czerwca 19, 2018

Kupuj mądrze, czyli 10 polskich marek odzieżowych, które warto znać.

Kupuj mądrze, czyli 10 polskich marek odzieżowych, które warto znać.
Blogerka ze mnie modowa taka jak urodowa, czyli żadna. Jednak lubię dobrze wyglądać, dobrze się czuć w swoich ciuchach; lubię wiedzieć, że to co mam na sobie pasuje do mnie, do siebie i jest dobrej jakości. O, tak. Ubrania dobrej jakości widać na pierwszy rzut oka. Poza tym służą latami i są naprawdę dobrą inwestycją. Moja koleżanka często powtarza - "nie stać mnie na tanie ciuchy" i ja się z nią w pełni zgadzam. (pozdrawiam Ciebie, Marta :) ). Czy z związku z tym wydaję na szmatki miliony monet? Czy buszuję w galeriach handlowych? Biegam na każdą wyprzedaż? Przynoszę do domu naręcza ciuchów? Nie!



Przeszłam wiele modowych fascynacji. Kiedyś miałam szafę pękającą w szwach od zupełnie niepasujących do siebie rzeczy i wiecznie nie miałam się w co ubrać. Mój styl był miksem wielu różnych stylów, więc tak naprawdę był podobny zupełnie do... niczego. A ja niemal zawsze czułam się przebrana, a nie ubrana. Kilak lat temu całkowicie świadomie rozpoczęłam transformację mojej szafy. Najpierw wyrzuciłam rzeczy, które do mnie nie pasują, są za małe, za duże, kiepskiej jakości, źle odszyte. Tak samo postąpiłam z butami, torebkami i biżuterią. Ubyła mi połowa rzeczy. Zdziwiłam się, jak dużo tandety zakładałam na siebie. Następnie stworzyłam listę ubrań, które powinny znaleźć się w mojej garderobie i powoli zaczęłam uzupełniać szafę prostymi, klasycznymi, dobrymi jakościowo ubraniami. Dlaczego tak długo to trwa? Możnaby krócej, jeśli aktualnie masz na stanie miliony monet. Ja nie mam, więc kupuję powoli, ale lubię tak. Dzięki temu każda nowość jest przemyślana. Jestem wielką fanką idei capsule wardrobe, dlatego dbam o to, żeby moje ciuchy do siebie pasowały tak, aby można było tworzyć z nich wiele zestawów. 

Mniej, ale lepiej to hasło, które od kilku już lat towarzyszy mi na co dzień. Jestem wielką przeciwniczką bezmyślnemu kupowaniu dla samego kupowania. Kupowaniem dobrych jakościowo ubrań w polskich lokalnych sklepach oraz w lumpeksach (tak, jestem wielką fanką lumpeksów, ale o tym jeszcze napiszę) manifestuję przeciwko konsumpcjonizmowi w najbrzydszej jego postaci. Mniej rzeczy, ale dobrej jakości- zamiast kupować dziesięć bluzek za grosze, które po pierwszym praniu będą przypominały szmaty do podłogi, wolę odłożyć te pieniądze do słoika i po pół roku kupić porządny tshirt, która nawet po kilku latach będzie wyglądał jak nowy. Skąd brać kasę na tshirt za 150zł, na kieckę za 400zł? Nie stać mnie- powiesz. Rób tak jak ja- odkładaj. Kusi Cię spódnica za 30zł? Włóż te pieniądze do słoika. Gwarantuję, że po kilku miesiącach stać Cię będzie na porządną spódnicę. To działa, serio. Metka ma dla mnie ogromne znaczenie. Zwracam uwagę na to co jest na niej napisane. Cruelty free, vegan friendly, fair trade czy wreszcie made in Poland to hasła, które zawsze zwracają moją uwagę. 

Poniżej przedstawiam Ci kilka naszych rodzimych firm odzieżowych, które zachwyciły mnie nie tylko pięknymi ubraniami, ale również piękną ideą i uczciwym podejściem do zasad handlu. Kolejność przypadkowa, a wybór całkowicie subiektywny. Jeśli znasz jakieś ciekawe polskie marki odzieżowe, to podziel się, proszę, koniecznie ze mną!



 Kokoworld


Agacie Kurek, założycielce firmy kokoworld, od początku przyświecała idea Sprawiedliwego Handlu. Z pewnej podróży na Mali pani Agata przywiozła kilka metrów kolorowego materiału, z którego powstały pierwsze sukienki kokoworld. Dzisiaj firma daje pracę wielu rękodzielnikom z całego świata, dzięki czemu każda rzecz ma swój unikatowy charakter i historię. Mnie najbardziej urzekają kolorowe torebki, które idealnie uzupełniają moje gładkie sukienki, oraz piękne zabawki dla dzieci i dodatki do domu. Od niedawna firma ma w ofercie wegańskie espadryle- kolejny punkt na mojej liście zakupów.

kokoworld.pl


Mapaya


Lokalny pomysł zrealizowany globalnie. Marka powstała z pasji do podróżowania i do mody rozumianej jako swobodne wyrażanie siebie. Wszystkie ubrania są szyte ręcznie na całym świecie, a założycielka marki Martyna Wilde wierzy, że moda powinna uszczęśliwiać, a nie krzywdzić, dlatego Mapaya współpracuje tylko z  dobrze znanymi, lokalnymi manufakturami. Ich nieco orientalne letnie sukienki są po prostu przepiękne! 

http://www.mapaya.pl/



Vzoor


Kiedy myślę Vzoor, od razu widzę piękne, długie sukienki. Sukienki na co dzień, niesamowicie miękkie i wygodne, a do tego kobiece i niezniszczalne. Połączenie wygody i kobiecości na co dzień. Lubię to. Autorkami marki są dwie projektantki, a prywatnie siostry- Iza Bociańska i Monika Korewicka. 

http://vzoor.pl/



Aeterie


Ubrania mocno w moich klimatach. Trochę retro, trochę babcine, na pewno bardzo oryginalnie i niezwykle kobieco. Najpierw zakochałam się w ich przepięknej minimalistycznej biżuterii, potem w klasycznych trenczach, a na koniec w sukienkach rodem z lat 40. Cuda! Jakość fenomenalna. Autorka marki, Karolina Baszak- Giska, mówi, że Aeterie to powrót do korzeni kobiecości i ja się z nią całkowicie zgadzam.

https://aeterie.com/




Gego


Gego to niewielka poznańska marka odzieżowa. Ubrania z naturalnych materiałów, w 100% made in Poland, charakteryzujące się funkcjonalnością i dobrym designem w minimalistycznym stylu. Uwielbiam ich bomberkę z podszewkę w kolorze różowym i koszulki z subtelnymi napisami, np. "nie mam czasu, jestem mamą". 

https://gego.world/



By insomnia


Marka, której nie można pominąć przy tworzeniu garderoby kapsułkowej. Basicowe ubrania w podstawowych kolorach, świetna jakość, gruba bawełna, perfekcyjne wykończenie. Kolekcje są tak zaprojektowane, aby modele z różnych kolekcji były do siebie komplementarne. Ubrania na lata- ponadczasowe i klasyczne. Marka została stworzona przez dwie przyjaciółki- Natalię Pstrokońską i Marlenę Niestyjewską. 

https://byinsomnia.com/





Risk made in Warsaw


Gdybym miała wskazać jedną, tylko jedną polską markę odzieżową, to myślę, że byłby to właśnie risk. Risk to dwie przyjaciółki- Klara Kowtun i Antonina Samecka. "Projektujemy ubrania, które leżą dobrze na człowieku, nie na wieszaku. Zdarza nam się 30 razy odszywać sukienkę, doprowadzając konstrukcję do perfekcji. Do produkcji wchodzi, jeśli uznamy, że leży idealnie"- mówią projektantki. Nie wiem czy risk ma w swojej ofercie sukienkę, której nie chciałabym na siebie założyć, nie wiem...

https://www.riskmadeinwarsaw.com/





Marie Zelie


Motto tej marki brzmi "Kobiecość otulona w jakość". Te sukienki, spódnice przepiękne... ahh nosiłabym je wszystkie. Perfekcyjnie zaprojektowane, uszyte z dobrej jakości materiałów, łatwe w codziennym użyciu, wygodne, niezniszczalne produkty. Małe dzieła sztuki.

https://mariezelie.com/





Lous


Misją marki jest celebracja codziennych rytuałów, czyli coś, co przemawia do mnie ogromnie, i nieustanne odnajdywanie spokoju wokół. Uważność, jakość i spełnienie to kwintesencja filozofii Lous opartej na rytmie życia w zwolnionym tempie i w duchu rozsądnego minimalizmu. Ubrania są proste, minimalistyczne i funkcjonalne, a przy tym kobiece i wygodne.

https://lous.pl/


 

Cat Cat Studio


Marka odkryta przeze mnie niedawno. Zobacz jakie piękne sukienki, te odkryte plecy, ahh... Uwielbiam taki właśnie krój- długa sukienka, niby wszystko zakryte, a na plecach fikuśny dekolt. Cat Cat Studio to nie tylko sukienki, chociaż one mnie najbardziej urzekły. Warte uwagi są tuniki z porządnej grubej bawełny, topy oraz spódnice. Wszystko z metką made in Poland, wszystko genialnie odszyte, wszystko ponadczasowe i ultrakobiece.

http://catcat.eu/






Już niedługo na blogowym fanpage ruszy rozdanie, w którym do zgarnięcia będzie bon do wykorzystania w jednym z tych sklepów. A w którym, to się dopiero okaże :)


czerwca 17, 2018

lemoniada truskawkowa, czyli jak uratować niedzielę.

lemoniada truskawkowa, czyli jak uratować niedzielę.
Ta niedziela nie zaczęła się dobrze, co w zasadzie nie gra mi zupełnie z ideą leniwej, rodzinnej, pełnej spokoju niedzieli. No niestety. Wczoraj położyłam się spać z wyrzutami sumienia i z nimi też się obudziłam. Bo krzyczę, zamiast łagodnie przemawiać. Bo marszczę czoło, zamiast łagodnym swym licem gasić afery. Bo zasypiam przed doczytaniem książeczki do końca, zamiast wymyślać mądre bajki z puentą. Bo nie mam czasu na wieczorną rozmowę z Zu, mimo że ona czeka i prosi. Bo inne matki ogarniają, tylko nie ja. Bzdura, ale jak się nawarstwi, to zaczynasz wierzyć, że tylko ty nie ogarniasz. I to tak nie ogarniasz, że ja pierdziu. Obudziłam się w związku z powyższym totalnie niewyspana, bo długo w nocy przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Niestety bardzo często tak mam, że nocą, kiedy jest ciemno i wszyscy śpią, dopadają mnie demony, które za dnia wcale demonami nie są... Nocą wszystko jest bardziej czarne, jak to mawiała moja kochana babcia. Miała rację. Poranek zastał mnie jednak zmęczoną, wkurzoną i z obolałą głową. Burknęłam na męża, ofukałam dzieci, a potem zamknęłam się w łazience i zaczęłam ryczeć. A jak już skończyłam, to wymyłam buzię lodowatą wodą z nadzieją, że opuchlizna zejdzie (nie zeszła), pomalowałam rzęsy z nadzieją, że choć trochę będę przypominać te laskę z reklamy mojej maskary (tak się jednakowoż nie stało) i powiedziałam sobie w kilku dosadnych słowach (których tu pozwolisz nie przytoczę, bo resztki przyzwoitości mi na to nie pozwalają), że chyba na głowę upadłam. Zabawne jak to potrafię być swoim najgorszym krytykiem i najlepszą przyjaciółką jednocześnie... krytyk wczoraj nie pozwalał mi zasnąć, dziabając poczuciem winy jak milionem szpilek, a przyjaciółka kopnęła mnie tam gdzie plecy się kończą i kazała wziąć się w garść. Chwilowo krytyk śpi. Oby jak najdłużej ciii... 

Jest południe. Połowę tej pięknej, słonecznej niedzieli przebimbałam na smuty. Mogłabym olać temat i już do wieczora snuć się z wilgotnymi oczyma, rzucając gromy na każdego, kto ośmieliłby się stanąć na mojej drodze, ale... po co? Postanowiłam uratować ten dzień, a truskawkowa lemoniada to pierwszy i jakże pyszny krok w tym kierunku ;) Taka lemoniada to nie lada gratka na upały. W sezonie na truskawki mogłabym ją pić codziennie.



TRUSKAWKOWA LEMONIADA


Potrzebujesz:

400g truskawek
0,5l zimnej wody (my lubimy gazowaną)
sok z 1 cytryny
listki mięty
kostki lodu
miód lub syrop z agawy ewentualnie jakieś inne słodzidło

Zrób tak:

Truskawki umieść z blenderze i zblenduj na gładką masę. Przetrzyj przez sito, aby pozbyć się pestek. Dodaj sok z cytryny, słodzidło i wodę. Dokładnie wymieszaj. Lemoniadę chłódź przez kilka godzin w lodówce. Podaj z kostkami lodu, plasterkami cytryny i listkami mięty. 






czerwca 12, 2018

spokojnie.

spokojnie.
Czasami wyobrażam sobie, że jestem jak skała. Zamknięte oczy, szeroko otwarte uszy, wyostrzone zmysły. Widzę i słyszę wszystko. Nic mnie rusza, nic mnie nie złamie, nic mnie nie wytrąci z równowagi. Siedzę spokojnie, bez ruchu, bez zbędnych słów, nawet wtedy, kiedy wokół szaleje sztorm. Lubię to, że już się tego nauczyłam. Spokój działa jak balsam otulający pachnącą warstwą ciało. Spokój działa cuda. Spokojnie można wszystko. 



Chce mi się wszystko i chce mi się nic. Siedzę na kamiennych tarasowych schodkach, co to chcemy je od kilku lat wyremontować i pokryć drewnianą deską, ale ciągle coś innego jest do zrobienia, i wciąż siadam z kawą na kamieniu, który jeszcze mój dziadek układał. Kubek gorącej kawy parzy mi dłonie. Tak, wiem, że miałam rzucić w cholerę, ewentualnie ograniczyć, ale powiedz mi jak to zrobić, kiedy tylko myśl o kawie pozwala mi rano zwlec się z łóżka, często po nieprzespanej nocy, a cichy szmer ekspresu to najmilszy dźwięk o 6 rano? Tak więc ten kubek z tą kawą co to ją ograniczyć miałam, parzy mi dłonie tak że już mam je całe czerwone. Młodsza córka na schodku niżej tworzy arcydzieło na miarę swoje 3-letniego życia, plakatowe farby pryskają na prawo i lewo, a mnie raz o raz przemyka myśl, że zaraz do wanny trzeba będzie ją wsadzić i że w sumie dobrze się stało, że tych desek na tarasie nie mamy.... plakatówki na kamieniu mniej bolą niż na designerskich deskach. Starsza córka w szkole, udaje że się uczy, a nauczyciele udają, że uczą, jak to bywa na końcówce roku szkolnego. Dzisiaj rano przebąkiwała, że może by tak jakieś zwolnienie, bo to bez sensu chodzić do szkoły, bo oceny wystawione, bo za tydzień już wakacje przecież. No ale poszła, z fochem poszła, bo zwolnienia nie dostała. I na odchodnym dowiedziałam się, jak to ja nic nie rozumiem, jaka nieżyciowa ze mnie jednostka i że teraz to już się inaczej żyje. Jedenaście mieć lat... Słodki jeżu w morelach, jaka ja byłam do niej podobna. Czasami jak tak na nią patrzę, na to jak wygląda, jak się zachowuje w konkretnych sytuacjach, jak mówi, jak odgarnia włosy z czoła, jak ripostuje ostrym cięciem jak żyleta, jak się wścieka i jak śmiesznie wydyma wtedy dolną wargę... to ze zdziwienia wyjść nie mogę, że tak się toto mogło za mną wyrodzić. 



Gdzieś z oddali dobiega cichy, ciężki pomruk. Widzę jak nad lasem po prawej stronie zbierają się ciężkie chmury. Po lewej jeszcze niebo jest błękitne, ale już niedługo granat pochłonie wszystko. Będzie burza. Pierwsza prawdziwa, porządna, letnia burza z piorunami. Bardzo lubię burzę, ale tylko wtedy, kiedy siedzę w domu, ewentualnie na tarasie właśnie, bo burza na zewnątrz nie jest niczym przyjemnym. Już kiedyś widziałam jak piorun uderzył w drzewo i rozpłatał je na pół, dziękuję za takie atrakcje... Wiatr uderza mnie w twarz delikatnym zapachem wilgoci. Gdzieś niedaleko, może za lasem, już pada deszcz. Zamykam oczy i widzę wszystko. Pachnie opalona na brąz skóra, pachnie skoszona trawa, pachnie las czekający na burzę. Pachną placki z cukinii na obiad, pachną truskawki pod kruszonką, kawa pachnie. Słyszę jak powoli cichną wszystkie odgłosy, jak to przed burzą. Za kilka chwil zapadnie cisza. Cisza przed burzą. Teraz jeszcze gdzieś tam w oddali głośno ujadają psy, żaby rechoczą, świerszcze cykają. Kury sąsiada donośnie dają znać, że zniosły nowe jaja. Słoiczek z plakatówką spada na kamienny schodek z głośnym plask. Nic nie robię, a jednak robię wszystko. Tylko wdech i wydech, wdech, wydech... Tylko siedzę, tylko patrzę, tylko słucham. Nic nie muszę. Tylko jestem i to wystarczy.

Lubię to, że już umiem tak. Siedzieć na kamiennym schodku z podwiniętymi nogami i dopijać w spokoju kawę, nawet gdy z prawej strony zbliża się nawałnica. Lubię to, że umiem być spokojną, nawet jeśli zbiera się na burzę. Burzę trzeba zwyczajnie przeczekać. Nie walczyć z nią, nie przekrzykiwać grzmotów, nie uciekać przed deszczem. Lubię to. Zamknąć oczy i zobaczyć to wszystko, czego nie widać, kiedy są otwarte. Usłyszeć kropelki plakatówki cicho uderzające o kamienne schodki. Poczuć deszcz, który jeszcze nie pada. Wyłączyć się, żeby włączyć to co najważniejsze. Spokój bierze się ze środka, z odwagi i z pewności siebie. Chciałabym, żebyś miała w sobie tyle odwagi,  żeby spokojnie przeczekać każdą burzę, pijąc drugą, trzecią, piątą kawę tego dnia i dostrzegając w tym piorunobiciu detale, których będziesz mogła chwycić się jak koła ratunkowego. Właśnie po to ten blog chyba... Gdybyś dzisiaj zapytała po co mi on, na co to całe pisanie, odpowiedziałabym, że właśnie po to. Żeby udowodnić Ci, że detale tworzą codzienność, że małe szczęścia tworzą wielkie szczęście i że zawsze, w każdej chwili możesz znaleźć gdzieś blisko siebie koło ratunkowe... 



Więc usiądź teraz obok mnie, wymień zamki, spakuj walizkę, skasuj jego numer, ewentualnie wyłącz telefon, ciętą ripostę wymyślisz następnym razem, ok? Powiedz, że masz dość, nie gódź się na podkrążone oczy, na brak szacunku dla Twoich marzeń, na potłuczone talerze. Wywalcz, wyszarp, wydrap pazurami spokój, żebyś później nie musiała tego robić. Zasługujesz. 

A teraz chodź na kawę. Ja też potrzebuję spokoju.

czerwca 06, 2018

smaki dzieciństwa # 2- ptysie mojej mamy

smaki dzieciństwa # 2- ptysie mojej mamy
Nasz sąsiad z domu obok ma psa. Pięknego, karmelowego labradora. Stary już, nie szczeka tak głośno jak dawniej, nie skacze z radością na każdego gościa i nie podaje łapy na zawołanie. Może jest przygłuchy. Może osiągnął już swoje lata i wie, że nie musi nikogo słuchać. Może. Czasami, kiedy stoję z kubkiem kawy przy kuchennym oknie, widzę jak ten 12-letni karmelek znowu jest szalonym szczekiem. Znowu mu się chce, znowu głośno szczeka i podskakuje wysoko, jakby miał cztery sprężynki zamiast łap. Wiesz kiedy tak się dzieje? Kiedy dostrzega, że posiada ogon. Próbuje go złapać zębami, kręci się za nim w kółko w dzikim pędzie i nigdy się nie poddaje, mimo że przez te 12 lat jeszcze ani razu nie udało mu się dorwać ogona... Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma? Już odpowiadam- gonię swój własny ogon. Czasami tak się za nim kręcę, jak pies sąsiadów, w dzikim pędzie. W kółko i w kółko, aż się świat w jedno zlewa. Z jedną tylko różnicą- karmelkowi sprawia to radość, mnie niekoniecznie. 

Bardzo nie lubię uczucia nieogarniania i bardzo nie lubię głośno przyznawać się do tego jak nieogarnięta potrafię być. Mimo to robię to właśnie w tej chwili. Biję się w pierś, pochylam głowę i przyznaję, że czasami jest armagedon. Wciąż dążę do jako takiego balansu między wszystkimi moimi życiowymi rolami- z różnym skutkiem. Raz udaje mi się to lepiej, innym razem gorzej, a jeszcze innym- jest fatalnie. Są takie wieczory, kiedy dzieci już śpią, a ja popłączę sobie do poduszki, bo czuję się jedyną kobietą na świecie, która nie daje rady. W mojej głowie wszystkie kobiety tego świata, wszystkie matki mają wysprzątane domy, grzeczne dzieci i zawsze ciepły, domowy obiad na stole. A i terminów nie zawalają. Mnie się zdarza. Niestety. Nie jestem z tego dumna, ale tak, zdarza mi się dzwonić do klienta z przeprosinami, bo artykuł będzie gotowy na wtorek, a nie na poniedziałek. Zdarza mi się zamawiać pizzę na obiad. Zdarza mi się na kilka minut przed przyjściem gości biegać z obłędem w oczach po salonie i łapać w pośpiechu rozwalone misie i lale. A potem łokciami upychać je na dnie szafy. Zdarza mi się krzyknąć na bogu ducha winne dzieci i to jest najgorsze, co mi się zdarza. Nadal nie opracowałam idealnej metody na osiągnięcie work-life-parenting-balance. Jak mi się uda, to dam znać. 

Ale zdarza mi się też taki dzień, kiedy od ciągłego pędu robi mi się niedobrze i wtedy ciskam w kąt wszystkie atakujące mnie zewsząd obowiązki. Wyłączam telefon i ze złością zatrzaskuję laptopa. Udaję, że nie słyszę pipczenia różnych domowych urządzeń, które postanowiły jednocześnie dać mi znać, że oto zakończyły swoją pracę i wymagają mojej natychmiastowej atencji. Zamykam się w kuchni, na klucz najlepiej. Nie rozumiałam nigdy, jak moja mama mówiła, że mieszanie kremu na ptysie relaksuje. Teraz już wiem. Budyniowy krem, którym nafaszerowane są świeżo upieczone karpatkowe ptysie, pachnie jak najlepszy balsam na świecie. Balsam na duszę. Ptysie (vel eklerki) to znak rozpoznawczy mojej mamy i jednocześnie jeden z najlepszych na świecie comfort food jakie znam. Tak smakowały każde moje urodziny. Tak smakują teraz każde urodziny moich córek. I tak smakuje dzień, kiedy chcę odpocząć i choć na chwilę zapomnieć o własnym ogonie.





Ptysie mojej mamy
z ciasta parzonego i z kremem budyniowym
(z podanych składników wychodzi 30 małych lub 15 większych ptysiów)


Ciasto:

18 dag masłą
1,5 szkl. mąki
niepełna szkl. wody
szczypta soli
5 jaj

Zrób tak:

Masło włóż do garnka razem z wodą i solą, zagotuj. Odstaw z ognia, wsyp mąkę i mieszaj tak długo, aż nie będzie grudek, a ciasto będzie odstawać od ścianek garnka. Masę przestudzić, a następnie wbij jaja i ukręć na gładkie ciasto. Gotową masę włóż do rękawa cukierniczego z okrągłą końcówką i wyciskaj na natłuszczoną blachę ptysie- pamiętaj, że one dość mocno rosną w piekarniku. Piecz ok.20 w temperaturze 200 stopni. Po tym czasie wyłącz piekarnik, uchyl drzwi i susz jeszcze ok. 10 minut. Jeszcze ciepłe ptysie przekrój wzdłuż. 


Krem:

7,5 dag masła
3/4 szkl. mąki
21/4 szkl. mleka
3 jaja
3 łyżki cukru
laska wanilii lub cukier waniliowy

Zrób tak:

Z masła i mąki zrób zasmażkę, wlej mleko i gotuj na wolnym ogniu mieszkają tak, aby nie było grudek. Odstaw z ognia, wbij 3 żółtka, wsyp cukier i ziarenka wanilii (lub cukier waniliowy). Ostudź. 

Na połówkę ostudzonego ptysie nakładaj porcję kremu, przykryj drugą połówką. Wierzch możesz polukrować, "poczekoladować" jak to mówi moja starsza córka Zu lub zostawić saute. Tak czy siak... będziesz w niebie :)




maja 28, 2018

wyniki konkursu: prezenty #1 wygraj wózek od Maclarena

wyniki konkursu: prezenty #1 wygraj wózek od Maclarena
Z przyjemnością ogłaszam, że wózek spacerówkę na letnie wojaże od firmy Maclaren otrzymuje.....



LILIANA KWIATKOWSKA.


Gratuluję i proszę, abyś skontaktowała się ze mną w ciągu kolejnych 7 dni. :)


maja 24, 2018

moje majowe przyjemności- maj w obiektywie.

moje majowe przyjemności- maj w obiektywie.



Piękna jest wiosna tego roku, prawda? Piękny był ten kwiecień i piękny jest ten maj. Wiosna hula na całego, a ja staram się chłonąć każdy dzień, każdą pachnącą bzem chwilę, każdy moment intensywnie żółty jak pola rzepaku okalające mój dom. 




Nie wiem czy ta wiosna rzeczywiście jest taka piękna, czy ja po prostu wreszcie nauczyłam się ją doceniać. Może jedno i drugie, chociaż poważnie podejrzewam, że wraz z każdym kolejnym rokiem moje oczy otwierają się szerzej i dostaję świeżą porcję wiosennych ochów i achów do wykorzystania. Często powtarzam, że jestem osobą ciepło- i słońcolubną, i że zdecydowanie widzę siebie mieszkającą na stałe gdzieś w ciepłych krajach. Może nie tropiki od razu, ale miejsce, gdzie taka wiosenka majowa panuje bez ustanku, to już jak najbardziej... 




I dzisiaj tak mnie olśniło znienacka. Wyobraź sobie, że popołudniową porą siedziałam sama w moim biurze. Zwróć, proszę, uwagę na słowo sama. I na słowo biuro, bo ja, musisz wiedzieć, takowego w zasadzie nie posiadam. Niestety... Otóż siedziałam sama, bo dzieci postanowiły wyprowadzić ojca na spacer w celu nakarmienia naszych jeziornych kaczek, które, karmione przez wszystkie okoliczne dzieci i nie tylko dzieci, już i tak przypominają małe kosmate bojki... 





A co do biura, to wiosną, latem i wczesną jesienią, dopóki pogoda łaskawie zezwala,  wystarczy mi zalany słońcem taras, mały drewniany stolik, który pamięta jeszcze młodość mojej babci i laptop z dobrym WiFi. Miłym dodatkiem jest zielona herbata w dzbanuszku, nieodzowny kalendarz i przeciwsłoneczne okulary na nosie. Ach ten dzbanuszek to cała historia jest... Pamiętasz jak pisałam, że kocham starocie? Ten uroczy mały dzbanuszek do parzenia herbaty to głęboki PRL. Młodość mojej mamy, akademik, wieczory, które, jak twierdzi moja mama, spędzało się nad książkami z kubkiem czarnej herbaty w dłoni, zamiast tak jak dzisiaj piwa... chociaż nie wiem czy tak było w istocie, czy moja mama była po prostu hmmm panną porządnicką ;) Tak czy siak dzbanuszek został przeze mnie kilka dni temu wygrzebany gdzieś w czeluściach maminej przepastnej szafy, wyszorowany i z lubością z niego korzystam. To jest w tym wszystkim właśnie najpiękniejsze, kiedy rzeczy na nowo odżywają. 




Ale ja przecież nie o tym chciałam... Wróćmy do popołudnia, które spędzałam sama w moim nasłonecznionym biurze, z zieloną herbatą w prl-owskim dzbanuszku i z laptopem na stoliczku... Złota godzina w maju to ta pomiędzy 18 a 19. Wtedy słońce zaczyna powoli dotykać czubków świerków, które rosną po prawej stronie mojego biura. Powietrze skrzy się brokatem, pachnie bzem i kaliną. Wstrzymuję na chwilę oddech, odkładam robotę na bok i czekam chwili, kiedy słońce zniknie za świerkami w całości. Wtedy ptaki zaczynają szaleńczy popis wokalny, krzyczą jeden przez drugiego, wchodzą na takie rejestry, że aż uszy bolą. Z zamkniętymi oczami wysłuchuję ich do końca, aż do ostatniego dźwięku, a musisz wiedzieć, że czasami trwa to naprawdę długo i że ostatni na placu boju zawsze zostaje skowronek. Ten to potrafi piptolić jeszcze długo, długo, nawet wtedy, kiedy usypiam moją trzylatkę, a za oknem jest już naprawdę ciemno... 



Na tym tarasie, o tej złotej majowej godzinie, kiedy słońce powoli dotyka czubków świerków, a ptaki głośnym wrzaskiem żegnają się z dniem... myślę sobie, że w zasadzie dobrze jest jak jest. Że to dobrze, że listopad taki ponury, a zima taka długa. Że w tym marcu czasami śnieg pada i że wkurzeni wystawiamy przez okna blade buzie do słońca z nadzieją, że może wreszcie przygrzeje trochę mocniej. To dobrze, że maj jest taki krótki, a lato trwa tylko trzy miesiące. I myślę sobie jeszcze, że wcale nie chciałabym mieszkać w ciepłych krajach ani nawet w letnich krajach, ani gdziekolwiek indziej. Tak na trochę pojechać, powłóczyć się, to owszem, z chęcią, torbę podróżną mam zawsze pod ręką. Ale gdybym tak przez cały rok miała maj... czy wtedy miałabym te oczy tak szeroko otwarte? Czy to majowe powietrze nadal skrzyłoby się brokatem o godzinie 18? Czy te ptaki tak by się darły? Czy maj, który trwałby cały rok, cieszyłby tak samo mocno? 



Dzisiaj myślę, że jest dobrze. Tak po prostu dobrze. I że niepotrzebne mi skandynawskie hygge, buddyjski zen ani japońska magia sprzątania. Wystarczy szeroko otworzyć oczy. Jest dobrze. 

A jaki jest Twój maj?

maja 16, 2018

smaki dzieciństwa #1. kalafiorowa i drożdżowe racuchy z jabłkami.

smaki dzieciństwa #1. kalafiorowa i drożdżowe racuchy z jabłkami.
Wiem, że nie odkrywam tutaj żadnej Ameryki, ale ciasto drożdżowe naprawdę potrzebuje dużo czasu. Cierpliwości, spokoju i słońca. Tej wiosny odkryłam, że drożdżowe racuchy smakują najlepiej, kiedy ciasto wyrasta w pełnym słońcu, przykryte lnianą ściereczką. 



Gdyby ktoś jeszcze 10 lat temu powiedział mi, że staną się kobietą, która nastawia ciasto na drożdżowe racuchy z jabłkami, kroi warzywa na kalafiorową w idealnie równą kostkę i jara się tym jak konopie na Jamajce, zabiłabym śmiechem. W ogóle jakie zupy?? Nie lubiłam zup, nie rozumiałam dlaczego moja babcia takim kultem otacza zupy, dlaczego wciąż mi powtarza jak mantrę jakąś: "Pamiętaj, wnusia, gotuj swoim dzieciom zupy. Zupa być musi. Raz na trzy dni wielki gar zupy uwarz. I codziennie po miseczce." Zaliczyłam w życiu przeróżne kulinarne fascynacje, może z wyłączeniem owoców morza, których szczerze nie cierpię, i doszłam do etapu, kiedy wiem, że najlepsze jedzenie to najprostsze jedzenie. Zmęczona udziwnionymi recepturami z pierdyliardem trudno dostępnych, drogich jak złoto ingrediencji, wróciłam z wielką ulgą do babcinych zup. Dużo się nie pomylę, jeśli napiszę, że moim największym odkryciem ostatnich lat jest to, że jeśli jesz prosto, nie musisz stosować żadnych Dukanów ani innych Montignaców, bo czujesz się dobrze i dobrze wyglądasz. Daj mi tylko kilka składników. Połóż na kuchennym stole dobre drożdże, pachnące polskie jabłka i brudne od ziemi warzywa prosto z pola. Nalej mi pół kieliszka wina z winogron od sąsiada z sadu. A ugotuję Ci obiad smakujący jak moje dzieciństwo.




Są takie smaki, których się nie zapomina. Są takie zapachy, które w sekundę potrafią przenosić w czasie. Czasami wystarczy tylko przelotna chwila, ledwo wyczuwalny impuls, przebłysk. Zapach rzepaku, świeżo skoszonej trawy, majowych akacji. I znowu mam 8 lat, spędzam moje wiejskie wakacje życia u cioci Moniki na wsi. Ciocia Monika to starsza siostra mojej babci. Dusza człowiek, jak to w mojej rodzinie się o niej mawiało. Ściągnęłaby z grzbietu ostatnią koszulę, gdybyś tylko potrzebował. To ta ciocia od miseczek, w których tak pięknie odbijało się światło. Pisałam o tym tutaj. Miała ciężkie życie, a mimo to ciągle się uśmiechała, nie narzekała, parła do przodu jak czołg. Kiedy myślę wieś, widzę ją. I widzę siebie, jak niosę na plecach motykę dwa razy większą ode mnie, potykam się o nią co chwilę, ale dzielnie idę na pole, gdzie rosną w równych rządkach buraki, marchewki, seler, kalafiory, sałata, rzodkiewki wielkie jak marzenie. Pamiętam jak nie chciało mi się męczyć i wyrywać z ziemi marchewek, dlatego ucinałam je w połowie, a ciocia potem się śmiała, że miastowa jestem i siły do wyrywania marchewek nie mam (chociaż moja wieś niewiele większa od jej wsi była).


Pamiętam jak ta zupa zaczynała gotować się na wolnym ogniu. Pamiętam jak ciasto drożdżowe na racuchy wyrastało w kamiennym naczyniu obok studni, bo tam najwięcej słońca było. Pamiętam jak to wszystko pachniało. Dzisiaj mój dom pachnie jak lato'91. Znowu mam 8 lat. 


KALAFIOROWA CIOCI MONIKI (przepis na 4 porcje- 2 dorosłych, 2 dzieci)
z warzywami i śmietaną

Potrzebujesz:

1 kalafior (lub 2 jeśli są małe)
2 marchewki
1 mały seler korzeniowy
1 spora cebula
5 sporych ziemniaków
1 stołowa łyżka śmietany 30% 
sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy
pietruszka do posypania

Zrób tak:

1. Ziemniaki, marchewkę i selera umyj, obierz i pokrój. Ja kroję różnie- zazwyczaj ziemniaki i selera w kostkę, a marchewkę w plastry. Kalafiora podziel na różyczki. Umieść warzywa w garnku, zalej wodą tak, aby były przykryte i swobodnie pływały. Dodaj ziele angielskie i liść laurowy. Niech to się trochę popyrtoli. Cebulę pokrój w kostkę, zrumień na maśle (lub oliwie, jak wolisz), dodaj do wywaru. Gdy wszystkie warzywa zmiękną, dopraw solą i pieprzem, dużą ilością pieprzu. Zaufaj mi, proszę, i nie oszczędzaj na pieprzu. Zabiel śmietanką- nam wystarcza łyżka na cały garnek, ale Ty dopasuj ilość do swoich upodobań. Na koniec posyp zupę świeżo posiekaną natką. 





DROŻDŻOWE RACUCHY Z JABŁKAMI
zawsze się udają

Potrzebujesz:

500g mąki pszennej (kiedyś użyłam owsianej, też są ok, ale wychodzą zdecydowanie mniej puchate)
50g świeżych drożdży
szczypta soli
łyżeczka cukru
1 szklanka ciepłego mleka
2 jajka
3 duże jabłka

Zrób tak:

Mąkę przesiej do naczynia, dodaj sól i zrób dołek. Wkrusz do niego drożdże, zasyp cukrem i łyżeczką mąki, dodaj pół szklanki mleka. Przykryj lnianą ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce na 30 minut. Jabłka umyj, obierz ze skórki i pokrój w kosteczkę. Po tym czasie dodaj resztę mleka, jajka, jabłka i wymieszaj drewnianą łyżką. Ponownie przykryj i odstaw tym razem na 60 minut. Ciasto będzie dość rzadkie, ale niech Cię ręka boska broni przed dodaniem więcej mąki! Nakładaj porcję ciasta na rozgrzany olej i smaż na niewielkim ogniu do zrumienienia. Podawaj posypane cukrem pudrem i/lub cynamonem.



(pierwsze moje własne piwonie- pąki są już takie wielkie, jakby miały zaraz wybuchnąć)

maja 11, 2018

prezenty #1 wózek Maclaren na wakacyjne wojaże.

prezenty #1 wózek Maclaren na wakacyjne wojaże.
Z wielką przyjemnością rozpoczynam nową serię na moim blogu- Prezenty! :) Pierwsza nagroda w tej serii jest zacna, więc mogę powiedzieć, że rozpoczynam z przytupem, że hej! Dzięki uprzejmości magazynu dla mam "M jak Mama", z którym współpracuję, mogę zaproponować Ci wózek spacerówkę Triumph firmy Maclaren. W sam raz na wiosenne i letnie wojaże :)







ZASADY:


1. Konkurs dla fanów Anika Pietruszko blog na Facebook'u i/lub na Instagramie (przez fanów rozmumie się osoby, które polubiły profil/e).

2. Miło mi będzie, gdy udostępnisz informację o konkursie na swoim blogu i/lub profilu fb oraz zaprosisz znajomych do zabawy.

3. W komentarzu pod tym postem napisz imię dziecka, do którego trafi wózek, oraz dokończ zdanie: Idealny rodzinny weekend, to....

4. Konkurs trwa od 11.05.2018r. do 25.05.2018r. do godziny 00:00.


REGULAMIN:


1. Sponsorem konkursu jest magazyn dla mam "M jak Mama", a organizatorem blog Anika Pietruszko (anikapietruszko.pl).

2. Nagrodą w konkursie jest spacerówka Maclaren Triumph w kolorze czarnym.

3. Konkurs trwa od 11.05.2018 do 25.05.2018r. do godz. 00:00

4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od zakończenia.

5. Zwycięzca zostanie wybrany przez sponsora oraz organizatora na postawie subiektywnej opinii dotyczącej odpowiedzi na pytanie konkursowe oraz aktywności na blogowym fanpage.

6. Konkurs nie jest w żaden sposób popierany, promowany oraz sponsorowany przez Facebook oraz Instagram.


Powodzenia! :)


maja 09, 2018

vintage, czyli rzeczy mają znaczenie. o starociach w moim domu. #1

vintage, czyli rzeczy mają znaczenie. o starociach w moim domu. #1
Uwielbiam vintage. Kocham drewno. Ogromnym szacunkiem darzę handmade. Jak nikt doceniam pracę czyichś rąk. Pochylam się nad każdym zakurzonym dokumentem. Zgrabnie balansuję pomiędzy fascynacją minimalizmem a miłością do staroci. Już od dawna marzy mi się dom wypełniony tylko tymi przedmiotami, które mają znaczenie, które są potrzebne i cenne, niekoniecznie materialnie. To nie jest tak, że chcę mieć wszystko używane, vintage i ogólnie rodem z PRL-u, ale starocie to zdecydowanie moje ulubione elementy wystroju, które bardzo fajnie komponują się z tymi nowymi meblami.


Powoli, delektując się tym jak najlepszym deserem lodowym z bitą śmietaną, urządzam mój dom rzeczami, które pasują do mojej starej duszy idealnie. Nie spieszę się. Odwiedzam targi staroci, antykwariaty, pchle targi i lumpeksy. Szperam po nocach na allegro i olxie, wynajdując coraz to nowe perełki i jaram się tym tak bardzo, że aż czuję smyranie na kręgosłupie. Godziny spędzone na oglądaniu starych cukiernic czy łyżek do zupy działają na mnie lepiej niż wizyta u kosmetyczki. Nie, nie kupuję tych cukiernic, łyżek i talerzy tylko po to, żeby je mieć. Ja nie widzę tylko przedmiotów, widzę ludzi w tych przedmiotach. Mam ogromny szacunek do rzeczy, zwłaszcza do tych, które były kiedyś dla kogoś ważne, które coś dla kogoś znaczyły. Bez problemu pozbywam się z mojego domu plastikowego szitu (ostatnio go u mnie coraz mniej, nareszcie), nijakich talerzy z Ikei, taśmowo produkowanych widelców, zastępując je tymi z duszą. Dzisiaj chciałabym opowiedzieć Ci nie o rzeczach, które sama kupiłam, lecz o tych które są w mojej rodzinie od dawna i są pięknym łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością.



Ten wielki kamienny dzban jest naprawdę wielki, chociaż zupełnie tego nie widać na zdjęciach. Jest potężny i bardzo ciężki. Moja prababcia (a potem też babcia i mama) co rano parzyła w nim kawę zbożową. Dzban stał w kuchni, na drewnianym kredensie, który mój pradziadek zrobił własnoręcznie. Bardzo żałuję, że nikt z rodziny nie ocalił tego kredensu. Bardzo. Jeśli kiedyś będę miała kredens (a musisz wiedzieć, że mocno o nim marzę!), to będzie dokładnie taki sam jak w kuchni moich pradziadków. Taką kawę popijało się potem przez cały dzień, bo dzban trzyma temperaturę znacznie lepiej niż dzisiejsze termo kubki- sprawdzone. Zupełnie nie mam pomysłu na ten dzban. Nie lubimy kawy zbożowej, a kompot w takim dzbanie to profanacja przecież. Jakieś pomysły? :) 





Obrus, na którym stoi dzban, zrobiła moja babcia. Jest piękny, mimo kilku plam, które za nic w świecie nie chcą się sprać. Jak ja bym chciała umieć tak haftować :)



Ponad stuletnie radełko do wykrawania pierogów i ciasteczek to kolejna pamiątka po prababci. Ledwo się trzyma, ale nadal działa. Jest regularnie używane i nie wyobrażam sobie, żeby miało leżeć bezczynnie w szufladzie.




W 1939 roku moja babcia miała 14 lat. Nigdy nie opowiadała o tych wojennych latach, a jeśli już coś wspomniała, to z wielkim smutkiem i raczej szeptem. Nie pytałam, czego teraz trochę żałuję, bo z pewnością usłyszałabym wiele historii, jak ta o powstaniu tej serwety. Babcia pracowała w gospodarstwie niemieckiego oficera. Od świtu do nocy harowała na jego polu, m.in. przenosiła ziemniaki w jutowych workach. Serweta powstała właśnie z takiego worka, który babcia zabrała z niemieckiego pola. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy mi tego nie powiedziała. Wiem natomiast, że po wyhaftowaniu jutowej serwety, nie było ona nigdy używana. Słodko- gorzka pamiątka po mojej babci.




Duży drewniany, mocno już podniszczony krzyż to jedna z historii, które poruszają mnie najmocniej. I również wiąże się z wojną. Pierwszego dnia wojny prababcia i pradziadek zagarnęli swoją dzieciarnię, zapakowali do tobołków najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyli pieszo do Warszawy. Jako że moja rodzina pochodzi z Pomorza, to kawał drogi mieli. W swej naiwności sądzili, że w stolicy będą bezpieczni. Oczywiście okazało się, że Warszawa płonie... Zawrócili. Szli bardzo długo, po drodze nocując w lesie, na polach, w opuszczonych domach. I właśnie w jednym z takich domów, na wpół zburzonej ścianie wisiał krzyż. Zabrali go ze sobą w dalszą drogę. Trzymali go w worku z mąką, bo za posiadanie krzyża groziła śmierć. Po wojnie zawisł na ścianie najpierw w domu moich pradziadków, później w domu babci i mojej mamy. Teraz wisi u mnie. Moja babcia przez całe życie powtarzała, że ludzie dzielą się na dwie kategorie- na tych, którzy z opuszczonego domu ratują złoto i na tych, którzy ratują krzyże.




Różaniec w metalowym pudełeczku należał do mojej babci. Był chyba jej różańcem na pierwszą komunię. Pamiętam, jak modliła się na nim, przesuwając białe paciorki i szepcząc po cichu "za zdrowie mojej wnuczki"... Kiedy dziadek poszedł na wojnę, babcia dała mu ten różaniec. Nosił go w kieszonce na piersi. Nosił go również w kieszonce niemieckiego munduru, kiedy został pojmany do niewoli i siłą wcielony do niemieckiej armii. Już podczas pierwszej walki rzucił broń i z rękami uniesionymi w górę pobiegł przez sam środek pola walki prosto do swoich. Niemcy strzelali za dziadkiem i trafili go... w różaniec. Widzisz to wgniecenie na drugim zdjęciu? Dziadkowi nic się nie stało, poza wielkim siniakiem na klatce piersiowej. 





To jest zegarek mojego dziadka. Nosił go przez większość swojego dorosłego życia. Mam mgliste wspomnienie jak przykłada mi ten zegarek do ucha i słyszę jego głos: słuchaj, tik tak tik tak... Miał go na nadgarstku, kiedy umarł, a wskazówki zatrzymały się dokładnie na tej godzinie. Nikt nawet nie pomyślał, żeby zegarek naprawić. Tak widocznie miało być. Dziadka miałam bardzo krótko w swoim życiu, zmarł kiedy miałam niecałe 3 lata, ale jest wciąż z nami. W opowieściach mojej mamy, na zdjęciach, w zegarku, który często zakładam, mimo że nie pokazuje aktualnej godziny. Często słyszę, że nikt nigdy nie kochał mnie tak jak on i że nikt nigdy nie będzie. Oszalał, kiedy się urodziłam i wiesz co? Naprawdę czuję tę jego opiekę "stamtąd". 




Ten talerz przez wiele, wiele lat leżał zakurzony, brudny i zapomniany w kartonie w piwnicy u moich rodziców. Kiedy odkryłam jego historię, zachwyciłam się nim, oczyściłam i używam na specjalne okazje. Urodzinowe ciasto tylko na nim wygląda tak pięknie :) Poza tym sama świadomość, że moja prababcia, a być może nawet praprababcia, podawała na nim swoje własnoręcznie upieczone ciasto, jest niesamowita! Tak, ten talerz to jedna z najstarszych rzeczy jakie posiadam. Kilka lat temu poprosiłam o pomoc rzeczoznawcę i dowiedziałam się, talerz pochodzi z czasów zaborów, wykonany został na terenie zaboru pruskiego i jest tylko kilka takich egzemplarzy na świecie. Każdy taki talerz jest inny, posiada unikatowe krzywizny. Ten nasz jest wyjątkowo krzywy, ale właśnie za to go uwielbiam :)




karafkę odkryłam w tym samym kartonie, w którym ukryty był talerz. Zdążyłam jeszcze o niej porozmawiać z moją babcią i jestem za tę możliwość totalnie wdzięczna, bo dzięki temu wiem, że mam w domu skarb. Karafka została wykonana na przełomie XIX i XX wieku przez przyjaciela mojego pradziadka jako prezent ślubny dla niego i prababci. Nie ma drugiej takiej. Powiedz mi jakim cudem te ręcznie malowane kwiatki przetrwały tyle lat? Jest piękna. Absolutnie zachwycająca i zamierzam podawać w niej moją pigwówkę. Tylko na jakimś pchlim targu znajdę pasujące do niej kieliszeczki (oryginalne kieliszki niestety nie zachowały się...).



Tych maluszków było dużo więcej. Był ich cały karton, a do nich jeszcze podstawki, talerzyki do ciasta i wielki dzbanek do herbaty. Bardzo, bardzo żałuję, że zachowała się tylko jedna filiżaneczka. Serwis został ulepiony na zamówienie mojego dziadka w prezencie urodzinowym dla babci. Z opowieści wiem, że babcia podawała herbatę właśnie w tym serwisie, kiedy przychodziły do niej sąsiadki na ploteczki :) Był używany tylko i wyłącznie przy okazji babskich spotkań :) Nie wiem do czego mogę używać tego maluszka, bo kawę i herbatę pijam tylko we wielkich kubasach ;) Póki co stoi u mnie na półce i cieszy oczy. Kiedy na niego patrzę, widzę moją młodą babcię, która siedzi przy stole z innymi laskami i zaśmiewają się do łez :)




Błękitny obrus to jedyna rzecz, jaką mam po mojej babci ze strony taty. Nie znałam jej, zmarła na długo przed moim urodzeniem. Kiedy odkryłam, że w czeluściach szafy w domu rodziców leży zapomniany obrus, który ona wykonała własnoręcznie, obszyła, wyhaftowała kwiatki, obrębiła... byłam wniebowzięta. Czuję się odrobinę bliżej niej, mimo że minęłyśmy się tu na ziemi :)




Kolejny obrus to dzieło mojej drugiej prababci. Uszyła go w prezencie ślubnym dla mojej mojej babci. Nie widać tego na zdjęciu, ale jakość obrusa jest doskonała, a haft mistrzowski. Mimo upływu ponad 70 lat wciąż wygląda pięknie. Tak, zamierzam go regularnie używać, ale tylko na specjalne okazje, bo szkoda by było, żeby dzieciarnia zalała go sokiem malinowym :)




Perełki, które wysępiłam od mojej mamy :) Genialnie wyglądają na szyi w towarzystwie jesiennego swetra. Mają co najmniej 60 lat. Babcia dostała je od swojej kuzynki, a mojej cioci. Cioci nie znałam, bo mieszkała bardzo daleko, i zawsze słyszałam, że kiedyś musimy do niej pojechać. Kiedyś musimy ją odwiedzić. Jeszcze zdążymy. Nie zdążyliśmy. Zmarła rok temu.



Starsza siostra mojej babci mieszkała na wsi. Na takiej prawdziwej wsi, gdzie nie ma prądu, kanalizacji i kaloryferów. Była za to duża drewniana chata z piecem kaflowym. Były drewniane łóżka. Była studnia za domem i stodoła z mnóstwem siana. Były krowy, świnie i kury. I w tym wszystkim byłam ja- najszczęśliwsze dziecko na świecie, które spędzało właśnie wakacje życia. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie miałam tak cudownego lata jak wtedy, w sierpniu roku 1991. Ciocia była osobą, która oddałaby ostatnią koszulę, podzieliłaby się ostatnią kromką chleba. Te kolorowe miseczki dostałam od niej właśnie tego lata, bo wskazałam na nie palcem i powiedziałam, że pięknie się w nich słońce odbija. Mam je do dziś. Podaję w nich galaretkę z owocami.




Ten malutki wazonik to już historia mojego męża. Należał do jego babci, a teraz stoi na półce w naszym domu :) 





A czy Ty lubisz vintage? Pochwal się swoimi perełkami :)
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger