokosowy. Od tamtej pory zaczęłam eksperymentować i co się okazało? Ano okazało się, że moje włosy kochają kokosowe olejowanie, moja twarz uwielbia być kokosowo naolejowana raz lub dwa razy w tygodniu, a i domowy peeling kawowy działa lepiej, jeśli dodam do niego nieco kokosowego oleju. Tak więc nadal intensywnie używam tego specyfiku nie tylko wewnętrznie, ale też zewnętrznie. :)






4. Kino w ogrodzie.

Kolejna z ogromnych przyjemności, które wcześniej były dla mnie obce. Mam całkiem spory ogród. Kocham oglądać filmy. Uwielbiam spędzać letnie i ciepłe jesienne wieczory na zewnątrz. Jaki z tego wniosek? Trzeba to wszystko połączyć! Z połączenia tych trzech "lubień" powstało kino w ogrodzie. Jeśli myślisz, że organizacja domowego kina w ogrodzie wymaga wielkiego zachodu oraz dużego nakładu pieniędzy, jesteś w błędzie. Czasami naprawdę niewiele potrzeba, żeby obejrzeć z przyjaciółmi film na świeżym powietrzu. Czego potrzebujesz? Przede wszystkim ekranu projekcyjnego. W najtańszej opcji może być to biała lub jasnoszara ściana domu. To na nią możemy skierować projektor. Świetnie sprawdzi się specjalna folia naklejana na ścianę np. garażu. To rozwiązanie jest najtańsze; jeśli chcesz, aby jakość obrazu była idealna, zainwestuj w ekran przenośny z prawdziwego zdarzenia (do kupienia już od 200zł). Projektor i głośniki to dwie kolejne rzeczy, które są nieodzowne, jeśli marzysz o kinie na zewnątrz. Spokojnie możesz ustrzelić używki w takim stanie i w takiej cenie, że Twój domowy budżet tego nie odczuje. Potem tylko postaraj się o klimatyczne oświetlenie, lampki solarne, latarenki ze świecami, wielkie poduchy, koce, wór popcornu.... i celebruj ten wieczór :)







5. Koszyk od Sznurkiem Zaplątane.

Mam w sobie wielkie uznanie i miłość do wszystkiego, co jest handmade. Pochylę się nad każdą ręcznie wyhaftowaną serwetką, z czułością pogłaszczę każdego ręcznie uszytego misia, wydam ostatni grosz na ręcznie wydziergany kardigan. Taśmowa produkcja, mimo że jest normą w dzisiejszych czasach i również z niej korzystam, nie wywołuje we mnie żadnego drżenia rąk. Handmade tak. Koszyk od Sznurkiem Zaplątane to cudeńko, które skradło moje serce od pierwszego wejrzenia. Zresztą nie tylko moje, bo nie dalej jak wczoraj, idąc z tym koszyczkiem na targ po cukinię, zostałam zaczepiona przez 3 kobietki z pytaniem gdzie takie piękne koszyczki sprzedają. Ano tutaj sprzedają :) Twórczyni koszyka mówi o sobie tak: "Kasia (30 lat), prywatnie żona i mama trójki dzieci (4-latek i 2 -letnie bliźniaki). Odkąd tylko pamiętam interesuje mnie wszelkiego rodzaju rękodzieło, jednak od dłuższego czasu szczególną uwagę wzbudziło we mnie szydełkowanie i produkty ze sznurka. Postanowiłam więc spróbować swoich sił i zacząć spełniać marzenia. Chciałabym aby moja pasja stała się z biegiem czasu moją pracą, dzięki której jednocześnie się realizuję. W każdą wykonaną rzecz wkładam serce i cząstkę siebie, dzięki czemu w ciągu trzech miesięcy moja strona na FB "Sznurkiem zaplątane" osiągnęła ponad 1000 polubień. Obecnie - wykonuję produkty na zamówienie ze sznurka bawełnianego dobierane do indywidualnych potrzeb klienta (artykuły do wystroju wnętrz, torebki damskie). W planach - poszerzanie swoich umiejętności i realizacja wszystkich pomysłów kłębiących się po głowie :-)". Koszyk pasuje idealnie do letnich sukienek, ale z jesiennymi warzywami w środku prezentuje równie pięknie. 




* koszyk- Sznurkiem Zaplątane
* bransoletka- By Dziubeka

* wraz z początkiem października do wygrania będzie dokładnie taki sam jak na zdjęciach powyżej koszyk od Sznurkiem Zaplątane. Śledź, proszę, blogowy fanpage oraz instagram.





* artykuł powstał we współpracy z firmami- Sznurkiem Zaplątane i Kosz Piknikowy dla portalu polki.pl.
kiedy wszystko się wali.

kiedy wszystko się wali.

"Kiedy znalazłem się na dnie, usłyszałem pukanie od dołu". S.J. Lec

Tak sobie myślę, że wiele z tych najważniejszych, najistotniejszych dla nas w ostatecznym rozrachunku rzeczy zdarza nam się, kiedy nasze życie jest w całkowitej rozsypce. To co daje nam największą moc, co powoduje, że wzrastamy jako ludzie, że dojrzewamy i zaczynamy patrzeć na życie z pokorą właściwą tylko mądrym jednostkom, ma swój początek w totalnym życiowym bajzlu. (bajzel = bałagan, armagedon, huragan, total-syf; tłumaczę, bo jak kilka dni temu użyłam słowa bajzel, to napotkałam zdziwione oczy kota ze Shreka i pytanie, czy to jest obraźliwe słowo). Mądre, dobre życie podobne jest trochę do gruntownych porządków w zawalonej szafie ze zbędnymi ubraniami. Jeśli chcemy mieć pasujące do siebie, idealnie poukładane ciuchy, najpierw musimy wszystko z tej szafy wywalić na podłogę, zrobić wielką, nieskładną kupkę z tych ciuchów, żeby potem powybierać z niej rzeczy, które faktycznie chcemy nosić i tylko te umieścić w idealnym rządku w naszej szafie. Resztę ciuchów- za małych, za dużych, za brzydkich, za... etc. - out. Bez sentymentów. Żeby zbudować coś od nowa, najpierw trzeba zburzyć stare. Ziemia też podobno powstała z wielkiego wybuchu w kosmosie, także wiesz... Najpierw bum, katastrofa, syf po całości, ogień, tony pyłu i fruwające odłamki, które próbują zdzielić Cię w głowę w najmniej spodziewanym momencie, a potem nowy świat z nowymi ludźmi i nowym życiem.

Ludzie latami uciekają przed bólem, boją się cierpienia, żyją z dnia na dzień karmiąc się lękiem przed życiowym zakrętem. Zasypiają co wieczór z rosnącą gulą w gardle w obawie, że jutro będzie ten dzień, kiedy los odmieni się o 180 stopni i stracą wszystko co mają dzisiaj. Cały ich bezpieczny, poukładany świat rozsypie się w gruzy. Zapominają, że życiowe zakręty, choć często przynoszą ze sobą łzy i niepewność, dają również możliwość całkowitej zmiany swojego świata. Carte blanche. Pusta biała kartka. Restart systemu. Pauza. Chwila oddechu. I go! To nie jest tak, że ja sobie żyję z wielkim uśmiechem na twarzy na co dzień, lekko i spokojnie, nie martwiąc się zupełnie niczym i z radością myślę o utracie pracy, rozwodzie czy chorobie. Nienormalna bym była, gdyby mnie to wszystko nie ruszało. Wręcz mam tendencję do zamartwiania się i pisania czarnych scenariuszy. Ale... choć te wszystkie problemy nie są prezentami, które chciałabym dostać na urodziny przewiązane czerwoną wstążką, zdaję sobie sprawę, że to one właśnie niosą ze sobą te najcenniejsze lekcje i dają możliwość zbudowania nowej, lepszej rzeczywistości. Każdy kryzys jest szansą na spróbowanie jeszcze raz tym razem mądrzej, piękniej, lepiej. Jeśli choć raz zmienić perspektywę i zamiast zapytać: dlaczego spotkało to właśnie mnie? co ja takiego zrobiłam? za co to wszystko?, zapytasz: czego to mnie ma nauczyć? jaką lekcję z tego wyciągnę? co dobrego wezmę z tego dla siebie? Wszystko od razu się zmienia, jeśli pozwolisz sobie otworzyć się na nowe możliwości. Tak naprawdę wokół Ciebie nie zmienia się nic, to Ty się zmieniasz i to jest właśnie to o co w tym wszystkim chodzi.

Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie, a reszta za tym pójdzie- to naprawdę tak działa, sprawdzone. Bardziej niż to, co nam się przydarza, liczy się to, jak to reagujemy. Jeśli chcemy widzieć koniec świata, to go zobaczymy. Jeśli chcemy dostrzec szansę, to ją dostaniemy. Prawie każde negatywne zdarzenie może być początkiem czegoś lepszego. Utrata pracy może być szansą na znalezienie innej, ciekawszej, lepiej płatnej, w której wreszcie zaczniesz się spełniać tak jak zawsze chciałaś. Odejście partnera, który wydawał się być tym na zawsze, może okazać się najlepszym wydarzeniem w Twoim życiu, bo a nuż za rogiem czeka miłość Twojego życia. Debet na koncie, mimo że do pierwszego jeszcze łohoho albo i dłużej, zmusza do kreatywności (albo do pożyczania, chociaż wolę wierzyć, że jednak do kreatywności ;) ), choroba, mimo że paraliżuje strachem, paradoksalnie wyostrza zmysły i nagle świat wydaje się być piękniejszy, a każda chwila bezcenna. Zanim zarzucisz mi infantylność, powtarzanie banałów i brak osadzenia w rzeczywistości... powiem Ci, że przeżyłam to wszystko o czym napisałam. Wiem jak to jest, kiedy zostajesz sama z wielkim brzuchem w obcym mieście z debetem na koncie, wiem jak to jest siedzieć kilka godzin po porodzie na metalowym krześle przy szpitalnym łóżeczku swojego dziecka od 6 rano do 22 wieczorem (bo akurat miejsc zabrakło), wiem jak to jest gdy na rutynowym usg słyszysz "na prawym jajniku coś jest, 3cmx2cm", wiem jak to jest kiedy umiera ktoś kto opowiadał najpiękniejsze bajki, gotował najlepszą pomidorową i nauczył cię wiązać sznurówki.

To nie jest tak, że jestem wdzięczna za każdą złą chwilę, bo kto normalny by był? Pewnie, że wolałabym, aby było spokojnie, łatwo i bezproblemowo. Tylko czy wtedy byłabym tym kim jestem? Pisałabym teraz do Ciebie? Im jestem starsza, tym bardziej uderza mnie jak ludzie nie doceniają tego co mają. Nieważne ile mają, zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. Życie nigdy nie będzie w 100% idealne, zawsze czegoś będzie brakować, a w oczekiwaniu na wyimaginowany ideał, tracimy kolejne dni. Sekretem udanego życia jest wdzięczność, skupianie się na tym co dobre. Nie doceniamy małych momentów, chwil i codziennych zdarzeń. Codziennie trwonimy szanse by być szczęśliwymi. Przeszłość już była, przyszłości jeszcze nie ma, jest tylko tu i teraz. Tylko to jest ważne, tylko to się liczy. To że rosół pachnie na cały dom, że dzieci zdrowe i że paznokcie zdążyłaś rano pomalować. Że jest na rachunki i na nowe kozaczki na zimę. Że dach nad głową, ciepła kołdra w nocy i ramię, na które możesz położyć głowę. Że telefon dzwoni i maile się piszą, że mam dla kogo pracować, że podoba się to co robię. Życie jest dobre, ze wszystkim co ze sobą niesie, a szczęście nie jest wygraną na loterii jak szóstka w totka, tylko naszym osobistym wyborem. Odrabiam życiowe lekcje, uczę się pilnie, zapamiętuję u wyciągam wnioski. Już od dawna nie popełniłam drugi raz tego samego błędu, a to znaczy, że pojętna ze mnie uczennica. Popełniam nowe, ale któż ich nie popełnia ;) Z pokorą podchodzę do kryzysów i dzielnie układam na nowo rozsypane klocki, dopasowuję pogubione puzzle, aby powstał idealny obrazek.

Wciąż za mało we mnie zgody, żeby każdą złą chwilę potraktować jak dar, raczej biorę je jako życiową lekcję. Nauczyłam się, że kiedy wiatr zamyka mi z hukiem przed nosem kolejne drzwi, to ja szukam tylnego wejścia, a jeśli go nie ma, włażę oknem. Doceniam, że jest stabilnie, spokojnie, tak samo każdego dnia. Może bez sztucznych ogni, fajerwerków, uwielbienia tłumów i dzikich tańców na stole, ale za to bezpiecznie. Dzisiaj daję sobie piątkę z plusem za spadanie na cztery łapy. Na szóstkę nie zasłużyłam, bo wciąż mam zbyt często przy tym poobijane łokcie i zdarte do krwi kolana. Ale spokojnie, nauczę się. W końcu jestem pojętną uczennicą.
5 prostych przepisów na pigwę, czyli jesienne uodparnianie czas zacząć.

5 prostych przepisów na pigwę, czyli jesienne uodparnianie czas zacząć.

Zaczęło się, proszę ja Ciebie.


Oficjalnie mogę odtrąbić uroczystą inaugurację sezonu smarkająco- plującego. Niestety... Liczyłam na to, że w tym roku cała ta jazda nas ominie. No dobra, może nie tyle ominie, bo to niemożliwe raczej, co chociaż nie przetrzepie tak dotkliwie jak o tej właśnie porze rok temu. Wzięło nas wtedy wszystkich już na początku września. Chwilę po rozpoczęciu roku szkolnego Starsza przyniosła ze szkoły jakiegoś paskudziela wrednego. Wirusa znaczy się, który po kolei przeleciał się przez każdego członka rodziny, nie omijając nikogo. Przy czym moja starsza córka przeszła chorobę najłagodniej, bo skończyło się u niej właściwie tylko na katarze i niewielkim kaszlu. Następna w kolejce byłam ja i mnie sponiewierało konkretnie, bo gorączka chwilami dochodziła do 40 stopni, kasłałam jak stary gruźlik po przeszczepie płuc, aby na końcówce stracić głos na całe 3 dni. Chwilę po mnie dopadło Małą, co nas totalnie załamało, bo wiadomo, że chorująca Mała oznacza dla nas totalny brak snu, jęki do bladego świtu i kilkudniową dezorganizację domu. Mąż jakoś tam się uchronił, wcinając czosnek i cebulę na kilogramy, zionąc przy tym śmiercionośnym zapaszkiem na kilometr. Chociaż chwila... on chyba też narzekał na gardło...

Wybacz mi, proszę, ten przydługi nieco wstęp, ale chciałam się wytłumaczyć.

Wytłumaczyć, bo jedyne o czym od przedwczoraj myślę i jedyne o czym jestem w stanie dziś napisać, to jak do jasnej anielki uodpornić całe to zasmarkane towarzystwo (ze mną na czele)!! Bo musisz wiedzieć, że moje córki już są chore! Starsza od kilku dni kicha i narzeka na ból gardła, a Mała obudziła się dzisiaj z katarem do pasa. Jakby tego było mało, mnie boli gardło i czuję, że za chwilę dołączę do tego wesołego smarkatego grona... Biorę się więc do boju, bo drugi raz takiego zdychania jak rok temu nie zdzierżę! Kiedy dzieci i ja chorujemy jednocześnie, to już jest apokalipsa do potęgi... Pomysł podawania witaminy C dożylnie odrzuciłam w przedbiegach, chociaż musisz wiedzieć, że w chwilach rozpaczy rozważałam taką opcję ;) Stwierdziłam łaskawie, że oszczędzę rodzinie takich atrakcji i zastosuję metodę tradycyjną- dopaszczową.

W ogrodzie naszym rośnie taki krzaczor-cudo.


Pigwa się nazywa. Albo pigwowiec... Nigdy nie wiem czym się różni jedno od drugiego. A może niczym się nie różni? Nie wiem. Sprawdzę i napiszę ;) Tak czy siak rośnie nam całkiem pokaźnych rozmiarów krzaczysko, które co roku rodzi piękne okrągłe owoce wyglądem przypominające skrzyżowanie gruszki z jabłkiem, a smakiem nie przypomina dosłownie nic. No jest paskudne co to dużo mówić... Kwaśne jak cytryna razy sto, a twarde jakbyś cegłę żuła. Nie żebym kiedyś żuła cegłę, ale myślę, że właśnie tak by to cudo smakowało. Pigwa jedzona solo jest nie do przejścia, ale już w postaci dżemów, soków czy nalewek jest pyszna.

Pyszna i zdrowa trzeba dodać.


Czy wiesz, że owoce pigwy obok wody (83 proc.) zawierają węglowodany, białka i tłuszcz oraz bogactwo składników mineralnych: magnez, fosfor, wapń, potas, żelazo, miedź, siarkę? Znajdziesz w nich także cukry (fruktoze i glukozę) oraz kwasy organiczne, garbniki, flawonoidy, antocyjany, karotenoidy, śluzy i pektyny (owoce pigwy mają największą zawartość pektyn ze wszystkich owoców). I co dla mnie w tym momencie liczy się najbardziej- owoce pigwy to bogactwo prowitaminy A, witamin z grupy B oraz witaminy C. Całe morze witaminy C. O wiele więcej niż w cytrynie. Pigwa poprawia odporność organizmu i wykazuje silne działanie przeciwzapalne. Jest polecana jako środek prewencyjny, jak i jako lek już w trakcie choroby. Dobrze brzmi, prawda?
 Tyle teoria. Tylko teraz jak w praktyce przygotować owoce pigwy w taki sposób, aby nie wykręcało twarzy na drugą stronę w trakcie spożywania?

Opowiem Ci teraz jak robię to ja.

SPOSÓB NR 1- herbata

Najprostszy. Owoce pigwy porządnie myję, kroję w plasterki lub w kostkę i dodaję do gorącej herbaty. Do Earl Greya najchętniej, bo najbardziej lubię, ale każda inna czarna herbata się nada. Jeśli do takiej herbatki dorzucisz łyżeczkę miodu, to już w ogóle masz czaj bogów- tylko pamiętaj, żeby nie dodawać miodu do gorącej herbaty, bo straci on swoje zdrowotne właściwości.



SPOSÓB NR 2- konfitura 

Możesz dodawać ją do herbaty (łyżeczka na filiżankę) lub do mięs i serów. Konfiturę przyrządza się z umytych i wypestkowanych owoców. Najlepiej pokroić je w kostkę, w dużym rondlu dusić z dodatkiem cukru (na 1 kg owoców ok. 0,75 kg cukru) i litra wody. Można dodać imbir, goździki, cynamon, ale niekoniecznie. Gdy owoce zmiękną, miksuj je na w miarę gładką masę i dalej praż, mieszając, by woda wyparowała. Gorącą masę przełóż do małych, dopiero co wyparzonych słoiczków, zakręć wyparzonymi zakrętkami i zostaw do ostygnięcia, stawiając je do góry dnem.


SPOSÓB NR 3- sok

Zasyp umyte, wypestkowane i pokrojone drobno owoce cukrem (na 1 kg owoców ok. 0,75 kg cukru). Słój przykryty gazą odstaw w ciepłe miejsce na tydzień-dwa, co jakiś czas lekko potrząsaj naczyniem. Sok zlej do wyparzonych butelek, zakręć i wstaw do gorącej kąpieli (temp. 80-90 st. C) na 10 minut w celu wypasteryzowania.
 


SPOSÓB NR 4- nalewka
Umyte, wypestkowane, pokrojone w plastry owoce zasyp cukrem tak jak przy robieniu soku. Później Należy zalej wódką zmieszaną ze spirytusem (1:1) i odstaw na dwa tygodnie. Po tym czasie płyn zlej, filtrując przez gazę. Lubię doprawić miodem, imbirem i goździkami, chociaż saute też jest pyszne. Naparstek takiej naleweczki, kiedy czujesz, że bierze Cię przeziębienie i do łóżka. Rano będziesz jak nowo narodzona ;)



SPOSÓB NR 5- galaretka
Pigwę umyj, pokrój na cząstki, zalej zimną wodą, tak by lekko przykryła owoce. Powoli gotuj około 30 minut, aż otrzymasz wywar (pigwa nie może się rozpadać). Owoce odcedź i na każdy 1 litr wywaru dodaj 1/2 kg cukru. Wymieszaj i gotuj, aż syrop zgęstnieje i nabierze koloru od żółtego do łososiowo- różowego. Gorący płyn przełóż do słoiczków i zakręć. Z owoców możesz zrobić dżem. Galaretkę przechowuj w ciemnym i chłodnym miejscu maksymalnie przez 2 lata.


Jedz i na zdrowie niech Ci wyjdzie ;)

...........


Zapraszam na blog konfabula.pl, gdzie dzisiaj wymądrzam się gościnnie ;)
fall in love with Fall.

fall in love with Fall.

Pół biedy, jeśli świeci słońce, jest ciepło i kolorowo. Wtedy grube rajstopy i zamszowe kozaczki doskonale komponują się z musztardową beretką na mojej głowie. Kolorystycznie wtapiam się idealnie w tło namalowane z rozmachem przez naszą piękną polską jesień. Dziarsko pcham przed sobą wózek z Małą, idę przez kolorowy pachnący wilgotnym mchem i grzybami las, szuram nogami w suchych liściach i gapię się rozanielona na pierwsze dymy z kominów majaczące gdzieś ponad koronami drzew. Wtedy jest pięknie i myślę sobie, że w zasadzie to ja uwielbiam tą całą jesień. I co w ogóle wszystkim chodzi, że tak smęcą i marudzą za latem, upałami i popołudniami nad jeziorem. Jesień jest super!

A potem przychodzi dzień taki jak dzisiaj. Cała seria podobnych do siebie szaro-burych dni, kiedy deszcz zacina od rana do wieczora i nie można wystawić nawet nosa zza drzwi, bo wiatr tak daje, ale TAK DAJE, TAK DIABELNIE DAJE, że mam wrażenie, iż odlecę w kosmos razem z tymi otwartymi drzwiami. To nie tak, że nie lubię deszczu i tego całego klimatu jesiennego. Lubię, ba! wręcz kocham, bo nie ma dla mnie nic przyjemniejszego niż wieczór z książką/ filmem, zapaloną świecą o zapachu pomarańczy, kocem na stopach i deszczem głośno walącym w okna. Wiele razy pisałam o tym, że to jest dla najbardziej cosy chwila ze wszystkich. Ale.

Jeśli leje, wieje i unieruchamia mnie w domu z nadaktywnymi dzieciorami na dłużej niż kilka dni, to szlag mnie jasny trafia. Dzisiaj trafił. Tak trafił, że aż sama siebie się wystraszyłam i stwierdziłam, że hola hola, kobieto, toż to połowa września dopiero. Jesień ma to do siebie, że bajkowo kolorowe dni przeplatają się z paskudnie wietrznymi, deszczowymi, kiedy to jedyne na co mam ochotę, to sen. Tak więc w ramach dostrzegania piękna w każdym dniu i cieszenia się chwilą, by nie obudzić się w marcu starą, marudną, zrzędliwą babą, zaordynowałam sobie takie ćwiczenie. Proste jak budowa cepa. Polega ono na wygenerowaniu jak najbogatszej listy wszystkich rzeczy, za które lubię jesień.


Tak więc pragnę ogłosić, że jesień lubię za:

- jabłka pod kruszonką i szarlotkę z bitą śmietaną
- jabłka pieczone z cynamonem
- jabłka w cieście
- placuszki jabłkowe
- jabłka generalnie
- musztardową beretkę
- mitenki w norweskie wzory
- trencze
- kalosze
- leczo
- gorące herbatki z sokiem malinowym
- wieczory pod kocem
- świece o zapachu pomarańczy i wanilii
- cynamonowy peeling do ciała
- ciasto śliwkowe z kokosową kruszonką
- dynie
- kolorowe liście i szuranie w nich
- bajeczne sesje zdjęciowe w stertach opadłych liści
- pierwszy dym z komina
- poranne mgły gęste jak mleko
- ciepłe kolorowe skarpety
- dziergane pledy
- grzyby
- wielkie jesienne torbiszcza
- gruszki zapiekane z czekoladowym kremem
- grube kardigany
- wieczory filmowe
- jeża, który co roku zimuje pod naszym orzechem
- cotton balls
- ludziki z kasztanów i żołędzi
- chusty w kratę wielkie jak koc
- ogniska i pieczone w nich ziemniaki
- zapach mokrego lasu
- parasole z drewnianą rączką
- radość moich dzieci, kiedy taplają się w kałużach
- dyniowe muffinki
- ciasto orzechowe
- herbatę z pigwą
- grube kolorowe rajstopy
- poranną kawę pitą w samotności
- seksowne kozaczki za kolano
- spódnice w kratę
- ciepło kołdry, kiedy kładę się do łóżka zmarznięta
- czerwone nosy moich dzieci po spacerze
-  soboty z planszówkami, bo jest za wietrznie, żeby wyjść
- nalewkę z aronii
- kakao z piankami
- suszone figi z tahini
- flanelowe piżamy w szkocką kratę
- gorący rosół po spacerze
- woski zapachowe

Całkiem sporo tych przyjemności :) A czy Ty dopisałabyś coś do mojej listy?










*  powyższe zdjęcia- pinterest.com & jeshoots
** jeśli ktoś wie, gdzie mogę kupić taki sam pomarańczowy kubek, jaki widnieje na przedostatnim zdjęciu, będę zobowiązana ;) zwariowałam na jego punkcie ;)


...




Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger