czerwca 30, 2017

heheszki, czyli o tym, że wszystko zaczyna się w głowie.

heheszki, czyli o tym, że wszystko zaczyna się w głowie.

Boki zrywać, naprawdę. Ubaw po pachy. Akurat teraz, kiedy plany były wielkie, marzenia do zrealizowania takie niby zwykłe, bo i piknik na plaży miał być, i wycieczki rowerowe, i rajd po okolicznych jarmarkach staroci... normalne takie, ale micha cieszyła się na samą myśl o tegorocznym lecie. Teraz, po przeleżanej ciąży, po względnym odchowaniu najmłodszego stwora... Teraz, kiedy nareszcie MOGĘ! Kurdę, nic nie mogę. Los ma wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. Czarne wręcz powiedziałabym. Ale czego ja chcę. Podobno ja też mam dziwne poczucie humoru, także tego... tam, gdzie inni żartu nie widzą, ja umieram ze śmiechu u na odwrót. Żart na moją miarę uszyty.

Ha. ha. ha.

No. To się pośmialim, pożartowalim, a teraz do sedna. Ledwo rok szkolny się skończył. Ledwo wybrzmiał ostatni dzwonek. Ledwo starsza córa świadectwo do domu przytachała. I trach. Szlag moje kolano trafił. W szczegóły wdawała się nie będę; starczy tylko jak powiem, że lato mam z głowy. Siedzę ci ja niczym ta kwoka wysiadująca jaja, z nogą wystawioną jak
 lufa armatnia, nadęta i wściekła na cały świat. Na siebie samą chyba najbardziej. Że mi się toto przydarzyło. Wyjątkowa heheszki, jakby to starsza moja ujęła, że ja i moje adhd realizować się możemy li i jedynie siedząc na kanapie...

I takie refleksje mnie naszły między jednym wkurwem a drugim... że po kiego ja się tak wściekam?? Rozejrzyj się, babo, dookoła, a potem rąbnij czymś ciężkim w ten pusty łeb! To tylko kolano. Nie rak, nie odcięta noga, nie wyrok! A ja zachowuję się, jakby świat się skończył. Jakby już żadnego spaceru, żadnej wycieczki i randki z mężem nie było. Da się to ogarnąć przecież. Kilka tygodni i będzie jak nowe. Mogło być gorzej. Znacznie gorzej. Siedzisz na wygodnej kanapie, soczki, sroczki i herbatki ci donoszą, poduszki pod dupskiem poprawiają, dzieciami się zajmują. Doceń to, że są wokół ludzie, którzy ci te poddupniki poprawią, doceń zamiast wkurzać się, że sama tego nie możesz zrobić. Mogło ich nie być. Mogłaś być sama.

Moja mama, a wcześniej babcia kochana, często powtarzały- chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz Mu o swoich planach. Te słowa padały zazwyczaj wtedy, kiedy z wypiekami na twarzy i dziko błyszczącymi oczyma opowiadałam co zrobię, kiedy i jak, dokładnie wszystko zaplanowane miałam co do minuty, ba! co o sekundy nawet. A wtedy to spojrzenie pełne politowania, rzucone spokojnie znad okrągłych niczym okulary Lennona okularków babci, i te słowa właśnie... A ja wiadomo nadymałam się jak mała purchawka co to zaraz ma pęknąć na pierdyliard kawałków i oburzenie wielkie, bo jak to, przecież ja mam plany. JA wiem jak będzie. No i co? No i zazwyczaj to One miały rację. Z moich planów, tak skrupulatnie snutych, albo wychodziło wielkie jajo, znaczy się nic nie wychodziło, albo coś zupełnie innego i to zupełnie inne  wcale nie było gorsze od tego, co sobie pierwotnie umyśliłam. Inne było po prostu. Ale to dopiero po czasie człowiek dostrzega, po wielu latach, że to ja się myliłam, że to ja śmiesznie policzki nadymałam w tej złości mojej bezsensownej i że... plan B czasami okazuje się lepszą wersją planu A. Tylko otworzyć głowę trzeba i nie trzymać się kurczowo tego, co i tak już nie jest do uratowania.

Wszystko jest kwestią nastawienia. I tej otwartej głowy właśnie. Tak myślę. Tylko i wyłącznie my decydujemy jak zareagujemy na daną sytuację. Dzieje się coś i tutaj podejmujemy decyzję świadomie lub mniej świadomie, ale podejmujemy ją zawsze. Szczęście to nie tylko to, co nas spotyka, ale też (a może przede wszystkim) świadomy wybór.

Stało się. Jakie mam opcje?
Mogę siedzieć jak purchawka na kanapie i z miną zawodowego zabójcy celować tą moją nieszczęsną nogą w każdego, kto mi się nawinie, posyłając serię jadu i złośliwości. Mogę
wkurzać się na cały świat, że lato mi ucieka. Mogę ryczeć w głos i zepsuć wszystkim wakacje.

Mogę, tylko po co.
Mogę też przyjąć spokojnie to co się stało, odetchnąć głęboko kilka razy i wykorzystać najlepiej jak się da ten przymusowy przystanek. Wszystko zaczyna się w głowie.

czerwca 28, 2017

jeśli się wywalę, to się wywalę.

jeśli się wywalę, to się wywalę.
W cholerę kreatywna jestem. Fajnie. Modnie. Wypada teraz wpisać to w cv. Kreatywność w cenie jest podobno i jeśli nie jesteś kreatywny, to heeloł... co jest z tobą nie tak?? Ale wiesz... ja tak naprawdę.... W mojej głowie ciągle coś się dzieje. Nie ma ani chwili spokoju, ani sekundy przerwy. Myśli mi się nieustannie, obrazy przelatują przed oczami i nawet w nocy nie odpoczywam. Proces twórczy na ciągłym trybie mode on.

I wiesz co? Dobre mam te pomysły. Kurczę, serio, sama sobie zazdroszczę i dumna jestem, że moja głowa zdolna jest urodzić coś tak pozytywnego, inspirującego. Przy całym ogromie moich wad, a musisz wiedziec, że mam ich milion i jeszcze trochę, akurat to w sobie lubię- chce mi się, gna mnie do przodu, inspiruję się dziesięć razy na godzinę i planuję.

Tylko... brak mi cierpliwości. Brak mi wiary w siebie. Brak mi takiego pozytywnego uporu. Chciałabym, żeby wszystko było od razu. Na już. Na tip top najlepiej. Dopracowane w każdym szczególe. Doskonałe. Takie, jakie widzę to w swojej głowie. I jeśli takie nie jest od pierwszego dnia, od pierwszej chwili, jestem zła na siebie, że nie umiem, nie potrafię, że nie wychodzi.... i rzucam to w cholerę, rzucam w kąt ten pomysł mój, tę wizję i odchorować to muszę, bo znowu pudło wielkie...

A później, może kilka miesięcy, może kilka lat... widzę, że ta moja myśli pomyśliła się innej osobie i ona z tego zrobiła coś, przez duże C. Widzę swoje plany zrealizowane przez kogoś innego. I jest to wszystko takie, jakie wymyśliłam, żeby było. I ta osoba miała siłę, upór i cierpliwość. Miała wyrozumiałość dla samej siebie. Uczyła się, pytała, szukała dróg do spełnienie swojego marzenia. Nie poddawała się, jeśli od razu rzeczywistość nie pokrywała się z jej wizją.

Bo ja bym chciała już na początku drogi wiedzieć, co czeka mnie za drugim zakrętem. Czy warto tędy iść, czy lepiej wybrać tę ścieżkę obok. A przecież nikt mi tego nie powie. Nikt nie weźmie za rękę i nie poprowadzi tę jedną jedyną właściwą drogą. To ja sama muszę wybrać, zrobić pierwszy krok i sprawdzić, jak mi się idzie. Czy mijane krajobrazy to jest to, co chcę oglądać na co dzień. Czy ludzie, których spotykam, to są ci, z którymi chcę iść ręka w rękę aż do skończenia tej drogi. Nikt mi nie powie, że o tam za tym zielonym domkiem wielki kamień leży, uważaj, bo się potkniesz i wywalisz jak długa. Nie. To ja sama muszę się wywalić, poobcierać łokcie, a potem otrzepać i wstać. Albo nie wstać w ogóle. Albo czekać, aż ktoś poda mi rękę i pozbiera. Albo mądrą być i kamień ominąć. Przeskoczyć jak sarenka. Też tak można. Ale to ja sama. JA muszę.

Ten pierwszy krok nie jest dla mnie problemem. Każda nowa droga, każdy początek wywołuje u mnie efekt wow i zaczynasz iść z nadzieją i szeroko otwartymi oczami. Ale krok drugi, trzeci i czwarty.... kiedy do celu jeszcze daaaaleeeko, ba! nawet jego cień nie majaczy mi przed oczami, nawet cień cienia.... a start zostawiam coraz dalej za plecami.... kiedy robi się ciężko... kiedy trzeba zmusić się do zrobienia kolejnego kroku... a te szpilki takie niewygodne...

...załóż tenisówki. zmień drogę. cofnij się. zrezygnuj.
...i pogódź się z kolejną porażką.

Albo.
Zaciśnij zęby i idź dalej. Kto wie, jaki widok zobaczysz, kiedy miniesz tę wielką górę??

No to idę. Pierwszy krok. Drugi, trzeci... Szeroko otwarte oczy, uważnie słucham, chłonę. Jeśli się wywalę... to się wywalę. I co z tego. Trudno.

Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger