bunt dwulatka. czyli jazda bez trzymanki part. 2.

Dzisiejszy post sponsorowany jest przez takie małe kudłate biegające od dobrej godziny po pokoju z gołym tyłkiem i rozczochranym włosem, bo ani założenie majtów, ani uczesanie kudłów nie mieści się w jej idee fixe na dzień dzisiejszy. Niczym chomik na speedzie lata mi toto przed nosem w tę i wewtę, w tę i wewnę... i zastanawiam się tylko, kiedy (i czy w ogóle) jej się to latanie znudzi.


ZACZĘŁO SIĘ, PROSZĘ JA CIEBIE.

Tak więc oficjalnie mogę odtrąbić inaugurację buntu dwulatka w naszym domu. Przechodziłam już go jeden raz, to przejdę i drugi. To znaczy nie ja, tylko moja starsza córka przechodziła, żeby była jasność. Ja swój mam daawno za sobą i podobno przeszłam go bezobjawowo. Bo ja generalnie grzecznym dzieckiem byłam, tak twierdzi moja mama, nie to co te dwie bździągwy... córki znaczy się moje rodzone. Patrząc na to, co wyprawia teraz młodsza, dochodzę do wniosku, że starsza zafundowała nam bunt w wersji soft. Oszczędziła nam atrakcji w postaci rzucania się na ziemię i walenia głową w podłogę, dantejskich scen w sklepach, darcia się aż do bezdechu i tym podobnych przyjemności... Młodsza od samego niemal poczęcia wszystko robi z rozmachem. Trudna ciąża, jeszcze trudniejszy poród, pierwsze miesiące życia, kiedy to karetka odwoziła nas do szpitala, bo mała cholera przestawała oddychać, ząbkowanie na ibumie i nieprzespanych nocach... to i w bunt dwulatka trzeba wejść z przytupem, a co! Borze szumiący, daj mi siły...

DWULATKI TO TAKIE DZIWNE STWORZENIA.

Niecały metr człowieka pełnego skrajnych emocji. 15 kilogramów słodyczy w kondensacji. Jednym spojrzeniem wielkich oczu a'la kot ze Shreka potrafi zmiękczyć każde serce, żeby za chwilę tymi samymi oczyskami spiorunować wzrokiem tak, że w pięty idzie. W jednej sekundzie potrafi zaserwować otoczeniu jazdę bez trzymanki, prawdziwą sinusoidę emocji godną rasowego schizofrenika. Płynnie przechodzi od euforii, w której wydaje mu się, że jest cholerną wróżką z brokatowymi skrzydłami i co to w ogóle za problem machnąć różdżką i sfrunąć z kanapy.. do stanów depresyjnych połączonych ze skłonnościami morderczymi, które najczęściej kierowane są w stronę rodziców, ewentualnie starszej siostry bądź podwórkowego kota. Regularnie przejawia chęć samounicestwienia zaczynając dzień i kończąc próbą samodzielnego zjechania z pierwszego piętra na brzuchu główką w dół. Potrzebuje dwóch sekund na przejście z osobowości tyrana- dyktatora, który jest przekonany, że może władać całym światem, a już na pewno tymi najostrzejszymi nożami z kuchni, do osobowości ofiary losu, zaryczanej kupki nieszczęścia, lamentującej i wznoszącej olaboga do nieba, bo piesek na ulicy nie dał się pogłaskać na ten przykład. Dwulatki to takie dziwne stworzenia, które jednocześnie obezwładniają swoim dzidziusiostwem, kciukiem w buzi i pierwszymi, nieporadnie jeszcze wypowiadanymi zdaniami, i wkurzają do granic możliwości drąc się na takich wysokich rejestrach, że szyby w oknach pękają. Chcą udawać dorosłych, mimo że pampers nadal dynda im między nogami.

ROZMAZANA PLAMA.

Dwulatek tkwiący w bezruchu i w totalnej ciszy dłużej niż 30 sekund ma najprawdopodobniej bardzo wysoką gorączkę lub jest starszy niż twierdzi jego matka. Wiesz, jakich zdjęć moich dwuletnich córek mam w albumie najwięcej? Rozmazana plama. Albo kawałek nogi, bo reszta zdążyła już spierniczyć z kadru. Na sam dźwięk słowa stój, poczekaj, za chwilę dwulatek dostaje rozpędu, jakby wciśnięto mu jakoś magiczny guziczek, i leci gdzie oczy poniosą. A poniosą zazwyczaj nie tam, gdzie trzeba, na stół jakiś czy inne krzesło... i wraca ci taki mały uciekinier zaryczany, z guzem na czole, pełen pretensji, że go nie zatrzymałaś. Więc tulisz, głaszczesz i pocieszasz, a potem i tak dostajesz po głowie, bo tulisz, głaszczesz i pocieszasz o dwie sekundy za długo. Tak, dwulatki to najdziwniejsze stworzenia na świecie. Upierdliwe, wkurzające, rozchwiane emocjonalnie i marudne, a człowiek dałby się za nie pokroić ;) Gdzie tu logika? ;)

JAK TO OGARNĄĆ?

Nie jestem ekspertem ani psychologiem, jestem mamą, która przechodzi bunt dwulatka po raz drugi, więc coś tam wiem. A skoro wiem, to się podzielę. Może się przyda jakiejś matce na krawędzi załamania nerwowego, która ma w domu takiego małego buntownika i zastanawia się, czy udusić go z miłości, czy udusić po to, żeby się go pozbyć ;)

1. Trzeba zrozumieć. Ono nie robi tego, bo Ciebie nie kocha, nie lubi, chce Cię wkurzyć, wykończyć, dobić (niepotrzebne skreślić). Nadal jesteś dla niego najważniejsza na świecie. Ono samo nie wie, co się z nim dzieje. Męczy się ze swoimi rozszalałymi emocjami, jest mu źle. Jego łzy są prawdziwe, ono naprawdę w tym momencie cierpi z powodu tego pękniętego balonika czy krzywo narysowanego kółeczka. Nie bagatelizuj jego łez, nie mów, że przecież nic się nie stało. Dla niego się stało i już.

2. Pozwól mu się wykrzyczeć, wypłakać, wyzłościć. Pozwól porzucać zabawkami. Niech da upust emocjom. Nie tłum jego ataków złości za wszelką cenę. Nie zostanie w przyszłości terrorystą, jeśli raz na jakiś czas odpuścisz. Wiem, że to trudne patrzeć jak dziecko histeryzuje, ale pociesz się tym, że się wywrzeszczy, wytupie nogami i znowu będzie ok.

3. Jasno wytyczone granice to błogosławieństwo i niech Ci nawet do głowy nie przyjdzie, że dwulatek jest za mały na reguły. Dziecko lubi wiedzieć co wolno, a czego nie, bo wtedy czuje się bezpiecznie. Więc jeśli nie rysujemy po meblach, to nie rysujemy. Jeśli nie oglądamy bajek przy posiłkach, to nie oglądamy. Jeśli nie wyrywamy stron z książek, to nie wyrywamy. Bez wyjątku.

4. Twój spokój może zdziałać cuda. Nie nakręcaj dziecka dodatkowo swoimi negatywnymi emocjami. Nawet, jeśli wszystko w środku krzyczy, musisz zachować spokój. Nie denerwuj się i nie odpowiadaj krzykiem na krzyk, bo to nie prowadzi do wyciszenia, a jedynie dodatkowo podsyca nerwową atmosferę. Jeśli dziecko zobaczy, że rodzice są spokojni i wyciszeni, samo również będzie się uspokajało.

5. Chwal! Chwal do przesady. Za wszystko. Za to, że ładnie zjadło obiadek, za to, że założyło bez grymaszenia buciki, za to, że odłożyło zabawki na półkę. Jestem zwolenniczką częstego chwalenia. U moich dziewczyn to się sprawdza- im częściej chwalę, tym mniej muszę karać.

I przede wszystkim...pamiętaj, że to minie ;) Wdech, wydech, wdech, wydech...


19 komentarzy:

  1. Haha jaka minka na tym zdjęciu ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. hihi i każdy rodzic musi to przejść! Klaudia J

    OdpowiedzUsuń
  3. U mojego syna bunt dwulatka trwa czwarty rok

    OdpowiedzUsuń
  4. No niestety dzieci już często strzelają fochy :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja dzieci nie mam, narazie mnie przerażają :D Moi mali kuzynowie za to dają popalić ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie przerażają cudze dzieci ;) Swoje uwielbiam do przesady ;)

      Usuń
  6. Nie mam wcale do czynienia z takimi maluchami, ale już się boję 😀

    OdpowiedzUsuń
  7. U nas właśnie bunt trwa w pełnej krasie :-/

    OdpowiedzUsuń
  8. Starszy Syn bunt przechodził że miałam dość wszystkiego, teraz czekamy aż Młodszy da popalić. Ma 16 miesięcy i już pokazuje "charakterek" :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas starsza była aniołkiem, młodsza za to nadrabia za siebie i siostrę ;)

      Usuń
  9. Haha nawet o poważnych rzeczach można napisać tak ze czytelnik płacze ze śmiechu ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak doskonale to pamiętam 😊 łatwo nie było i nie będzie. Wkrótce znów mnie to czeka. Trzeba dać radę

    www.kasinyswiat.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger