Jesienne ogniska.

Jesienne ogniska.

Cześć niedziela! Już niedziela?? Dni przelatują mi przez palce, weekend goni weekend, a ja czuję się jak w jakimś szalonym pędzie Wcale a wcale mi się to nie podoba. Nie lubię gonić, a ostatnio życie brutalnie mnie do tego zmusza. O matulu, jaka cudna pogoda, jaki cudna jest ta niedziela! Jest pięknie, chociaż nic nie wskazywało na to, że jesień tak nas rozkosznie dopieści. Po ataku zimna,  deszczu i wiatru, którym zaczął się ten miesiąc, byłam przekonana, że ze słońcem można się już pożegnać. Tymczasem... na Pomorzu mamy 23 stopni w cieniu, czujesz to? Termometr za oknem wskazuje 29 stopni, ale to w pełnym słońcu, także wiesz... jednak miło jest ujrzeć na termometrze taką temperaturę. Obłęd :) Połowa października, a ptaki napierniczają jak złe, pszczoły bzyczą, komary zajadle dziabią zupełnie, jakby przyrodzie wszystko się poprzestawiało. Nie mam nic przeciwko. Niech to trwa jak najdłużej. Niech się nie kończy! Taki październik to ja lubię. Taką jesień mogę celebrować do upojenia. Powietrze pachnie nagrzaną ziemią, nitki babiego lata fruwają powoli w powietrzu, wplątując się tylko co jakiś czas w moje włosy, i tylko żółte od na pół uschniętych liści drzewa przypominają o tym, co za chwilę się stanie. 

Dzisiejsza niedziela przypomina mi trochę te niedziele, które spędzałam jako dziecko, kiedy żyła jeszcze moja Babcia, kiedy rodzina była duża, scalona, pełna dzieciaków, cioć, wujków i kuzynów. Kiedyś, kiedy żyli moi Dziadkowie, dbało się o to, aby mocno współgrać z porami roku. Teraz ludzie odchodzą od sezonowości. Walczą z jesienią, przeczekują zimę, wiosną odliczają do urlopu, latem narzekają, że tak szybko się kończy, a potem w kółko od początku... Gdzieś po drodze gubią naturalną ludzką przynależność do natury. A przecież nie da się uciec od faktu, że człowiek to integralna część wszystkiego co nas otacza. Zabrzmiało poważnie, a nie tak dzisiaj chciałam.  Zupełnie nie tak miało być. Chciałam napisać, że kilkanaście czy nawet już kilkadziesiąt lat temu mój październik pełen był kolorowych liści, spacerów po parku, ludków z kasztanów i biegania z Babcią w gęstych jak mleko mgłach. Pamiętam zielone kalosze, które sięgały mi aż do kolan, brodzenie w kałużach, zbieranie liści i drewna na ognisko, a potem wielkie poszukiwania idealnie długiego patyka, na którym każdy zamocuje swój kartofel. Pamiętam wielkie płomienie na tle ciemniejącego nieba, trzask palących się gałęzi i zapach rozgrzanego drewna. Pamiętam, że sto milionów razy zasypiałam przy tym ognisku, a potem budziłam się we własnym łóżku bez kaloszy, ale za z brudnymi od popiołu rękami. Nie wiem czy cokolwiek może równać się ze smakiem pieczone w ognisku kartofla. O takie mam wspomnienia. I jeszcze przygotowania do Wszystkich Świętych, jak mogłam zapomnieć. Druga połowa października to już było wyciszenie, szukanie wiązanek, zaplatanie wstążek, suszenie ostatnich kwiatów z pól do bukietów. Teraz tego nie widzę, teraz tego nie ma. Teraz modnie jest obśmiać, olać, pójść na cmentarz dzień przed, dzień po lub wcale, a ten, kto pójdzie właśnie 1.listopada, to pewnie chce się pokazać w nowych kozaczkach.. Jeszcze o tym napiszę, jeszcze do tego wrócę, bo temat uwiera jak drzazga, a najbardziej odczuwam ją w tym okresie. Dzisiaj pierwszy raz uderzyło mnie to, że i ja bardzo daleko odeszłam od sezonowości, od mojego dzieciństwa i tego, co tak bardzo lubiłam. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szurałam w liściach, założyłam kalosze czy zrobiłam dla dzieciaków ognisko z prawdziwego zdarzenia. To się musi zmienić. Koniecznie! Od dzisiaj. 

Ciężki to był tydzień, chociaż w zasadzie powinnam napisać- ciężkie tygodnie. Takie, w których rzeczy dzieją się szybko, równolegle i z zaskoczenia, a ja mam niefajne wrażenie, że nawet gdybym stanęła na głowie, to i tak nic to nie da. Przyszło zmęczenie, nieodpoczywalne, takie, którego nie załatwi ośmiogodzinny sen ani kubek ultrasłodkiego kakao. Dobrej organizacji mi trzeba, logistyki na najwyższym poziomie i samodyscypliny. Odrobiny zdrowego egoizmu, dobrego jedzenia i jogi, na którą teraz zupełnie nie mam czasu (a nowa niebieska mata i płyta od Agnieszki Maciąg czekają!). Przy okazji przyda się umiejętność wybierania priorytetów i odpuszczenie- sobie i innym. Tak, to jest mój plan na najbliższy tydzień. Dzisiaj zostawiam Ciebie z jesiennym ogniskiem, a jutro wieczorem zapraszam na post pisany we współpracy ze Zwrotnikiem. Jutro jest ważny dzień. Wiesz jaki?













...




Jeśli podoba Ci się u mnie, zapraszam na mój Instagram oraz Fanpage. Tam jestem aktywna prawie codziennie. 


Farma dyniowa, mutanty i przepis na kruche z kremem dyniowym.

Farma dyniowa, mutanty i przepis na kruche z kremem dyniowym.

Jesiennie mi dzisiaj. Tak pozytywnie, fajnie, ciepło jesiennie. Cosy mi dzisiaj jest i naprawdę mi przykro, ale żadne inne określenie tutaj nie pasuje. Cosy na w sobie melodię, która dzisiaj mnie otacza. Liście spadają z drzew jak w zwolnionym tempie, babie lato fruwa w powietrzu zaczepiając się co chwilę o na pół gołe gałęzie, mokry mech pachnie, grzyby pachną, dyniowa kawa pachnie... I chociaż wiem, że jeszcze nie raz tej jesieni zaklnę siarczyście pod nosem na widok pluchy za oknem, zatęsknię do lata i gołych łydek, to dzisiaj jest ok. Bardzo ok. Niech to trwa.

Masz gdzieś w pobliżu farmę dyń? Jeśli tak, to na co czekasz? Już, pakuj dzieciaki, pakuj męża, mamę i przyjaciółkę z jej dzieciarnią i dawajcie! Jeśli nie masz takiego miejsca blisko, to odpal internet, ewentualnie odpal swoich znajomych, i zrób mały research. Niech znajomi uruchomią swoich znajomych. Gwarantuję, że znajdziesz farmę dyń z prawdziwego zdarzenia, i nawet jeśli trzeba będzie do niej kawałek dojechać, to wiedz, że warto. Oprócz tego, że nie ma nic piękniejszego w październiku niż milionpięćset dyń zebranych na niewielkiej powierzchni, otoczonych grubą ścianą żółto- rdzawych drzew, to jeszcze dzieci się wyszaleją (a co a tym idzie- wieczorem padną jak muchy), a Ty zostaniesz na koniec obdarowana dwie dyniami- mutantami, z którymi nie będziesz wiedziała co zrobić. No i zdjęcia zrobisz zacne. Same plusy. A co! ;)

P.S. Szykuj się na serię pt. "co można ugotować z dyni", ewentualnie "do czego można wykorzystać dyniowe skorupy" ;) Także ten... ;)












Tyle z farmy. Dynie, dynie, jeszcze więcej dyń, jakiś zabłąkany zając, potem znowu dynie, i dynie, i dynie, i... Przysięgam, że po takim dniu widzi się dynie nawet jak się zamyka oczy ;)

Z dyniami to jest tak, że szczerze je uwielbiam, naprawdę. Nie wyobrażam sobie bez nich jesieni, tak samo jak nie wyobrażam sobie jej bez kolorowych liści, orzechów, kasztanów i bez babiego lata. Dynia musi być. Jednak zawsze traktowana była przeze mnie jako element dekoracyjny i nic więcej. Z lekkim zdziwieniem przysłuchiwałam się rozmowom moich koleżanek, które rozpływały się w zachwytach nad dyniową zupą, muffinami czy kawą... Kawa z dynią? O fuuu... - myślałam. Kilka razy robiłam podejścia do zupy dyniowej- klęska. Później próbowałam upiec ciasto- tragedia. Niedobre toto było, mdłe, mączyste siakieś takie... Stwierdziłam, że może po prostu nie nadaję się do tych wszystkich dyniowych ekscesów, trudno. Co roku jednak, jesienią właśnie, kiedy zewsząd atakują mnie dynie, na blogach królują dyniowe potrawy, a moja teściowa zaprawia dyniowe kosteczki, co by na zimę do obiadu były... kiedy najlepsza koleżanka Zu przynosi do szkoły dyniowe ciasteczka, a na farmie dyń dostaję dwa mutanty... to wtedy budzi się we mnie przekora jakaś, upór ośli i z determinacją, o jaką siebie nigdy nie podejrzewam, atakuję dyńkę wielkim jak maczeta nożem. Nie, że wściekłość oraz frustrację swoją na niej wyładowuję, nie, nie, ale stawiam sobie na punkt honoru oswojenie dyni. Tak! Właśnie tak!

Na pierwszy ogień poszła tarta z kremem dyniowym. Trochę ją zmodyfikowałam po swojemu, wiadomo, zamieniłam mąkę na ciut zdrowszą, wyrzuciłam cukier. Powiem Ci, że noooo... mmmm... jestem na dobrej drodze polubienia się z dynią ;)




KRUCHE CIASTO CYNAMONOWE  Z KREMEM DYNIOWYM



Na ciasto: 


350g mąki ryżowej
2 łyżeczki mielonego cynamonu
75g cukru trzcinowego
szczypta soli
2 stołowe łyżki oleju kokosowego
2 jajka

Zrób tak:


Mąkę i cynamon przesiej do miski. Dodaj szczyptę soli i cukier, wymieszaj, następnie dolej rozgrzany olej kokosowy. Jedno całe żółtko i jedno jajko zmieszaj razem. Palcami wetrzyj mąkę w olej, a kiedy zaczną powstawać grudki, dodaj jajko z żółtkiem. szybko zagnieć ciasto, uformuj kule i spłaszcz ją na gruby placek. Zawiń w folię i wstaw do lodówki na minimum 30 minut.

Na krem:


1/2kg dyni bez pestek i skóry
50ml miodu
200ml śmietany kokosowej (lub zwykłej kremówki)
łyżeczka cynamonu
łyżeczka imbiru
4 jajka
trochę oleju kokosowego do wysmarowania formy
ewentualnie bita śmietana do podania (u mnie ubita kokosowa)

Zrób tak:


Piekarnik nagrzej do 180 stopni. Ciasto cynamonowe rozwałkuj na okrągły placek o średnicy pok. 25cm. Przełóż ciasto do formy wysmarowanej olejem i dociśnij. Ponakłuwaj widelcem ciasto w kilku miejscach. Wstaw ciasto do piekarnika na 20 minut. W tym czasie nastaw garnek z lekko osoloną wodą. Dynię pokrój w kostkę, a kiedy woda się zagotuje, wrzuć do niej dynię. Gotuj ok. 20 minut. Odcedź i przełóż do miski. Dodaj miód i miksuj ręcznym blenderem na gładką masę. Dodaj śmietankę, cynamon i imbir. Jajka rozbij w osobnej misce, rozkłóć widelcem, po czym dodaj do masy dyniowej. Dokładnie wymieszaj całość. Krem wyłóż na ostudzone ciasto cynamonowe, po czym wstaw do piekarnika i piecz przez ok. 40 minut. Krem powinien się ściąć, a wierzch przyrumienić. Podawaj na zimno, najlepiej z bitą śmietaną.



Wrześniowe perełki i przepis na najlepszy wegański rosół.

Wrześniowe perełki i przepis na najlepszy wegański rosół.

Że niby jakie perełki? Że już od kilku dni mamy październik przecież? Trudno. Zaczynam ten miesiąc w niedoczasie, czego bardzo nie lubię. Nie działam zbyt dobrze pod presją, nie lubię się spieszyć, nerwowo zerkać na zegarek ani tym bardziej dopinać zleceń na ostatnią chwilę, no ale cóż... czasami tak bywa. Mam nadzieję, że szybko wygrzebię się z zaległości i przestanę być zołzą warcząca na wszystkich dookoła. Mam dziś dla Ciebie kilka wrześniowych perełek, które mimo niesprzyjających warunków tak pogodowych, jak i samopoczuciowych jednak trafiły w moje ręce. Przy okazji zapraszam na perełki sierpniowe i lipcowe- może znajdziesz coś dla siebie.

Enjoy!


Perełki września


1. Miód malina witamina- naturalne syropy z witaminą C






Jak na początek jesieni przystało, pozostajemy w temacie odporności i leczenia przeziębień. Jak już pisałam w poprzednim wpisie, moje dzieci co roku wrzesień witają chorobą. Niezależnie od tego jak bardzo staram się je uodpornić, ile witamin im podaje, jak często kąpią się latem w zimnym jeziorze, one zawsze przechorują cały wrzesień... W tym roku postawiłam sobie za punkt honoru uniknąć antybiotyków. Generalnie z antybiotykami jest mi coraz mniej po drodze. No ale to temat na zupełnie inny wpis... Wrzesień minął nam pod znakiem chorób, ale również ze wsparciem pani Ani, która zaopatrzyła nas w naturalne syropy Miód Malina Witamina oraz Miód Malina Witamina MSP  z dodatkiem siarki. Nie wiem czy timing mógł być lepszy- miałam okazje przetestować działanie syropów najpierw na moich dzieciach, a później również na sobie i moim mężu. Więc tak- najpierw rozchorowała się Zu. Od pierwszego kichnięcia podawałam jej łyżeczkę syropu co pół godziny aż pojawiły się objawy wysycenia organizmu. Nie, że taka mądra jestem, nie, nie- wszystko wyczytałam z bloga pani Ani, zajrzyj, bo to skarbnica wiedzy. Po dwóch dniach po katarze nie było śladu, a musisz wiedzieć, że Zu zawsze choruje z przytupem, czyli co najmniej 10 dni wycięte z życiorysu. Później, w zasadzie przez cały wrzesień, co jakiś czas dopadał ją katar, ale mocno wierzę, że dzięki tak ogromnej dawce witaminy C nie przerodził się w zapalenie oskrzeli, krtani czy ucha, jak to zazwyczaj u Zu bywa. Młodsza, Mimi, skończyła niestety z zapaleniem pęcherza, ale podawanie syropu Miód Malina Witamina przyspieszyło leczenie (wiadomka, mocz w czasie choroby trzeba zakwaszać), poza tym Mimi zadziwiająco szybko doszła do siebie (jak na nią, bo generalnie z odpornością słabo, ale o tym jeszcze kiedyś napiszę). U mnie choroba skończyła się na katarze, zero gorączki, kaszlu, bólu gardła. Jak już my trzy wyzdrowiałyśmy, to rozłożył się Pan Mąż. On też zakończył chorowanie na katarze, upierdliwym i ślimaczącym się, ale jednak tylko na katarze. Niewątpliwym plusem syropów jest ich smak- miód z pulpą malinową smakuje jak domowy sok, a nie lekarstwo. Sprawdzone, polecone, działa ;)

syropy do kupienia tutaj- https://anna-bee.com/shop/


2. Dezodorant





Naturalny kulkowy dezodorant borowinowy z ałunem stworzony przez panią Anię. Myślałam, że nie lubię kulkowych dezodorantów. Myślałam, że naturalne dezodoranty nie chronią zbyt dobrze. Myślałam też, że nie utrzymują długo świeżego zapachu. Myliłam się. Pachnie przepięknie, świeżo, intensywnie, ale nie dominująco, dlatego nie przeszkadza w "noszeniu" perfum. Zapach i świeżość utrzymują się przez wiele godzin, a ochrona jest na takim poziomie, że sama byłam szczerze tym zdziwiona. Wypróbowane w trakcie pogoni za uciekającą szaloną trzylatką, czyli że tak powiem- sprawdził się w ultraciężkich warunkach ;) Świetny produkt. Niestety nie jest jeszcze dostępny w sprzedaży; mam nadzieję, że szybko się to zmieni :) 

3. Blog pełen inspiracji

Czyli https://anna-bee.com/blog/ Bardzo ciekawy, inspirujący, naładowany wiedzą aż pod sam korek. Przeczytałam od deski do deski każdy artykuł. Zajrzyj koniecznie, zwłaszcza jeśli interesujesz się wykorzystaniem witaminy C w profilaktyce chorób i w leczeniu. Polecam tekst o witaminie C i astmie- dla mnie szczególnie ważny, bom astmatyczka od dziecka.

4. Krem do rąk od Botame Body





Krem do rąk do podstawa, umówmy się. Która kobieta nie ma na półce w łazience tubeczki z pachnącym mazidłem do wysuszonych rąk? Nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez porządnego, odżywczego kremu do rąk. Wiosną i latem, kiedy temperatury idą w górę, używam lekkich, nieklejących się kremów. Nienawidzę latem tłustej, ciężkiej powłoki na czymkolwiek, czy to twarz, nogi czy dłonie właśnie. Jesienią i zimą automatycznie nabieram ochoty na mocno odżywcze preparaty, intensywnie pachnące, otulające pielęgnującym, lekko tłustawym filmem. Jestem zachwycona kremem firmy Botame Body. Nawilża dłonie na kilka godzin, pięknie pachnie mango (serio! zupełnie jak prawdziwe, świeże mango! czad!) i do tego jest wegański. Na pewno nie poprzestanę na tym jednym opakowaniu.

5. Torba od KokoWorld




O polskiej firmie odzieżowej pisałam już tu. Tę wielką, niezwykle pojemną torbę miałam przy sobie na każdym wrześniowym wyjściu (głównie do przychodni, ale co tam ;) ) i muszę przyznać, że jest jak studnia bez dna- mieści się w niej wszystko czego potrzebuję dla siebie i dla dwójki chorych dzieci, a przy tym nie wygląda wcale na wielką i toporną. Prezentuje się ciekawie, przyciąga wzrok (kilka kobietek pytało mnie gdzie ją kupiłam) i pasuje mi do ulubionych brązowych kozaków ;) Słabo znosi deszcz, więc na większe szarugi czy na zimę zdecydowanie się nie nadaje, ale na teraz- super.

torba do kupienia tutaj- https://www.kokoworld.pl/

6. Podcast Justyny Mazur "Dojrzewanie"



Podcasty odkryłam niedawno. Wcześniej gdzieś coś słyszałam, obiło mi się o uszy co nieco, ktoś polecał... ale zawsze machałam ręką na zasadzie "nie wiem, nie znam się, później ogarnę". Jak już ogarnęłam, to przepadłam. Justyna Mazur to autorka bloga "Krótki poradnik, czyli jak ogarnąć życie". Najpierw trafiłam na podcasty na yt, a później dopiero na bloga. Prawdę mówiąc to jeden z niewielu przypadków, kiedy wolę słuchać autorki, zamiast jej czytać. Jako typowy wzrokowiec bardziej przemawia do mnie słowo pisane. Justyna jednak ma tak przyjemny, kojący, sympatyczny głos, że tutaj po prostu nakładam słuchawki na uszy, zamykam oczy i płynę. To jest jak wieczorna medytacja przed snem, totalne wyciszenie z ogromną dawką inspiracji i motywacji. Genialne! Dla każdej z nas!

6. Segregator medyczny #jestemkobietą od Nicole Sochacki- Wójcickiej, czyli Mamy Ginekolog





Nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam kontrolne badania. Kiedy sobie to uświadomiłam, czym prędzej pobiegłam do szafki, w której trzymam różne "lekarskie" dokumenty i wyciągnęłam mój segregator. Jest ze mną już od wielu miesięcy, a ja (wstyd się przyznać) po uzupełnieniu tabelek, włożeniu dokumentów i wyników badań w odpowiednie przegródki, nie zrobiłam nic. NIC. We wrześniu, gdzieś pomiędzy jednym kichnięciem a drugim, pomiędzy wizytą u lekarza a staniem w kilometrowej kolejne w aptece, zaplanowałam sobie cały zestaw kontrolnych badań od podstawowych badań krwi i moczu, poprzez cytologię, aż do usg brzucha. Dbam o wszystkich, tylko nie o siebie. Taka refleksja. Czas to zmienić. Segregator to bardzo przydatna rzecz, jeśli masz tendencję do gubienia różnych karteczek, notatek, świstków, wyników badań, recept itp.- tutaj masz wszystko w jednym miejscu, posegregowane kategoriami, do tego jest miejsce na wpisanie adresów i numerów telefonu do swoich lekarzy, mnóstwo miejsca na notatki i całkiem konkretna dawka medycznej wiedzy, którą każda kobieta zawsze powinna mieć pod ręką. A Ty? Kiedy ostatni raz robiłaś cytologię?

segregator do kupienia tutaj- https://mamaginekolog.pl/sklep/


8. Wybieram polski design.


Kolejna perełka, którą odkryłam na Instagramie. Nie zliczę ile fajnych, niszowych  polskich firm odkryłam właśnie tam. IG to niezła kopalnia perełek, słowo daję :) Wszyscy znamy styl skandynawski, prowansalski, ascetyczny. Mniej więcej wiemy na czym polega wzornictwo Hampton, shabby czy retro. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć czym charakteryzuje się nasz rodzimy polski design? Ajj!! Aż mam gęsią skórkę na łydkach, jak babcię klapkiem! Wszystko co mnie wnętrzarsko kręci w jednym miejscu. Mega, meeeeega inspirująca strona dla osób, które tak jak ja uwielbiają dobry polski design- i to niekoniecznie ten współczesny- oraz dla tych, którzy nie mają o tym pojęcia. Każdy znajdzie coś, co go zainspiruje, tak sądzę. Zajrzyj https://plndesign.pl/.

9. Wegetariański rosół z imbirem.


Moja ulubiona w mijającym miesiącu zupa. I nie zanosi się na to, żeby w październiku było inaczej. Jak tradycyjnego rosołu nie lubię ani ja, ani moje dzieci, tak ten wegetariański (albo wegański, jeśli nie dodasz jajecznego makaronu) wchodzi aż miło. Smakuje inaczej niż rosół gotowany na mięsie, ale jest przepyszny. Tradycjonalistom może nie smakować, chociaż mój mięsożerny mąż zjada pełen talerz i prosi o dokładkę. Rozgrzewający za sprawą imbiru, napakowany warzywami, dosmaczony sosem sojowym, z tak ogromną ilością natki pietruszki, że aż się w oczach troi... mmm tak, poproszę, najlepiej jeszcze dzisiaj na kolację. A zapomniałabym- idealny na przeziębienia i inne takie ;) 

Przepis? Proszsz...!



WEGETARIAŃSKI ROSÓŁ Z IMBIREM


Potrzebujesz:


1 duża bulwa selera
2 duże pietruszki
4 marchewki
2 cebule
3 ząbki czosnku (albo więcej, jeśli lubisz)
por
natka pietruszki- dużo
imbir- kawałek wielkości połowy kciuka
sos sojowy
olej rzepakowy- 1 łyżka stołowa
sól, pieprz
cienki makaron (jeśli dodasz jajeczny, rosół będzie wegetariański, jeśli bezjajeczny- wegański)


Zrób tak:


Do garnka wlej 2,5 litra zimnej wody, dodaj łyżkę oleju, wstaw na mały ogień, niech to się powoli zaczyna gotować. W tym czasie umyj dokładnie warzywa, pokrój jak chcesz (ja za każdym razem kroję inaczej- marchewkę w plastry, seler w kostkę, pietruszkę w słupki, ot taki feeling ;) ) i wrzuć do gotującej się wody. Imbir zetrzyj na tarce, czosnek wyciśnij przez praskę, dodaj do warzyw. Niech się gotuje na wolnym ogniu godzinkę albo i dłużej, jeśli masz czas. Na koniec dodaj łyżkę sosu sojowego, sól i pieprz. Ugotuj makaron. Na talerze najpierw wyłóż makaron, zalej go gorącym rosołem z kawałkami warzyw, posyp dużą ilością natki. Bon apetite!



...


wpis powstał we współpracy z Anna Bee Miód Malina Witamina oraz KOKOworld
Wrzesień.

Wrzesień.

Mniej mnie tutaj, mniej mnie wszędzie. A jeśli we wrześniu jest mnie mniej, to może oznaczać tylko jedno- chorobę, jak co roku we wrześniu. 

Czas zwariował. Jeszcze chwilę temu czekałam na to lato, co to było takie piękne w tym roku, a dzisiaj patrzę jak za oknem wiatr zrywa połowę kolorowych liści z drzew. Wystawiłam głowę na chwilę, żeby obczaić sytuację pogodą, ale tak szybko jak ją wystawiłam, tak szybko schowałam bo chciało mi ją urwać. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze tylko kilka dni i pożegnamy wrzesień. Serio? Kiedy to minęło? Zupełnie, jakbym pstryknęła palcami pstryk i już, pozamiatane, szlag trafił prawie cztery tygodnie życia. Chciałabym móc napisać, że wykorzystałam ten czas na maksa, że dużo spacerowałam, wystawiałam twarz do wrześniowego słońca i szurałam w liściach, że piekłam kartofle w ognisku, zbierałam kasztany i produkowałam zastępy kasztanowych ludzików... ale niestety wrzesień przeciekł mi przez palce. Niewiele było dni wartych opisania. Owszem, słońce pięknie grzało, nabierałam aronię, pigwę i orzechy, ale to tyle... Trochę byłam, wiesz, taka hop do przodu. Po pięknym, gorącym, długim lecie siłą rozpędu weszłam we wrzesień jakby nic się nie zmieniło, jakby nadal było lato. Nie miałam ochoty rezygnować ani z kawy pijanej co rano na rozgrzanym od słońca tarasie, z biegania na bosaka po trawie ani z wieczorów spędzanych na zewnątrz. Myślałam sobie "phi, co tam wrzesień, co tam jesień i krótsze dni! Ogarnę to, w tym roku będzie inaczej!". 

Drugi tydzień września sprowadził mnie jednak na ziemię. Tak konkretnie przywalił. Jak co roku moje córki postanowiły się pochorować. Ja naprawdę tego nie rozumiem. Wiosną i latem obie biegają pół gołe czy to upał, czy deszcz, czy gradobicie. Kąpią się w zimnym jak woda z lodowca jeziorze, opychają się lodami w najgorszy upał, mimo że babcie straszą anginą, pocą się i siedzą takie mokre w przewiewie. I nic. Zero. Null. Ani jednego kichnięcia. Ani jednego gluta. Niech mi ktoś odpowie, dlaczego w takim razie po pierwszym tygodnia września obie leżą z gorączką? I nie to, że w tym roku to wyjątek od reguły, nie, nie. Odkąd pamiętam wrzesień to miesiąc chorób. W głowę zachodzę dlaczego tak się dzieje. Przecież to niemożliwe, że moje dzieci reagują chorobami na obniżenie temperatury za oknem i mocniejsze podmuchy wiatru? Poważnie rozważam nagłe odcięcie od słońca. Brak witaminy D? Dopiero się wygrzebujemy. My, bo po dzieciach jak zwykle zachorowałam ja, a na końcu ten, który opiera się najdłużej, czyli Pan Mąż. Kolejność od lat jest taka sama. Kiedyś odkryję ten sekret, przysięgam, i przyjdzie taki wrzesień, kiedy nikt się nie pochoruje... A tymczasem jak chorobowe domino zaczęło się w drugim tygodniu września, tak w zasadzie kończy się dopiero teraz. Gdybyśmy chorowali wszyscy jednocześnie, to pewnie skończyłoby się po tygodniu lub dwóch, ale oczywiście my musimy po kolei... 

Ciemności pokryły ziemię. Trzeci dzień deszczu, zimna i szarugi. Temperatura oscyluje w granicach 12 stopni, co po jeszcze niedawnych 30 jest niezłym szokiem. Z trudem łapię jesienny rytm. Co roku obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, że ogarnę, nie dam się jesiennej aurze, złemu nastrojowi i wieczorom zapadającym zaraz po obiedzie. Nie dam się i już! Naszykowałam stos czasoumilaczy- mnóstwo świeczek, filmów, piosenek, herbatek i kocy. Kupiłam zapas witaminy D. Mimo wszystko pierwsze uderzenie zimna zwaliło mnie z nóg. No cześć, jesieni, paskudo jedna, szkoda że tylko na wystylizowanych zdjęciach z Pinteresta wyglądasz tak uroczo, kiedy złote liście spadają z drzew jak w zwolnionym tempie, a dzieciaki wesoło skaczą po kałużach. W rzeczywistości liście spadają, owszem, ale smagają Cię w twarz mokrymi od deszczu plaskami, a dzieciaki jedyne czego chcą, to odłożyć kalosze na półkę i zatopić się w fotelu przed telewizorem z bajkami. Lajw. Jesień, ta nie-pinterestowa, to nie jest najłatwiejsza pora roku do kochania, umówmy się. I ja zazwyczaj średnio wtedy kocham świat, ludzi i nawet siebie. Zapadam się w sobie, zasypiam i budzę się gdzieś w okolicach końca lutego, może na początku marca. Zazwyczaj stwierdzam wtedy, że biorę się za siebie, bo jesień wespół z zimą wciągnęły mnie i wypluły napełnioną czekoladą, makaronem i winem; oraz wyrzutami sumienia oczywiście. Nie chcę tak. Hejtowanie jesieni i zimy żyjąc w naszej strefie klimatycznej to jak autostrzał w kolano. Nie da się wymiksować z życia na pół roku; z rodziny, pracy, zobowiązań, z dbania o siebie. 

Piękna złota polska jesień trwała w tym roku... hmmm jakieś trzy tygodnie. Szał ciał i szamotanie pępka, co nie? Słabo jednym słowem. Nie zdążyłam się nią nacieszyć tak jak planowałam. Kiedy złoto- brązowe liście spływały powolutku z drzew, ja wycierałam gluty. Pozostał niedosyt i mocne postanowienie wyciśnięcia z nadchodzących, bądź co bądź trudnych dla mnie, tygodni ile się da. Spodziewaj się więc całej serii wpisów z cyklu "Jesienne czasoumilacze" ;) Muszę wytoczyć najcięższe działa. Muszę zacząć robić to, o czym ciągle piszę, o czym mówię i z czym zawsze kojarzyła mi się jesień. Zaczynam w ten weekend, w zasadzie to już od dzisiaj. Film na wieczór- przygotowany. Facet do towarzystwa- obecny. Herbata w dzbanku- zaparza się. Lawendowa świeczucha- już czeka. Peeling z cynamonem i gęste masło do ciała- check.  Piżama w zajączki- na miejscu. Koniec z cieniutkimi koszulkami, czas na nocną flanelę. Jutro w planach mamy wyjście na kasztany i szuranie w liściach (niech tylko nie leje, plis), a w niedzielę- jesienny pakiet full wypas, czyli spa w łazience. Taki mój apel - bądź dla siebie dobra na jesień. Ja na chwilę o tym zapomniałam, ale już się poprawiam, promis. 


Złota jesień. Szkoda, że trwała tak krótko, bo była naprawdę piękna.
















Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger