tylko kochaj.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami żyła sobie pewna zarozumiała dwudziestka... A właściwie nie tak dawno i nie tak daleko jak mi się teraz wydaje. Ot 10 lat może minęło albo coś koło tego. Otóż nie tak dawno temu byłam przekonana, że moja prawda jest najmojsza i że pozjadałam wszystkie rozumy i że dwadzieścia lat to optymalny wiek na osiągnięcie mądrości życiowej na miarę Buddy i Dalajlamy razem wziętych. Taka fuzja, rozumiesz, w mojej osobie się objawiła. Myślałam, że doskonale wiem, co jest właściwe i  jak należy postępować. W swoim zadufaniu byłam gotowa bić się do upadłego i kłócić z każdym, kto myślał inaczej niż ja. Niczym ten koń w kopalni, cholerny Łysek, z klapkami na oczach, widziałam tylko jeden kierunek. Swój.  Laska drąca się w megafon na czele pochodu, dzierżąca w dłoni prześcieradło z wymalowanym hasłem przewodnim to właśnie byłam ja. Podejrzewam, że gdybym nie zmądrzała na czas, byłabym dzisiaj trzydziestoparoletnim radykałem, który organizuje manify i pluje na każdego, kto ma czelność myśleć inaczej.

Przeszło mi. To znaczy wróć. Nie tyle przeszło, co życie nauczyło mnie pokory i tolerancji. Dostałam parę razy mocno tam, gdzie plecy mają swój koniec i w trymiga zmieniła mi się optyka. Bo, wiesz, to jest tak, że najwięcej do powiedzenia mają ludzie, których rzeczony temat najmniej dotyczy. Zauważyłaś to? To jakiś fenomen, jak babcię klapkiem! Księża radzą w sprawie seksu. Bezdzietne pouczają matki. Singielki są ekspertkami od związków. Karmiące piersią utyskują na karmiące butelką. Faceci po 60-tce decydują o mojej macicy.  Ju noł łot aj min. A mnie się już nie chce. Serio. Ja już się poszarpałam, powalczyłam i zbłaźniłam się wystarczająco w tym swoim zaściankowym myśleniu. Niech teraz inni się błaźnią. Dziękuję, ja postoję. I popatrzę. Dlatego nie lubię, nienawidzę wręcz, być wciągana w jakiekolwiek wojenki podjazdowe, nie lubię znaleźć się nagle w samym centralnie środku zażartej dyskusji między samozwańczym Buddą a zdeklarowanym Dalajlamą. A od cholery ich teraz się namnożyło... Najbardziej, tak najbardziusiej nie znoszę, kiedy wciskają mi megafon, który dawno temu wyciepałam na śmieci, i każą prowadzić pochód. No nie chce mi się jak jasna cholera wytykać innym błędy, które tylko z moim subiektywnym odczucia są błędami, bo kim ja niby jestem, żeby to robić?? Swoje wojny zakończyłam, podpisałam rozejm i tyle.

Niech sobie inni walczą o jedynie słuszną metodę usypiania dzieci, wychowanie bezstresowe, półstresowe czy hardkorowo stresowe. O zdrową żywność w szkolnych sklepikach. O moralny aspekt istnienia tychże sklepików. O zajęcia dodatkowe lub ich totalny brak. O idealną różnicę wieku między rodzeństwem. O sens posiadania rodzeństwa w ogóle. O to czy kariera, czy macierzyństwo, czy może jedno i drugie. O wyższość jogurtu naturalnego nad danonkiem. O wyższość karmienia piersią nad mlekiem w proszku... O tym karmieniu piersią to już w ogóle... Nagonka jakaś na te mamy butelkowe. Że wyrodne. Że egoistki. Że cycek dla nich ważniejszy niż dziecko. A ja stoję w pięknym rozkroku, bo pierwsza od początku na butli, a druga do dzisiaj na piersi. I ani myślę dołączać do któregoś z obozów. Wiem, że każda mama (normalna, zdrowa matka) chce dla swojego dziecka jak najlepiej, pokroić by się za nie dała i jeszcze solą posypała, jakby trzeba było, i rzucać w nią kamieniami tylko dlatego, że wraz z miłością, oddaniem i poświęceniem podaje małemu proszek zmieszany z wodą... Proszę, serio ktoś może tak generalizować? Głupio pytam. Może. Bardzo może.

Przychodzi toto takie małe na świat, bezbronne takie i zdane na swoją mamę. I ta mama dla niego wszystko. I kolorowe ręczniki z miękkiej bawełenki, i śpioszki mięciutkie bez guziczków na plecach żeby nie uwierały, i kocyki z muślinu, i wózek wygodny. I silne ramiona, które będą nosić całą noc, mimo zmęczenia. I cierpliwość w chorobie, i czułość, i spokój, i bezpieczny świat. I ta mama, dla której dziecko najważniejsze na świecie jest, dostaje po głowie, bo butelkę podaje... A niech sobie każdy robi co chce! Macham ze złością ręką, jakbym się oganiała od natrętnej muchy, za każdym razem, kiedy wciągana jestem w wojenkę, a już najmocniej irytują mnie te przepychanki mama kontra mama. Chcesz, to sobie tam z tym dzieckiem potańcuj, pohasaj, na balet z nim idź. A jak nie chcesz, to pół soboty przeleż z nim w łóżku i smerfy naparzajcie. Jak chcesz, to ugotuj obiad z trzech dań z deserem z kaszy jaglanej i szejkiem z jarmużu. A jak nie chcesz, to zamów pizzę. Familiną koniecznie i z podwójnym serem. Też będzie ok. Jak chcesz, to podawaj tylko jogurty naturalne, bio najlepiej z mleka od eko krów, co to tylko eko trawkę spożywają, a jak nie chcesz, to danonka zapodaj i niech popije kubusiem. Jak chcesz, to zabierz do zoo i opowiedz, że "o, żyrafa! słoń i wielbłąd", a jak nie chcesz to kotka na podwórku podglądajcie. Jak chcesz, to powiedz, że misiaczek słodki, perełeczka i skarbuś mamusi najkochańszy, a jak nie chcesz, to wrzaśnij, że cicho, bo zaraz zwariujesz.

Tylko kochaj. Zawsze.

8 komentarzy:

  1. Aaaaaaa cudowne!!!!!! zostaje tu na dluzej!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakbym mogła coś zasugerować to większą czcionką pisz będzie czytelniej. Ale tekst świetny. Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rewelacyjny tekst, pięknie piszesz, jak wiele w takich tekstach dostrzegam siebie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger