jeśli się wywalę, to się wywalę.

W cholerę kreatywna jestem. Fajnie. Modnie. Wypada teraz wpisać to w cv. Kreatywność w cenie jest podobno i jeśli nie jesteś kreatywny, to heeloł... co jest z tobą nie tak?? Ale wiesz... ja tak naprawdę.... W mojej głowie ciągle coś się dzieje. Nie ma ani chwili spokoju, ani sekundy przerwy. Myśli mi się nieustannie, obrazy przelatują przed oczami i nawet w nocy nie odpoczywam. Proces twórczy na ciągłym trybie mode on.

I wiesz co? Dobre mam te pomysły. Kurczę, serio, sama sobie zazdroszczę i dumna jestem, że moja głowa zdolna jest urodzić coś tak pozytywnego, inspirującego. Przy całym ogromie moich wad, a musisz wiedziec, że mam ich milion i jeszcze trochę, akurat to w sobie lubię- chce mi się, gna mnie do przodu, inspiruję się dziesięć razy na godzinę i planuję.

Tylko... brak mi cierpliwości. Brak mi wiary w siebie. Brak mi takiego pozytywnego uporu. Chciałabym, żeby wszystko było od razu. Na już. Na tip top najlepiej. Dopracowane w każdym szczególe. Doskonałe. Takie, jakie widzę to w swojej głowie. I jeśli takie nie jest od pierwszego dnia, od pierwszej chwili, jestem zła na siebie, że nie umiem, nie potrafię, że nie wychodzi.... i rzucam to w cholerę, rzucam w kąt ten pomysł mój, tę wizję i odchorować to muszę, bo znowu pudło wielkie...

A później, może kilka miesięcy, może kilka lat... widzę, że ta moja myśli pomyśliła się innej osobie i ona z tego zrobiła coś, przez duże C. Widzę swoje plany zrealizowane przez kogoś innego. I jest to wszystko takie, jakie wymyśliłam, żeby było. I ta osoba miała siłę, upór i cierpliwość. Miała wyrozumiałość dla samej siebie. Uczyła się, pytała, szukała dróg do spełnienie swojego marzenia. Nie poddawała się, jeśli od razu rzeczywistość nie pokrywała się z jej wizją.

Bo ja bym chciała już na początku drogi wiedzieć, co czeka mnie za drugim zakrętem. Czy warto tędy iść, czy lepiej wybrać tę ścieżkę obok. A przecież nikt mi tego nie powie. Nikt nie weźmie za rękę i nie poprowadzi tę jedną jedyną właściwą drogą. To ja sama muszę wybrać, zrobić pierwszy krok i sprawdzić, jak mi się idzie. Czy mijane krajobrazy to jest to, co chcę oglądać na co dzień. Czy ludzie, których spotykam, to są ci, z którymi chcę iść ręka w rękę aż do skończenia tej drogi. Nikt mi nie powie, że o tam za tym zielonym domkiem wielki kamień leży, uważaj, bo się potkniesz i wywalisz jak długa. Nie. To ja sama muszę się wywalić, poobcierać łokcie, a potem otrzepać i wstać. Albo nie wstać w ogóle. Albo czekać, aż ktoś poda mi rękę i pozbiera. Albo mądrą być i kamień ominąć. Przeskoczyć jak sarenka. Też tak można. Ale to ja sama. JA muszę.

Ten pierwszy krok nie jest dla mnie problemem. Każda nowa droga, każdy początek wywołuje u mnie efekt wow i zaczynasz iść z nadzieją i szeroko otwartymi oczami. Ale krok drugi, trzeci i czwarty.... kiedy do celu jeszcze daaaaleeeko, ba! nawet jego cień nie majaczy mi przed oczami, nawet cień cienia.... a start zostawiam coraz dalej za plecami.... kiedy robi się ciężko... kiedy trzeba zmusić się do zrobienia kolejnego kroku... a te szpilki takie niewygodne...

...załóż tenisówki. zmień drogę. cofnij się. zrezygnuj.
...i pogódź się z kolejną porażką.

Albo.
Zaciśnij zęby i idź dalej. Kto wie, jaki widok zobaczysz, kiedy miniesz tę wielką górę??

No to idę. Pierwszy krok. Drugi, trzeci... Szeroko otwarte oczy, uważnie słucham, chłonę. Jeśli się wywalę... to się wywalę. I co z tego. Trudno.

4 komentarze:

  1. Fajnie piszesz, będę zaglądać :) J.R.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykro mi z powodu Twojej nogi. Sama miałabym pewnie podobne rozterki... Ale wiesz jak to mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Trzymaj się. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger