sprzątam.

Zaczynam intensywnie sprzątać. A to oznacza, że zmiany się szykują. Jeszcze nie wiem dokładnie co się zmieni i jak bardzo, ale czuję te wszystkie zmiany przez skórę. Czuję, jak wszystko wokół mnie charakterystycznie wibruje i to wibrowanie słyszę tylko ja. Chociaż może nie tyle słyszę, co je po prostu wyczuwam. Każdą komórką ciała wyczuwam nowe. To jest ten moment, kiedy już wiem, że coś zaczęło się zmieniać, ale jeszcze nie wiem co i dokąd mnie to zaprowadzi. Wiem, że życie dzieli się na etapy i jeśli kurczowo będziemy się trzymać jednego z nich, choćby nie wiem jak piękny był, jeśli uporczywie będziemy odwracać głowę w stronę tego co odeszło, nie zrobimy miejsca na to, co nadchodzi. Jedyne co jest stałe w naszym życiu, to zmiana i nie wolno się tego bać. 

Tak więc sprzątam. Zapytasz co ma jednego do drugiego. Otóż ja zawsze, ale to zawsze, kiedy moje życie przechodzi transformację, sprzątam. Tak po całości. Nie to, że zetrę kurze, zmyję podłogi czy poustawiam bibeloty na półkach. Nie, nie, nie. Ja wchodzę na najwyższe obroty. Jestem mistrzem ogarniania przestrzeni. Sprzątanie level master. Wywracam dom na drugą stronę. Obrabiam każde pomieszczenie po kolei. Wchodzę w każdy, najciaśniejszy kąt. Wyrzucam wszystko z szaf, szuflad, szaf i szafek. Biorę do ręki każdą rzecz, każdy ciuch i każdą książkę, oglądam i pytam samą siebie, czy ja oby na pewno tego potrzebuję. Czy ten przedmiot jest potrzebny mojej rodzinie. Czy sprawia, że żyje nam się lepiej, przyjemniej, wygodniej. Czy wiąże się z nim jakaś historia, którą chcę zachować. I wyrzucam. Wyrzucam na potęgę. Nie mam z tym problemu. Wręcz sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Im mniej mam niepotrzebnych rzeczy wokół siebie, tym lżej się czuję. Tym głębiej oddycham. Robię miejsce na nowe nie tylko w moim domu, ale w sobie również, a może przede wszystkim właśnie w sobie.

Dobrze się czuję, kiedy mam mało przedmiotów w moim otoczeniu, chociaż minimalistką nie można mnie nazwać. Przywiązuję się do rzeczy i mają dla mnie one ogromną wartość. Dążę do tego, żeby mieć tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne. Chciałabym, żeby każda rzecz w moim domu coś znaczyła. Żeby nie był to zbiór nieistotnych, przypadkowych przedmiotów, które nie mają ze sobą nic wspólnego. W tej chwili mam wrażenie, że zaraz się uduszę. Przedmioty atakują mnie z każdego kąta w tym domu. Ubrania wysypują się z szaf. Zabawki dziewczynek walają się dosłownie wszędzie. Moje kosmetyki zajmują dwie wielkie kosmetyczki, a ja i tak używam tylko tych ulubionych. Książki raz przeczytane, do których nigdy nie wrócę, zagracają półki. Bibeloty przewiezione skądś przez kogoś, nie wiem, a skoro nie wiem, to pewnie mało istotne to jest, zapychają szafki. Szuflady pękają w szwach od nadmiaru papierów, pocztówek, starych rachunków. Chaos. We mnie również. W tej chwili jestem na etapie wyrzucania. Codziennie sprzątam w jednym miejscu i poświęcam temu miejscu 100% mojej uwagi. To jest proces, bo nie da się zrobić tego wszystkiego w ciągu jednego czy nawet kilku dni. Potrzeba czasu na takie porządki. Każda duża zmiana na lepsze wymaga czasu.

Przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy nadmiar zaczął mnie męczyć. Nie jestem pewna, czy to kwestia wieku, ale chyba tak właśnie jest. Nauczyłam się doceniać rzeczy najprostsze. Najprostsze kombinacje. Biała koszula i czarna spódnica. Czarne szpilki i czerwona szminka. Dżinsy i biały t-shirt. Chleb z masłem. Makaron z oliwą i gorzka czekolada na deser. Czerwone wino. Wieczór z książką. Perełki w uszach. Zegarek z dużą tarczą i skórzanym paskiem. Zapach powietrza po letniej burzy. Piknik nad jeziorem. Tak, to jest zdecydowanie kwestia wieku i życiowej dojrzałości, bo kiedyś były cekiny, koronki i falbany, balejaż platynowy i kolczyki z pawim okiem, kolekcja porcelanowych słoników i pierścionek na każdym palcu. Kiedyś było machiatto z bitą śmietaną, likierem waniliowym i bitą śmietaną, deser lodowy we wszystkich kolorach tęczy, spaghetti ze wszystkim co znalazłam w lodówce. Kiedyś były tańce w klubie do rana, różowe baleriny w kotki i serduszka na paznokciach. Kiedyś były neonowe sukienki, wakacje w tłumie turystów i tapeTa we flamingi. A dzisiaj jest inaczej. Prościej. Coraz bardziej doceniam prostotę i jakość. Wolę zbierać kilka miesięcy na porządną, klasyczna torebkę niż kupić kilka gorszej jakości. Wolę mieć jedną szminkę dobrej firmy niż dziesięć podróbek. Kilka fajnych, drewnianych zabawek dla moich dzieci niż całe pudło plastikowego badziewia. Wolę robić zakupy raz na pół roku niż kilka razy w miesiącu. Jakość, a nie ilość. Mało, ale dobrej jakości. I życia również to się tyczy. Życie jest za krótkie, żeby godzić się na bylejakość. Na byle jakie związki, przyjaźnie, książki i byle jakie sukienki. Dotarło to do mnie dopiero po trzydziestce, więc to na pewno kwestia wieku.  I cholernie dobrze mi z tym...

Tak, zdecydowanie czuję zmiany.
A tymczasem idę sprzątać :)

23 komentarze:

  1. bardzo fajnie czyta się Twoje wpisy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. 'Zycie jest za krotkie na bylejakosc'.. Takie to prawdziwe a jak czesto gdzies ucieka. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja także zaczęłam doceniać w moim życiu proste rzeczy, bo przecież życie jest za krótkie by się cały czas czymś przejmować :)
    Mój blog

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze znaleźć w życiu równowagę i nauczyc się cieszyć z małych - wielkich rzeczy :) często nie spodziewamy się, że proste rozwiązania są najlepsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby najprostsze rozwiązanie zawiodło :)

      Usuń
    2. Też odkryłam stosunkowo późno, że po prostu nie warto poprzestawać na małym;-)

      Usuń
  5. Mam tak samo jak Ty 😉. Każdej zmianie w moim życiu towarzyszą porządki. Mam zbyt mało rzeczy, żeby coś wyrzucać ale przekładam je, chowam w innej kolejności. Nie lubię bylejakości w życiu. Chcę mieć wszystko porządnie zrobione i dobrej jakości. Dbam o jak najlepsze więzi z moim synkiem i mam nadzieję, że zaowocuje to w przyszłości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo przyjemnie się czyta Twoje wpisy. Również zgadzam się z Twoim podejściem, każda zmiana wymaga czasu, aby zobaczyć efekty i coś zmienić w naszym życiu 😊

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja jestem minimalistką,lubię mieć wokół siebie mało rzeczy.Osobiście nadmiar rzeczy mnie przytłacza.:)
    chemiczna-pilotka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie nadmiar też męczy, dlatego lubię mieć mniej, ale dobrej jakości :)

      Usuń
  8. Sama prawda! Ja od czasu do czasu robię prawie to samo, ale nie w całym domu bo mieszkam ze znajomymi tylko w swoim pokoju, bo aż mnie coś mierdźi jeśli tego nie zrobię, więc dokładnie Cię rozumiem, tak to kwestia pewnego rodzaju dojrzałości emocjonalnej, jeśli mamy wokół siebie zbyt duży bałagan to czujemy że my sami wewnątrz również jesteśmy czymś zaśmieceni, ład i porządek to podstawa do utrzymania równowagi :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ostatnio często sprzątam, staram się pozbyć zbędnych rzeczy. Odgracam. Czuje się lepiej gdy jest tego wszystkiego mniej. Czuję się przytłoczona gdy wokół mnie jest za dużo rzeczy. Lubię przestrzeń.

    www.kasinyswiat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Wirtualny asystent? Korzystam z Service Deluxe (http://www.servicedeluxe.pl/) i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony z jakości ich uslug.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger