Jesienne must have.

Jesienne must have.

Dzisiaj założyłam letnią sukienkę. Tę najbardziej letnią z możliwych, z odkrytymi plecami i głębokim dekoltem. Mimi biegała na bosaka po trawie, zrywała dmuchawce, a potem rozdmuchiwała te białe puszki po całym ogrodzie, żeby za chwilę z dzikim wrzaskiem próbować je złapać. Słońce paliło jak dzikie, jakby zapomniało, że to już druga połowa września i że może pora złożyć broń i zrobić miejsce na nowe. Gdyby nie to, że powietrze ma złoty kolor i pachnie grzybami, gdyby nie to że zrywałyśmy dzisiaj aronię i pigwę, którą za chwilę będę zaprawiać na zimę, gdyby nie to że nazbierałam dzisiaj cały kosz orzechów... pomyślałabym, że to połowa wakacji dopiero. 28 stopni. Obłęd.

Nie wiem czy Ty też tak masz, ale mnie nowa pora roku zawsze zaskakuje jak drogowców śnieg. Niby mam ten kalendarz, codziennie przecież w nim siedzę, grzebię w nim i notuję. Jestem już duża i znam się na rachubie czasu, na litość boską! A jednak pierwszy prawdziwy jesienny dzień mnie totalnie dziwi i zaskakuje. I nie mam tutaj na myśli chłodnych poranków i zimnych, coraz wcześniej zapadających wieczorów, mgieł, które o szóstej rano gęsto zasnuwają okoliczne pola ani nawet kasztanowych ludków, które w tym roku moja młodsza córka produkuje po raz pierwszy w swoim trzyletnim życiu. Nie. Ten pierwszy totalnie jesienny, szarobury, zimny i mokry od deszczu dzień za każdym razem szokuje tak samo i zostawia mnie z wielkim znakiem zapytania wypisanym na czole- że jak to?? Jesień?? Już?? Tak bez ostrzeżenia?? 

Nagle okazuje się, że lekkie sukienki z gołymi plecami to już tak nie bardzo... sandałki tym bardziej, a brak jakiegokolwiek cieplejszego okrycia poza jeansową kurtką nieco utrudnia sprawę. Dziwnym trafem jak potrzebuję ubrań, to potrzebuję wszystkich od razu. Znasz to? Nie że brakuje mi płaszcza, ale mam jeszcze buty z zeszłego sezonu albo że mam całkiem ok torbę, ale za to przydałaby się czapka. Nie. U mnie musi brakować wszystkiego w tym samym momencie. Ki czort?? Tak więc stanęłam dzisiaj przed otwartą szafą i złapałam się za głowę. Nie mam się w co ubrać! Rozpoczęłam prywatne modowe śledztwo. Oto wyniki!


Trendy na jesień 2018.



UBRANIA.


Uważnie zaznajomiłam się z tym, co proponują projektanci, sieciówki i moje ulubione lokalne firmy odzieżowe i jak zwykle bilans wyszedł na plus tych ostatnich. Na drugim miejscu znalazły się sieciówki, z których kilka jednak również postanowiło ukłonić się nieco w stronę ogólnie panujących trendów na jesień '18. Niestety, w przeciwieństwie do zeszłorocznych pokazów, zupełnie nie przekonują mnie trendy lansowane w tym sezonie na wybiegach. Jeśli można stworzyć coś, co będzie totalnie odbiegać od mojego gustu, to właśnie zostało to stworzone.

Tej jesienie modny jest powrót do lat 90,, ale do tych lat najbardziej ociekających kiczem i złym gustem. Na topie są monokolorystyczne zestawy, czyli np. brown total look, sztruks w każdej postaci, zwierzęce motywy, cętki, metaliczna folia (!), brokat i cekiny. Powinnyśmy również nosić skórzane sukienki, neony, torebki z wielkim bijącym po oczach logo oraz peleryny, z których zasłynął Zorro.  Po jesiennym pokazie Chloe nie mogłam uwierzyć, że projektanci tak sobie lekko potraktowali kobiece proporcje i wbili modelki w stroje z obniżoną talią (pół biedy obniżoną, ale tej jesieni talia ma zaczynać się gdzieś w okolicach bioder!) i cięciami na wysokości łydek. O ile modelki wyglądały jeszcze jako tako, to przeciętna polka kobieta (taka ja na ten przykład, 167 cm wzrostu i okrągłe biodra) będzie wygląda jak clown (bez obrazy oczywiście, co kto lubi). Wiodącym trendem na jesień 2017 były krótkie zwiewne sukienki połączone z wysokimi kozakami i ciężkimi kurtkami a'la motocyklowe i to było to, co bardzo mi się podobało- kobieco i z pazurem. W tym sezonie każą nam zupełnie o tym zapomnieć i pod sukienkę midi założyć spodnie cygaretki, spod których wystawać mają grube rajstopy, a na wierz narzucić dwa płaszcze.... Nie mam pytań. Najbardziej podoba mi się trend lansowany przez Hexeline, czyli sukienki w dużą kratę, oraz jeansy boyfriendy np. te od Medicine. Te dwie rzeczy są umieszczone dość wysoko na mojej liście "must have".





MAKIJAŻ.


Lansowany przez kilka ostatnich sezonów no make up look odchodzi w zapomnienie- szkoda. Na miejsce palety nude wchodzi kanarkowy eyeliner, tusz do rzęs w kolorze oranżu, intensywnie kolorowe cienie do powiek, brzoskwiniowy bronzer i karminowa pomadka- to ostatnie to akurat bardzo ok. W modzie jest też wszystko co błyszczące i nie mam tu na myśli fajnego rozświetlacza, o nie, nie. Brokatem mamy posypać sobie powieki lub wręcz stworzyć z niego maskę na twarz. Zupełnie nie w tę stronę, w którą chcę iść. Nijak ma się to do minimalizmu, który ostatnio uprawiam na mojej twarzy. Dziękuję, postoję.






BIŻUTERIA.


Ooo i tutaj podpisuję się obiema rękami pd tym, co proponują projektanci. Trafili w 100% w mój gust. W tym sezonie namawiają nas do wyciągnięcia ze szkatułek biżuterii po babci, starych broszek, pereł, wisiorków. Modne będą wielkie kolczyki, które mają sięgać nawet do obojczyków (lubię takie łączyć z jesiennymi swetrami), bogate kolie ze sztucznymi kamieniami, nausznice (moje najnowsze odkrycie- uwielbiam), bransoletki we wszelkich formach i rozmiarach.





Jesienne must have.


W moim jesiennym niezbędniku na darmo szukać brokatu, cekinów oraz zwierzęcych cętek. Nie znajdziesz też torebek z gigantycznym logo krzyczącym "kosztowałam kupę kasy" ani sukienek z talią na biodrach. Są za to klasyczne trencze, ciepłe kardigany, wygodne boyfriendy, zwiewne sukienki i seksowne kozaki na słupku. Znajdą się również śliwkowe cienie do powiek, czerwone pomadki i cała masa jesiennych dekoracji, bez których nie wyobrażam się jesiennej atmosfery w domu. Całe szczęście jestem do bólu przeciętną, normalną babką, a nie żadną trensetterką, uff ;) Mogę więc wziąć sobie z mody to co mi się podoba, co do mnie pasuje, a resztę zostawić modowym freakom. Bardzo lubię hasło, że moda jest dla kobiet, a nie kobiety dla mody. I tego się trzymam.

Moje modowe wybory na jesień 2018.



1. Prochowiec Ivy & Oak klik

2. Prochowiec Mango klik

3. Prochowiec Mango Lucrecia klik




1. Kapelusz fedora klik

2. Beret w moim ulubionym kolorze klik

3. Kaszkiet klik



1. Długi sweter z wełną H&M klik

2. Długi sweter tundra blue by KokoWorld klik

3. Kardigan z ażurem Orsay klik


1. Torba El Nido by KokoWorld klik

2. Shopperka Orsay klik

3. Torba H&M klik


1. Kozaki w kolorze butelkowej zieleni Nessi klik

2. Musztardowe botki od Pullandbear klik

3. Kozaki na słupku klik


1. Sukienka od H&M klik

2. Sukienka Melia od Marie Zelie klik

3. Piękna Eustona Pointa Atramentum od Aeterie klik



1. Boyfriend jeans G-star Raw klik

2. Jeansy Wiya klik

3. Mom Jeans Greta klik





1. Piękny, prawda? klik

2. Parasol przezroczysty klik

3. Nieśmiertelne i nie do zdarcia kalosze Hunter klik


1. Moje ulubione fiolety na powiekach H&M klik

2. Śliwkowy lakier do paznokci H&M klik

3. Pudrowy róż na usta od Pullandbear klik

4. Masło do ciała Miodowa Mydlarnia klik


Cardio.

Cardio.

Ostatnie, czego bym chciała, to być świrniętą nadopiekuńczą matką. Kochającą, troskliwą, czułą i empatyczną- owszem, jak najbardziej, zawsze. Ale nie nadopiekuńczą matką- kwoką, która zagania dzieciaki pod swoje skrzydła i tak sobie je hoduje. Z niesmakiem myślę o tym, że mogłabym zamienić się w panikarę biegającą za dziećmi z bluzeczkami na przebranie (bo te, które mają na sobie już są spocone), z chusteczkami do wycierania nosów (bo kichnęły dwa razy), z soczkami (bo nie daj Panie Boże się odwodnią), z banankami, biszkopcikami i innymi dobrociami (bo głodne pewnie, bidulki, są). Daleko mi do wydawania z siebie dzikich okrzyków w stylu: "wolniej, bo się wywalisz!", "jedz małe kęsy, bo się zakrztusisz!", "nie dotykaj, bo się skaleczysz", "nie baw się w piaskownicy, bo się pobrudzisz" czy moje ulubione, kultowe już "nie biegaj, bo się spocisz!". O matko kochana, nie chcę taka być! Odstręcza mnie to, wpienia konkretnie i irytuje, chociaż na szczęście nie mam wiele takich ultra-nadopiekuńczych egzemplarzy w moim otoczeniu. 

Wychodzę z założenia, że życiowa mądrość to suma zgromadzonych gdzieś po drodze siniaków, zadrapań i ran tak rzeczywistych, jak i metaforycznych. Pewnie, że jako ich mama chciałabym, żeby zawsze im było dobrze, żeby nie bolało i żeby nikt nigdy nie sprawił przykrości, ale to nierealne jest przecież. Jak mają się nauczyć, skoro się nigdy nie wywalą? Nie stłuką kolana, nie przytną paluchów drzwiami ani nie stłuką ulubionego kubka (a mówiłam, odłóż kubek na stół, nie lataj z nim po domu!)? No jak? No nijak.


Że mam z tym problem, dowiedziałam się kilka dni temu.


Obudziłam się nad ranem cała zlana potem, z sercem tłukącym się gdzieś w gardle i łapczywie próbując złapać oddech. Przez dobrych kilka chwil nie wiedziałam czy to sen, czy jawa, czy zmora jakaś senna. W panice zerwałam się z łóżka i, potykając się po drodze o samotnie porzuconego misia, pobiegłam do łóżeczka Mimi i uff.. jest, śpi, ŻYJE ta mała gadzina. Nie wyskoczyła przez okno. Koszmar, w którym moja dzika trzylatka budzi się w środku nocy, idzie do pokoju siostry, wdrapuje się na parapet, otwiera okno i skacze z okrzykiem: "zobacz, mama, ja lataaaaam....." uświadomił mi, jak bardzo się o nią boję. W zasadzie boję się o obie moje córki, permanentnie się boję, ale Mimi to najdziksze dziecko, jakie w życiu widziałam. Starsza to też temperamentne dziewczę, ale jej młodsza siostra bije starszą na głowę. Mimi to Zu razy pięć albo razy dziesięć nawet, chociaż bywa też razy sto. Zwłaszcza, kiedy wyrywa mi się na środku ruchliwej ulicy, kładzie się na ziemię na parkingu czy też z uśmiechem na ustach ciśnie prosto na przeszklone drzwi, zupełnie nic sobie nie robiąc z naszych wrzasków- "zatrzymaj się, dziecko!!!" Ona nic sobie nie robi z nikogo i z niczego; z rozbrajającą naiwnością i z wiarą, że jest niezniszczalna eksploruje świat dokładnie w taki sposób, jaki jej się podoba. Najczęściej oznacza to robienie czegoś zupełnie odwrotnego do tego, czego aktualnie chcemy my, rodzice. Kiedy chcemy iść w prawo, ona idzie w lewo. Kiedy stwierdzamy, że ok, niech już będzie, pójdziemy w lewo, ona drze się, że chce w prawo. My schodzimy po schodach, ona robi wymyk i daje dyla na górę. Bierzemy ją na ręce, to się wyrywa. Idziemy po schodach w górę, to ona na główkę pogina w dół. I tak bez końca. 

I nie to, że ona kulturalnie idzie, o nie, nie! 


Ona rzuca się do biegu jak dzikus, jak wariatka jakaś, leci, jakby ją stado wygłodniałych wilków goniło. Mimi w zasadzie nie potrafi spokojnie spacerować ani biec truchcikiem; ona zawsze zapiernicza bez opamiętania. Nawiewa nie bacząc na fakt, że nie ma dokąd nawiewać, bo przed nią strome schody, rzeczone szklane drzwi, wykopane rowy, wściekłe psy, babcia z gorącą herbatą w dłoni, ścieżka rowerowa czy inne tego typu atrakcje. Leci z szalonym wyrazem twarzy, często z nieludzkim piskiem na ustach, nawet się za nami nie obejrzy. Czerpie niezwykłą, sadystyczną wręcz radochę z robienia nas w balona. Zbiega z taką prędkością, że mój szanowny Pan Mąż musi włożyć sporo wysiłku, aby ją dogonić. Nie wiem czy bardziej mnie to irytuje, czy fascynuje ta jej zawrotna prędkość, no bo hej, umówmy się- to tylko trzyletni kurdupel z kawałkiem dobrego temperamentu, a nie zawodowa sprinterka. W każdym razie dogonić małą spierniczającą Mimi to niezłe wyzwanie nawet dla wielkiego chłopa z długimi dogami, także tego... sama rozumiesz, że po spacerze, który z założenia miał być relaksującym, rodzinnym, nieco sielankowym przeżyciem, często wracamy urobieni jak dwa konie po westernie. A często nawet trzy konie, bo starsza siostra pomaga w pogoni jak może. Przekierowanie energii na właściwe tory czy też sprytna z naszej strony próba zmiany trajektorii lotu mikrusa zazwyczaj się nie udaje. Tak szybko jak ją złapaliśmy, tak szybko nam się wyrywa i zwiewa gdzie oczy poniosą. 

Pozostaje więc jedynie przemoc w czystej postaci. 


Brutalna i nie zwracająca uwagi na uczucia dziecka. Nie, że leję po dupsku i patrzę czy równo puchnie, ot, chwytam ją w biegu niczym worek ziemniaków, przy okazji pilnując, żeby w tym szale nie upadła mi na główkę. Targam potem pod pachą toto takie małe, szarpiące się, wściekłe, z pianą na ustach i siłą wciskam do spacerówki. Ewentualnie do fotelika samochodowego czy innego ustrojstwa, które zatrzyma tę rozpędzoną, kudłatą kulkę na dłużej niż piętnaście sekund. Tak, zdecydowanie, moje młodsze dziecko reprezentuje taki rodzaj aktywności, przy którym kurczę się w sobie ze strachu i truchleję cała. Moja córka nie ma w sobie za grosz instynktu samozachowawczego, za to dysponuje nadludzką wręcz brawurą, która połączona z nieskończonymi pokładami energii (wciąż wierzę, że jakby ktoś jej w ucho wsadził żarówkę, to by świeciła, serio) i totalnym olewactwem wszelkich zasad tworzy mieszankę piorunującą. Przecież nie zamknę jej w domu na kilka lat, aż trochę dojrzeje! Nie obłożę folią bąbelkową ani nie zainstaluję jej permanentnego kasku na głowie! Tak samo jak nie pozamykam wszelkich ulic, skrzyżowań ani ścieżek rowerowych. Nie wsadzę do klatek cudzych psów, które moja córka tak odważnie miętosi, nie zasypię rowów ani nie pozbędę się ruchomych schodów z galerii handlowych. Nie zrobię ze świata bezludnej równiny, na której moja dzika córka będzie mogła fiksować do woli. Nie wywiozę szalonego mikrusa z dala od wszelkiej cywilizacji, od rowów, dołów i przepaści. Jedyne, co mogę zrobić, to zainwestować w dobre buty do biegania i gonić, ścigać, tropić, namierzać, ratować, ganiać, łapać, chwytać i pacyfikować... To podobno dobrze robi na figurę, takie cardio...

Książki, które przeczytałam latem.

Książki, które przeczytałam latem.

Wzięło mnie ostatnio na jakieś letnie podsumowania. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo nigdy podsumowań jako takich nie robię (no, poza perełkami), a już na pewno nie robię bilansów na zakończenie roku czy, tym bardziej, na zakończenie lata. W tym roku jakoś trudno mi się rozstać z tymi minionymi tygodniami; być może, gdyby lato było odrobinę mniej dla nas łaskawe, mniej ciepłe i piękne, byłoby łatwiej. Ale, kurde mol, było bajeczne! Tak więc wracam wciąż do lipca i sierpnia, przeglądam zdjęcia, wyciągam z szafy mój nowy cudny granatowy kostium kąpielowy w groszki (w stylu pin- up! dokładnie taki, o jakim marzyłam!) i myślę sobie, że znowu bym poszła sobie na plażę... Jakoś trudno mi zrobić miejsce na nowe, które nieuchronnie nadchodzi, mimo że grzyby w lasach rosną na potęgę i kusi mnie, oj kusi jak nie wiem co, taki dobry sosik do makaronu, kurkowy na ten przykład... Ja się tu kulinarnie rozmarzam, a o książkach przecież miało być. 



Także ten... W czerwcu, lipcu i sierpniu przeczytałam w sumie 8 książek. Czy to dużo, czy mało, zależy od punktu widzenia osoby, która czyta (lub nie czyta- chociaż mam nadzieję, że jednak czyta). Dla kogoś, kto wciąga książki nosem, to niewiele. Ale już dla kogoś, komu trudno jest przeczytać codziennie choć jedną stronę, to zawrotna ilość. Dla mnie to ilość całkiem ok jak na obecny czas. A raczej brak czasu... Tak, ciągły deficyt czasu powoduje, że czytam zdecydowanie mniej niż bym chciała i często wieczorem do snu wybieram artykuł w "Wysokich obcasach" czy "The Mother Mag" (swoją drogą wcale nie czuję się z tego powodu źle, bo oba tytułu są warte polecenia). Kiedyś, zanim jeszcze pojawiły się dzieci i praca na własny rachunek, czytałam więcej. Czytałam bez przerwy w zasadzie. Później na kilka lat porzuciłam książki, z czego zupełnie nie jestem dumna, i teraz z radością ponownie odkrywam radość z czytania. Jak mogłam o tym zapomnieć?? Wstyd. Podobno człowiek żyje tyle razy, ile książek przeczyta, i ja się z tym w 100% zgadzam :)





OSIEM KSIĄŻEK, KTÓRE PRZECZYTAŁAM LATEM

(czyli w czerwcu, lipcu i sierpniu)


1. Magdalena Witkiewicz "Pracownia dobrych myśli"


"Zawsze najpierw musi być źle, żeby potem było dobrze".

Na temat książek Magdaleny Witkiewicz słyszałam sporo dobrego. Dziewczyny, które były świeżo po lekturze którejś z książek, twierdziły, że to taki ogólnodostępny prozac w wersji papierowej. Trochę czasu mi zajęło, zanim sięgnęłam po "Pracownię...". Książka leżała na półce dobre dwa miesiące zanim nareszcie po nią sięgnęłam i podejrzewam, że gdyby nie wyjątkowo podły nastrój, jaki dopadł mnie akurat tego dnia, nie przeczytałabym jej do tej pory. Wydawało mi się, że to nie moje klimaty, a okazało się, że finalnie połknęłam tę książkę w dwa wieczory, zaśmiewając się momentami do łez. Historie mieszkańców kamienicy przy ul. Przytulnej 26 bawią, wzruszają, pozwalają na oderwanie się od rzeczywistości. To powieść o miłości, przyjaźni i dobrej energii, dzięki której da się naprawić wszystko, nawet najbardziej poplątany los. Na ul. Przytulnej mieszkają całkiem obcy sobie ludzie. Kiedyś, kiedy żyła Pelagia, jej krawiecka pracownia tętniła życiem, była centrum spotkań mieszkańców, a suknie ślubne, które szyła, zapewniały szczęście aż do końca życia. Po jej śmierci w pracowni były różne sklepy, aż w końcu jej wnuk Florek otworzył tam kwiaciarnię. Nagle zaczęła dziać się magia, która powoli połączyła wszystkich mieszkańców kamienicy. Pracownia odżyła, poplątane losy w piękny sposób się wyprostowały, pojawiła się miłość i przyjaźń. Historie chwilami nierealne, ale opowiedziane w tak piękny, czarodziejski sposób, że trudno oderwać się aż do ostatniej kartki. Jeśli szukasz ambitnej i ciężkiej lektury, to zdecydowanie nie dla Ciebie, ale jeśli potrzebujesz lekkiego relaksu i szybkiej poprawy humoru, polecam :)


2. Jesper Juul "Nie z miłości"


"Za mało troszczymy się o nasze indywidualne granice i potrzeby, a potem zrzucamy za to winę na innych".

"Język miłości nie powinien być ani pozytywny, ani negatywny- tylko osobisty". 

Zupełnie nie jestem fanką poradników dla rodziców. Przez 11 lat przeczytałam kilka książek o wychowywaniu dzieci i niemal za każdym razem po zakończeniu lektury stwierdzałam, że to przecież oczywiste i że ja już to wszystko wiem. Niektóre poradniki traktują rodziców jak idiotów tłumacząc im oczywiste rzeczy w stylu "przytulaj, rozmawiaj, nie bij". Chociaż teraz przyszło mi do głowy, że może naprawdę niektórym rodzicom należy takie rzeczy powiedzieć jasno i wielkimi literami, może są jeszcze tacy rodzice, którzy tego nie wiedzą... W każdym razie "Nie z miłości" to jedna z niewielu książek tego typu, które przeczytałam, oraz pierwsza napisana przez Jespera Juula. Bliska jest mi idea rodzicielstwa bliskości, ale zdecydowanie bardziej przemawia do mnie ona podana przez Juula niż przez Searsów. W książce Juula jest coś takiego, co trafia nie tylko do rodziców RB, ale również do tych, którzy dopiero szukają swojej rodzicielskiej drogi i szukają odpowiedzi na konkretne pytania. Mój egzemplarz "Nie..." jest cały kolorowy- od podkreśleń, wykrzykników i karteczek, którymi zaznaczyłam najważniejsze fragmenty. Pięknie porządkuje, przypomina i nazywa to co najważniejsze. Już na samym początku autor zdobywa moje wielkie uznanie pisząc, że nie jest to książka o tym, jak stawiać dzieciom granice, ale o wartości jakim jest słowo NIE  w każdej relacji. Dzieci z typową dla siebie mądrością i wrażliwością mówią NIE za każdym razem, kiedy czują, że ich granice są przekraczane. Dorośli mają z tym problem. Tymczasem świadome NIE jest drogą do prawdziwego TAK. W dziecięcym NIE Juul nie widzi nieposłuszeństwa, krnąbrności ani rozpuszczenia; widzi szansę na prawidłowe funkcjonowanie małego człowieka w społeczeństwa, a nie tylko tu i teraz, wypełniając rodzicielskie rozkazy. Książka świetna dla każdego, kto ma problem ze stawieniem granic sobie i/lub dziecku, oraz kto myśli, że:

- dzieci powinny ślepo wykonywać polecenia rodziców
- dzieci nie mają prawa do odmowy
- dzieciom nie wolno polemizować z rodzicami
- dzieci i ryby głosu nie mają ;)
- każde NIE dziecka to uderzenie w rodzica


3. Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"


"Mówię, że nie wiem, co ze sobą począć, że jestem zagubiona i za dużo czasu spędzam w swojej głowie".

Taaa ja wiem, naprawdę wiem, że mam refleks szachisty i że ta książka nie jest już żadną nowością, że kto miał przeczytać, to przeczytał i jeszcze film do tego obejrzał. Ja "Dziewczynę..." przeczytałam dopiero tego lata, czyli niecałe trzy lata po premierze. Dlaczego tak późno, mimo że jestem wielką fanką kryminałów wszelkiej maści i thrillerów? Otóż wylazła moja przekora, upór mój ośli i podejrzliwość- bo jeśli jakaś książka (film, kosmetyk, płyta, whatever) jest tak intensywnie wychwalana jeszcze przed premierą i to przez literackie autorytety, zazwyczaj w praktyce okazuje się być mocno przechwalona. Kropkę nad "i" postawił sam król thrillerów, czyli King, który na Twitterze napisał, że nie mógł spać przez tą książkę. Czujesz to? King! Z zasady mam tak, że jeśli wszystkim coś się podoba, wszyscy coś czytają i polecają, to ja świadomie odsuwam w czasie moment, w którym sięgnę po tę pozycję. W czerwcu wreszcie przeczytałam "Dziewczynę..." i.... kurde blaszka! oni wszyscy mieli rację! Ostrzegam- jeśli zaczynasz czytać, to zarezerwuj sobie od razu cały wieczór, bo nie oderwiesz się aż do samego końca. Powieść idealnie wpisuje się w konwencję thrillera- zaczyna się spokojnie i niewinnie, żeby później nabrać tempa kuli śniegowej, porywając przy okazji ze sobą czytelnika. Bohaterkami tej książki są trzy kobiety, których losy splotły się za sprawą przypadku. Rachel, Anna i Megan żyją w zupełnie rożnych światach i są skrajnie różne. Rachel to rozwódka, która ma problem z alkoholem, z pracą i mieszkaniem, generalnie ze sobą samą. Anna, obecna żona byłego męża Rachel, z pozoru jest miłą, przykładną żoną i matką, ale pod tą maską skrywa wiele tajemnic. Megan, piękna kobieta sukcesu, ma za sobą mroczną przeszłość. Rachel przychodzi zmierzyć się nie tylko z własnymi demonami, ale również z bestią w ludzkiej skórze skrywającej się gdzieś wśród rzędów idealnych domków i pięknych trawników... Ostrzę sobie ząbki na ekranizację, ale boję się obejrzeć, żeby się nie rozczarować, bo Rachel w mojej głowie ma już swoją twarz, mimikę i nawet charakterystyczny tylko dla niej sposób poruszania się...

4. Michael Mosley "Jelita wiedzą lepiej"

"Wszelkie choroby zaczynają się w jelitach"

Chodziłam z tą książką wszędzie, odkładając ją w różnych dziwnych miejscach i potem nie mogąc znaleźć, więc latem w moim domu często brzmiało moje wołanie: "czy ktoś widział moje jelita?", "gdzie odłożyłam jelita?", "pomóżcie mi znaleźć moje jelita!". Ktoś, kto nie wie o co chodzi, pomyślałaby, że to jakieś wariatkowo ;) O tej książce pisałam już w perełkach lipca, chociaż zdecydowanie powinna znaleźć się w perełkach lata albo nawet w perełkach roku. Myślałam, że będzie to typowo medyczna publikacja o układzie trawiennym, tymczasem w moje ręce trafiła niesamowicie pasjonująca, niczym najlepszy thriller, historia o tym, co dzieje się z jedzeniem od początku aż do końca. Mosley pięknie płynie w swojej opowieści, prowadząc nas przez zakamarki układu pokarmowego, przedstawiając skomplikowane zagadnienia w prosty sposób. Wyjaśnia, że nasze jelita są domem dla trylionów drobnoustrojów, które wpływają na nasz nastrój, wagę i układ odpornościowy. Twierdzi, że najważniejsze jest to, abyśmy w jelitach mieli jak najwięcej różnorodnych mikroorganizmów, które nazywa "przyjaciółmi", dlatego bardzo promuje jedzenie kiszonek. To właśnie po przeczytaniu tej książki kupiłam gliniany ganek do kwaszenia i zabieram się za produkcję zakwasu z buraków. Polecam, zwłaszcza jeśli cierpisz na trudną w ogarnięciu alergię, astmę, przeróżne problemy jelitowe, i jesteś otwarta na metody, że tak się wyrażę, spoza medycyny chemicznej :)


5. Wiesław Weiss "Biała wódka, czarny ptak"

"Ilość detalicznych, pojedynczych błędów w dyktandzie przestała się liczyć, bo Celina nie miała już sił pisać. A niepisanie to przecież błąd zwielokrotniony, spotęgowany, niewybaczalny. I taka musiała być tym razem kara. Nieubłagana, nieludzka, bezlitosna. I taki musiał być ból, z każdym uderzeniem potężniejący, gęstniejący, totalny".

Kolejna książka, która leżała na półce i czekała na swoją kolej, bo mylnie sądziłam, że to nie są moje klimaty. Książka wydawała mi się ponura, przytłaczająca, a ja miałam ochotę na lekkie, optymistyczne treści. "Białą wódkę..." skończyłam czytać kilka dni temu i, mimo że nie jest to lekka literatura, to spodobała mi się tak bardzo, że nadal nie mogę z niej wyjść. Nadal żyję życiem głównych bohaterów i nie mogę zabrać się za kolejną książkę. Żałuję, że pozwoliłam tej książce tak długo stać na półce. Nauczka na przyszłość- dać książce szansę, nawet jeśli na pozór zupełnie do mnie nie pasuje. "Biała wódka..." to przede wszystkim zbeletryzowany opis PRL  z czasów wprowadzenia stanu wojennego. Opisane raczej z humorem niż ze złością realia PRL-u, ogólna beznadzieja, trudność w zdobyciu czegokolwiek, z pietyzmem odtworzone potrawy i obyczaje z knajp. Dla mnie wartość sama w sobie, bo urodziłam się "chwilę" po zakończeniu stanu wojennego, moja mama chodziła w ciąży w stanie wojennym, więc patrzę na to trochę jak kobieta, która ma teraz dostęp do tego wszystkiego, czego kobiety na początku lat 80. nie miały. "Biała wódka..." to taki trochę kryminał osadzony w realiach PRL-u, ale mający swoje początki w czasach II wojny światowej. Ciekawy miks, świetnie się to czyta, a końcówka, w której Weiss zadaje pytanie czy zbrodnie wojenne mogą zostać wybaczone i czy powinny zostać wybaczone, zmusza do zastanowienia się i pozostawia czytelnika z morzem myśli w głowie. Przynajmniej mnie zostawiła i to konkretnie.

6. Aleksandra Marinina "Egzekucja w dobrej wierze"


Aleksandrę Marininę kocham miłością ogromną! Przeczytałam prawie wszystkie jej książki i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Jeśli lubisz kryminały, to koniecznie sprawdź tę autorkę i jej serię o Anastazji Kamieńskiej- supermądrej i superinteligentnej, neurotycznej policjantce z Rosji. Historie osadzone w rosyjskich realiach są specyficzne i z całą pewnością nie każdemu przypadną do gustu, ale mnie wciąga moskiewski przestępczy świat jak widać ;) Aleksandra Kamieńska to główna bohaterka chyba wszystkich książek Marininy. Piszę chyba, bo głowy sobie nie uciąć, ale póki co nie trafiła mi się żaden tytuł bez Kamieńskiej. "Egzekucja..." jest tak samo dobrze napisanym kryminałem, jak pozostałe książki tej autorki. Major Kamieńska ma już ponad 50 lat (zaczynałam od książki, w której miała 30...), przechodzi na emeryturę i pracuję w agencji detektywistycznej swojego dawnego przyjaciela- Władisława Stasowa. Kolejne zlecenie, która ma wykonać w syberyjskim Wierbicku, z początku wydaje się nieskomplikowane. Na miejscu okazuje się jednak, że rosyjska prowincja postawi przed nią zupełnie inne zadanie... Zakończenie jak zawsze jest totalnie zaskakujące i zupełnie inne niż się wydaje i za to właśnie lubię tę autorkę :)

7. Bertrand Meyer- Stabley "Buckingham za zamkniętymi drzwiami"


Nie jaram się royalsami. (Prawie) w ogóle. Nie wiem za bardzo kto, z kim, po co i dlaczego. Nie ogarniam ich rodzinnych koligacji i powiązań. Nie podniecają mnie kreacje ślubne, narodziny royal babies ani niesnaski między księżnymi. Owszem rzucałam okiem na transmitowany w telewizji ślub Harry'ego i Meghan, pomrukując z aprobatą na widok jej jakże skrytykowanej ślubnej sukienki (swoją drogą mnie bardzo się podobała), wiem jakie imiona noszą królewskie dzieci, ale to wszystko. Książkę znalazłam na półce u moich rodziców i zaczęłam kartkować. Najpierw od niechcenia, kartka po kartce, później zaczęłam czytać, aż w końcu wciągnęłam się na dobre. Fajnie napisana, w prostym, lekkim stylu, momentami zabawna, z całą pewnością odstresowująca. Takie czytadełko na dobranoc po ciężkim dniu. Na pewno pozycja obowiązkowa dla każdego fana royalsów, bo zawiera takie smaczki jak plan pałacu Buckingham, listy i liczy pracowników, spis ulubionych potraw królowej, ciekawostki w stylu- jak mówią do siebie członkowie rodziny, kiedy są sami itp. 

8. Peter James, Nick Thorpe "Niewyjaśnione zagadki z przeszłości"


Mam w sobie gen Indiany Jonesa, słowo daję ;) Kręcą mnie wszelkie teorie spiskowe, ukryte skarby, zatopione statki, zaginione miasta, legendy, podania i nieprawdopodobne historie opowiadane z ust do ust. O tak, czuję drżenie łydek czytając o zatopionej Atlantydzie, tajemnicy Stonehenge czy wojny atomowej prehistorii. Oczywiście nie wierzę ślepo we wszystko o czym czytam, nie biję brawa każdemu twórcy szalonej teorii, ale z chęcią otwieram głowę na przeróżne hipotezy. Książka "Niewyjaśnione tajemnice przeszłości" przyszła do mnie za sprawą mojego teścia, który bardzo często jest dostawcą ciekawych książkowych perełek :) Książka jest fajnie napisana, bo nie narzuca żadnej teorii, a jedynie przedstawia podejście do niewyjaśnionych spraw naukowców na przestrzeni lat. Myślałam, że to będzie pozycja dla lekko nawiedzonych katastrofistów, a okazało się, że trafiłam na solidnie napisaną publikację. Autorzy poruszają takie kwestie jak- zatopienie Atlantydy, biblijny potop, zniszczenie Jerycha, czym była gwiazda betlejemska, dlaczego wyginęły dinozaury, dlaczego upadła cywilizacja Majów. Pięknie mi się tę książkę czytało i szczerze żałuję, że nie była dłuższa.






Na nadchodzącą jesień mam już przygotowany pokaźny stosik książkowych perełek. W końcu czy jest coś lepszego niż książka i kubek earl greya, kiedy za oknem szaruga? :)

...


Niezmiennie zapraszam Cię na mój Instagram, tam jestem obecna prawie każdego dnia :)


Smaki dzieciństwa- wrześniowe ucierane ciasto ze śliwkami.

Smaki dzieciństwa- wrześniowe ucierane ciasto ze śliwkami.

Wrzesień to już nie lato, powiedzmy sobie szczerze. Niby kalendarzowej jesieni jeszcze nie ma, ale lato to czerwiec, lipiec i sierpień. Wrzesień to początek szkoły, wczesne wstawanie, żeby zdążyć na ósmą, poranne mgły, zimne wieczory, coraz wcześniej zapadające ciemności. Wrzesień to walające się po trawniku smutne flaki po basenie i flamingu ze spuszczonym powietrzem, pranie, które wywieszone na dwór nie schnie już tak szybko. Wrzesień to też odlatujące bociany, wielkie klucze ptaków na niebie, widok, który zawsze ściska mnie gdzieś w dołku. Wrzesień zawsze był tym czasem, kiedy już zaczynałam tęsknić za latem, mimo że słońce całkiem nieźle jeszcze operowało. 



Nie. Nie lubiłam września.


Byłam na niego permanentnie obrażona za to, że w moim mniemaniu "odbiera" mi lato, odbiera mi wakacje, grille do późnej nocy, dnie w całości spędzane na plaży, włosy pachnące wodą z jeziora, piach na stopach, skórę pachnącą słońcem i solonym karmelem. Byłam wściekła, że zaraz po wrześniu przychodzi październik. A za nim listopad. Bez sensu, przyznaj sama. Jak można tak uparcie hejtować wrzesień, ba! jak można hejtować jesień w ogóle, jeśli mieszka się w takiej strefie klimatycznej, w jakiej my mieszkamy? Kto normalny poświęca jakieś osiem miesięcy na tęsknotę i wyczekiwanie tych czterech upalnych i zielonych? Toż to jakiś akt destrukcyjny jest! Nie wiem, kiedy to się stało i dlaczego. Może po prostu dorosłam i nauczyłam się akceptować rzeczy, na które nie mam wpływu. Może stwierdziłam, że mam dość umartwiania się przez większą część roku i narzekania, jaka to brzydka pogoda za oknem. Nie chcę być już częścią społecznego chóru, który pieje z niezadowoleniem, że chlapa, że zawierucha, deszcz, śnieg, brak śniegu, krótkie dni, zimne stopy i wysokie rachunki za ogrzewanie. Sorry batory, ale wypisuję się. Za stary wróbel na to już jestem.

Jeśli myślisz teraz, że pokochałam jesień, to nic z tych rzeczy. 


Nadal z żalem odprowadzam wzrokiem bociany aż za horyzont, aż mi nie znikną z oczu. Nadal brakuje mi sukienek z odkrytymi ramionami i biegania po trawie na bosaka. Nadal tęsknym wzrokiem patrzę na goły taras bez kwiatów i krzeseł, na których co rano latem piłam kawę. Ale zaczynam doceniać te wszystkie cudowności, które niesie ze sobą wrzesień i inne jesienne miesiące. Kiedy przestałam się wściekać, dostrzegłam, że żółto- rdzawe krajobrazy potrafią być naprawdę piękne razem z tymi wszystkimi kasztanami, żołędziami w śmiesznych czapeczkach, wielkimi dyniami, szalami, którymi można otulić się od góry do dołu. Ze wszystkimi ciemnymi wieczorami pod kocem z herbatą malinową w dłoni, za książki i filmy, które teraz smakują najlepiej. Za śliwki, jabłka i gruszki, chrupiące i soczyste, za cukinie, dynie i kabaczki. Za paprykę, która na ryneczku kosztuje teraz grosze, i za leczo, które nigdy nie jest tak dobre, jak jesienią właśnie. Za botki, spódnice w kratę i szuranie w kolorowych liściach. Za kardigany, berety i paznokcie w kolorze głębokiego fioletu. Za jajecznicę z grzybami i za las, który pachnie wilgocią, mchem i pierwszymi prawdziwkami. Moja jesień będzie smakowała gęstymi warzywnymi zupami z soczewicą i jabłkami pieczonymi z cynamonem. Moja jesień będzie miała kolor mojego musztardowego płaszcza i brązowych botków. Cieszę się na to wszystko, chociaż jeszcze kilka lat temu udawałabym, że nie dostrzegam ani jednej przyjemnej rzeczy w tej podłej jesień. Powitałabym ją jak paskudę jedną, która zabiera mi bezczelnie lato, śmiejąc mi się w twarz i dając w zamian krótkie dni, deszcz i depresyjny nastrój, i chodziłabym skwaszona aż do marca. Robię postępy woohoo :)



Tegoroczne lato pozostawiło po sobie spory niedosyt.


Jak niemal każde moje lato zresztą... Wciąż mi za mało, za krótko, zbyt szybko ucieka. Było piękne, długie i upalne, ale mimo wszystko nie czuję, że wykorzystaliśmy je w pełni. Brakowało urlopu, wyjazdu gdzieś całą rodziną, oderwania się, zmiany planszy na dłużej niż tylko weekend. Sezon na truskawki i czereśnie skończył się jakoś wyjątkowo szybko. Zbyt mało kąpaliśmy się w jeziorze. Zbyt rzadko chodziliśmy na lody. O piknikach całkowicie zapomnieliśmy. Dzisiaj, na początku września, już czuję zapach tego jesiennego lasu i parku, w których będziemy szurać w liściach. Widzę nas przy parującym garnku z dyniową zupą, włóczących się weekendowo po miastach, które chcemy odwiedzić i produkujących zastępy ludków z kasztanów. Nie pozwolę, żeby chociaż jeden dzień tej jesieni przeciekł nam przez palce. Słowo!




Przepis na ucierane ciasto ze śliwkami jest w mojej rodzinie chyba od zawsze. Najpierw robiła je moje Babcia, teraz robi je moja Mama, a pewnie i ja będę je kiedyś robiła dla moich wnuków. Tak właśnie smakował wrzesień mojego dzieciństwa. Tak smakował poobiedni deser w dzień rozpoczęcia roku szkolnego. Smacznego :)


WRZEŚNIOWE UCIERANE CIASTO ZE ŚLIWKAMI


Potrzebujesz:


3 szklanki mąki (może być pełnoziarnista)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
1 szklanka cukru
1 opakowanie cukru waniliowego
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki mleka (może być roślinne, np. ryżowe)
2 szklanki śliwek (wypestkowanych, przekrojonych na pół)
cynamon
cukier puder (opcjonalnie, do posypania)



Na kruszonkę:

1 szklanka mąki (może być pełnoziarnista, chociaż najlepsza kruszonka jest jednak z pszennej)
10 dag masła
1/2 szklanki cukru


Zrób tak:

1. Mąkę przesiej z proszkiem do pieczenia. Jajka utrzyj z cukrami. Dodaj olej i mleko, zmiksuj. Wsyp mąkę, wymieszaj łyżką. Ciasto wyłóż na blachę. Wciśnij lekko śliwki, posyp cynamonem. 

2. Zagnieć składniki kruszonki. Ciasto porwij palcami i rozłóż na owocach.

3. Piecz ok. 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 st. Przed podaniem możesz posypać cukrem pudrem.



Perełki sierpnia.

Perełki sierpnia.

Z perełkami sierpnia czekałam do ostatniego dnia, niemal do ostatniej godziny ostatniego dnia, nie chcąc puścić tego miesiąca. Uparcie zaprzeczam temu, co dzieje się za oknem. Udaję, że nie widzę pierwszych żółtych i czerwonych liści, leżących na trawniku. Kompletnie ignoruję naszego przyjaciela jeża, który wieczorami wychodzi ze swojej kryjówki w bukszpanie i przemierza ogród w poszukiwaniu zapasów na jesień. Olewam jak tyko mogę przekwitające hortensje i kawę, która o siódmej rano na tarasie stygnie w ciągu pół minuty. Wystawiam twarz do słońca i powtarzam sobie, że nadal trwa lato i te gołe stopy, co to mi tak cholernie marzną, to tylko złudzenie. Nie założę skarpet, a w życiu! Jakbym je założyła, to bym przyznała, że lato się kończy, a ja nie chcę tego przyznać. Jeszcze nie. Jeszcze trochę... Piękne to było lato (tfu, jest, nadal jest przecież!), piękne i długie. Nie wiem jak u Ciebie, ale tutaj u mnie na Pomorzu lato zaczęło się w kwietniu i trzymało aż do zeszłego tygodnia. Po 30-stopniowych upałach dzisiejsze 15 stopni to niemal Arktyka. Otulam się ciaśniej szalem, podkulam bose stopy pod siebie i zwijam się w kłębek na tarasowym fotelu. Gdzieś tam w oddali zapachniało już mokrym mchem i pierwszymi grzybami. Jak jajek nie lubię, tak jajecznicę z kurkami bym zjadła, oj jak bym zjadła... Może nadchodzące tygodnie będą całkiem przyjemne? Kto wie?




PEREŁKI, CZYLI CO MNIE UWIODŁO W SIERPNIU



1. ŚWIECA ZAPACHOWA NUXE


Sezon na świece uważam oficjalnie za otwarty. Jak Anka odpala świece, to znaczy się, że już pora. Wiosną i latem świece mogą dla mnie nie istnieć. Wtedy jedynym ogniem, jaki lubię, to ognisko z pyrkającymi w nim powoli kartoflami. Natomiast jesienią i zimą świece palą się u mnie prawie bez przerwy. Lubię ciężkie, wyraziste zapachy. Jesienią wanilię, piżmo i jabłko z cynamonem, a zimą idę jeszcze dalej dodając do jesiennego zestawu ciężkie nieco "kościelne" zapachy- kadzidło, dym, tytoń, popiół (jakkolwiek dziwnie to brzmi- polecam, spróbuj, mnóstwo jest takich nieoczywistych zapachów na rynku). Świeca Nuxe to prezent od Teściowej. Czekała na swój moment od wiosny. Dopiero w zeszłym tygodniu ochłodziło się na tyle, że poczułam potrzebę dodania odrobiny ciepła mojej sypialni. Pachnie ciężko, jak każda moja świeca. Czuję wanilię, sporo jaśminu i odrobinę piżma. Do tego charakterystyczny dla Nuxe zapach ekskluzywnych kosmetyków, którego opisać nie potrafię, ale każda kobieta na pewno wie o czym mówię. Właśnie tak pachnie końcówka mojego lata. Bosko.




2. PERFUMY LANCOME LA VIE EST BELLE


Blogerka urodowa ze mnie taka jak i modowa, czyli żadna, ale dobre perfumy uwielbiam, tak samo zresztą jak i garść porządnych kosmetyków i kilka dobrych jakościowo ubrań na wieszakach. W tej materii wyznaję zasadę- mniej, ale lepiej. Wokół tych perfum "chodziłam" od początku lata. Najpierw w moje ręce trafiła mała próbka i przepadłam. To jest to!- pomyślałam. Jeszcze nigdy nie trafiłam na perfumy, które porwałyby mnie tak bardzo jak La Vie Est Belle. Ten zapach jest totalnie mój. Słodki, wręcz cukrowy, lekko pudrowy, pachnie jak waniliowe pralinki z delikatną nutą owocową- wyczuwam w nim gruszkę i jeżynę. Moje ubrania wręcz przesiąkają tym zapachem; wystarczą dwa psiknięcia rano, a słodka mgiełka otacza mnie aż do wieczora, a czasami czuję ją nawet następnego dnia. Kiedy zużyłam całą próbkę, dostałam flakonik na urodziny. Nie wiem jakim cudem, bo nikomu nie mówiłam, jak bardzo podobają mi się te perfumy. Telepatia? Mamo, Tato, dzięki :)





3. PEREŁKI I SZAL


Czyli dwie rzeczy wycyganione od mojej mamy ;) O perełkach pisałam tutaj. W sierpniu nareszcie je założyłam. Okazja była nie byle jaka, bo mieliśmy ślub w rodzinie i perełki pasowały mi do sukienki idealnie. Coś w tym jest, że perły potrafią w sekundę zmienić prostą sukienkę w prawdziwą kreację. Są ponadczasowe, uniwersalne i według mnie pasują zarówno do sukienki, jak i do jesiennego sweterka. W każdym razie tej jesieni zamierzam je intensywnie nosić, jeśli tak mogę powiedzieć :) Poza tym świadomość, że kilkadziesiąt lat temu najpierw nosiła je moja ciocia, później babcia (obu już nie ma tutaj z nami), moja mama i teraz ja sprawia, że mam gęsią skórką. Lubię to bardzo, bardzo. Szal wyszperałam w przepastnej szafie mojej mamy, o którą aż się boję co jeszcze kryje, bo za każdym razem, kiedy w niej grzebię, wyciągam kolejne cudo. Ten piękny, ręcznie robiony szal moja mama miała na sobie tylko raz w życiu. Tylko i AŻ, bo był elementem jej ślubnej kreacji. Czad, prawda? :) Wyprany, odświeżony, narzucony na ramiona w towarzystwie perełek i kwiecistej sukienki sprawia, że czuję się jak retro lady żywcem przeniesiona z czasów powojennych. To właśnie tym szalem otulam się teraz, stukając w laptopa. 





4. NOWE WŁOSY


Na moich włosach miałam już wszystko. Odkąd skończyłam 15 lat, eksperymentowałam z kolorami i fryzurami. Nigdy nie bałam się radykalnych cięć ani dużych zmian koloru. Miałam więc wygolone pół głowy, miałam tlenionego "jeżyka", miałam włosy czerwone niczym strażacki wóz, miałam grzecznego pazia, miałam blond, brąz i wściekłą rudość. Przez kilka ostatnich lat nosiłam włosy długie, rozjaśniane. Niestety ciągłe eksperymenty i rozjaśnianie sprawiły, że moje pióra rzeczywiście zaczęły wyglądać jak pióra- cienkie, postrzępione, suche. Wypadały, nie chciały się układać. W tym miesiącu powiedziałam- basta! Ścięłam je krótko, do ramion, zdjęłam kolor (na tyle, na ile mogłam) i podjęłam decyzję, że koniec, nie farbuję, dbam i odżywiam. Mój naturalny kolor jest ciemny, lekko kasztanowy. Zawsze myślałam, że w ciemnych włosach wyglądam kiepsko, tymczasem patrzę w lustro i pierwszy raz od dawno jestem zadowolona z tego co widzę. To właśnie w tym wydaniu  czuję się najbardziej kobieco, a nie jako długowłosa blondynka. Po raz kolejny przekonałam się, że to co naturalne jest jednak najlepsze. Przynajmniej dla mnie :)




5. MASKI DO WŁOSÓW FRUCTIS HAIR FOOD


Kontynuacja punktu 3 ;) Pozostając w tematach włosowych- sierpień był miesiącem, kiedy dość intensywnie interesowałam się pielęgnacją włosów. Olejowałam, warzyłam płukanki ze skrzypu polnego, który w dużej ilości rośnie pod moim domem, zmodyfikowałam nieco dietę, aby dostarczać organizmowi jeszcze więcej cennych składników. Przetestowałam również kilka drogeryjnych masek, z których większość zupełnie mnie nie zadowoliła. Maski Fructis to jedne z lepszych drogeryjnych produktów do włosów (tuż obok Aussie i Biovax), jakie znalazłam. Pachną obłędnie, zwłaszcza bananowa, i robią z włosami dokładnie to, co obiecuje producent. Wielki plus za to, że są w 100% wegańskie, a ich skład jest w 98% pochodzenia naturalnego. W sierpniu zużyłam dwa opakowania i nie zamierzam na tym poprzestać. Polecam ;)





6. MĄDRE KSIĄŻECZKI DLA DZIECI ELŻBIETY ZUBRZYCKIEJ


O tych książeczkach, chociaż raczej powinnam napisać, że o tej autorce słyszałam już wcześniej. Że dobrze pisze, mądrze i prosto o trudnych sprawach. Że w książeczkach dla dzieci nie boi się poruszać ciężkich tematów takich jak pedofilia, zagrożenia jakie niesie ze sobą internet, agresja, śmierć. Elżbieta Zubrzycka jest doktorem psychologii, wiele lat wykładała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim i pracowała terapeutycznie z dziećmi. Jest autorką ponad 20 książek dla dzieci, ale osobiście uważam, że to nie są "tylko" książeczki dla dzieci; dorośli również, a może zwłaszcza oni, również powinni je przeczytać. Książeczki, które niosą ze sobą bądź co bądź trudne dla dzieci treści zawsze powinny być przeczytane wspólnie z rodzicem, a później omówione. Nie wyobrażam sobie zostawić moją córkę z jedną z tych książeczek i nie zapytać później co o niej myśli, co czuje i jakie wyciągnęła wnioski. Zresztą to może być całkiem fajny początek ciekawej dyskusji z dzieckiem, zwłaszcza że wielu rodziców nadal ma problem, żeby porozmawiać ze swoim potomkiem o seksie czy śmierci. Dziękujemy wydawnictwu Livro za możliwość przeczytania tych trzech książeczek.






7. MONIKA MROZOWSKA "ZUPY MOC"


To była chyba najintensywniej czytana przeze mnie książka w sierpniu, słowo daję. Co prawda póki co ugotowałam tylko dwie zupy z przepisu Moniki, ale dokładnie przestudiowałam każdy przepis, później otarłam ślinę z brody i postanowiłam, że jesień będzie należała do zup. Średnio zupowa jestem, a moja rodzina to już w ogóle, ale jak tylko zaczynają się pierwsze chłody, ciągnie mnie do ciepłego jedzenia. A co innego rozgrzeje tak dobrze jak ciepła zupa? I to do tego wegetariańska, napakowana warzywami i soczewicą do granic możliwości? No co? No nico. Dlatego, proszę ja Ciebie, zamierzam ugotować każdą jedną zupę z tej jakże apetycznej książki, ot co! PS. Czy widzisz te liście wokół książki na zdjęciach? Toż to wygląda jak jesień głęboka... 






8. UBRANIA MARKI KOKOWORLD


W sierpniu miałam możliwość przetestowania ubrań marki KOKOworld, z czego bardzo się cieszę, bo markę obserwuję z wielkim zainteresowaniem już od pewnego czasu, pisałam o niej tutaj. Idea sprawiedliwego handlu, wspieranie lokalnych rzemieślników, wysokiej jakości materiały oraz proste, wygodne kroje to coś, co bardzo do mnie przemawia i jest godne pochwały. Jeśli powiem, że ubrania KOKOworld to najwygodniejsze rzeczy, jakie miałam na sobie w sierpniu, to nie minę się z prawdą ani o milimetr.  Są jak druga skóra. Mięciutkie, przewiewne, uszyte z dbałością o każdy szczegół, czyli tak jak lubię. Mam też wrażenie, że są niezniszczalne, bo prałam je już milion razy i nadal wyglądają jak nowe. Torbę z radością zabieram ze sobą w nadchodzącą jesień. O ile wiosną i latem mogę sobie nosić malutkie torebeczki, o tyle jesienią uwielbiam zarzucić na ramię wielką torbę, torbiszcze wręcz. Torba KOKOworld jest wielka, ale wygląda bardzo zgrabnie i z całą pewnością będzie ze mną na wszystkich jesiennych weekendowych wyjazdach, które mam wpisane w kalendarz. We wrześniu na blogu pojawi się wywiad z p. Agatą Kurek, założycielką marki KOKOworld, soooo stay tuned :)

bluzka- tutaj
spódnica- tutaj
torba- tutaj









...


Napisz mi koniecznie co Ciebie zafascynowało w mijającym miesiącu! :)

Ciechocinek na weekend.

Ciechocinek na weekend.


CIECHOCINEK NA WEEKEND.



Ostatni weekend wakacji postanowiliśmy spędzić całą rodziną gdzieś... no właśnie, gdzie? Miało być w miarę blisko, koniecznie zielono, ciekawie i na luzie. Zdecydowaliśmy się na Ciechocinek. W Ciechocinku byliśmy już kilka razy, ale zawsze wpadaliśmy na chwilę, żeby pochodzić pod tężniami, odwiedzić słynną fontannę "Grzybek", zjeść kręcone lody w naszej ulubionej budce na samym końcu deptaku. Nigdy nie mieliśmy czasu, żeby powłóczyć się uliczkami tego miasto i pochłonąć nieco lokalną atmosferę. Poza tym mimo wszystko Ciechocinek kojarzył nam się z miejscem dla sanatoryjnych kuracjuszy, ze specyficzną dancingową muzyką i niewielką ilością atrakcji turystycznych, poza tężniami.. Generalnie wydawało nam się, że jeśli nie jesteś kuracjuszem, to wystarczą Ci dwie godzinki w Ciechocinku i już. Jakże się myliliśmy! Miniony weekend pokazał nam, że to miasto ma naprawdę dużo do zaoferowania. Urzekła nas wszechobecna zieleń, urocze drewniane chatki, kamieniczki i konne bryczki, które mijały nas co chwilę. Jeśli wybierasz się z rodziną do Ciechocinka, koniecznie rozważ spędzenie tutaj weekendu, gdyż jeden dzień to zdecydowanie za mało, żebym poczuć atmosferę tego miasteczka.


CIECHOCIŃSKI SUBIEKTYWNIK PODRÓŻNICZY

czyli tutaj byliśmy, tutaj nam się spodobało



1. Tężnie.

Zdecydowanie największa atrakcja Ciechocinka, przynajmniej dla mnie. Zespół trzech tężni solankowych to absolutny cel wizyt każdego turysty, który odwiedza to miasto. Tężnie powstały w połowie XIX w. i są one unikatową, drewnianą, największą w Europie konstrukcją do odparowywania wody z solanki. Wokół tężni tworzy się słynny bogaty w jod mikroklimat tworzący naturalne inhalatorium. Wokół tężni prowadzi Deptak Solankowy, a na jego końcu kupić możesz najlepsze kręcone włoskie na świecie, serio ;) 




(kawa pod tężniami/ mała, niepozorna budka z lodami na końcu deptaku tężniowego- najlepsze włoskie kręcone ever! jeśli tam zajrzycie, pozdrówcie panią, przemiła:) )

2. Grota solankowa wewnątrz tężni.

Mikroklimatyczna komora solankowa umiejscowiona jest wewnątrz tężni nr 2, na zbiorniku solankowym, wśród bali wypełnionych tarniną. 30 minut przebywania w grocie solankowej daje tyle korzyści, ile cały dzień spacerowania brzegiem morza. Jest idealna dla ludzi z chorobami tarczycy i z niedoborami jodu.


3. Stara warzelnia soli z retro klubem fitness


Od przeszło 180 lat wytwarzana jest tutaj sól oraz jej pochodne, czyli Ciechociński Szlam Leczniczy i Ług Leczniczy. W nieużywanej części warzelni utworzono muzeum ze starymi przyrządami do ćwiczeń. Wyglądają trochę jak żywcem wyjęte z sali tortur. Zdecydowana gratka dla turystów. 


(stara warzelnia soli z zewnątrz)


(stara warzelnia soli w środku)

4. Zegar kwiatowy i kwiatowe dywany.

Zygmunt Hellwig jest autorem koncepcji przekształcenia miasta w jeden wielki park- ogród pełen kwiatów. To właśnie on w 1934 r. zaprojektował kwiatowy zegar. Wskazówki pokazują właściwą godzinę, a mechanizm ukryty jest pod nasypem.

(zegar kwiatowy)





5. Park Zdrojowy.

Mam małe poczucie niedosytu, bo właściwie można by spędzić cały dzień w Parku Zdrojowym i ie zobaczyć wszystkiego, co się w nim znajduje. W parku można zobaczyć bogatą roślinność z niezwykłymi okazami drzew i krzewów, staw z kaczkami oraz czarnymi łabędziami, a największą jego ozdobą jest niewątpliwie pomnik przyrody- dąb Konstanty. Przyroda pięknie komponuje się ze stałymi elementami parku, czyli m.in. Muszlą Koncertową, kawiarnią Bristol, Pijalnią Wód Mineralnych, mostem zakochanych czy drewnianym secesyjnym budynkiem Teatru Letniego. Poza tym obowiązkowo należy sobie zrobić zdjęcie przy figurkach Jasia i Małgosi- bez tego pobyt w Ciechocinku się nie liczy ;)




















6. Drewniana cerkiew prawosławna im. Michała Archanioła.

Piękna unikatowa cerkiew prawosławna zbudowana w XIXw. przez górali kaukaskich. Jedyna w Europie budowla w stylu zauralskim. Kto choć trochę interesuje się architekturą wie, że jest to prawdziwa architektoniczna perełka.



7. Park Sosnowy.

A właściwie fragment sosnowego lasu, gdzie wytyczono ścieżki spacerowe i postawiono ławki. Piękne miejsce!






8. Skwer Excentryków.

Niewielki plac za Teatrem Letnim między ulicami Zdrojową, Żelazną, Kopernika a al. Armii Krajowej. Piękne wodne kurtyny, fontanny świetlne i ławeczki które zachęcają, aby usiąść i poczytać książkę. Gdybym miała wystarczająco dużo czasu, to słowo daję, że spędziłabym tam całe popołudnie czytając lub po prostu gapiąc się na spływającą wodę. 



9. Figura Matki Boskiej Ciechocińskiej

U podnóża kamiennego postumentu kuracjusze zapalają znicze i stawiają kwiaty w podzięce za powrót do zdrowia. Do blaszanych puszek wkładają karteczki z prośbami o uzdrowienie.




10. Dworek Prezydencki.

Został wybudowany dla prezydenta Mościckiego, teraz pozostaje do dyspozycji aktualnego prezydenta RP. 




...




Za nocleg w komfortowych warunkach dziękujemy Apartamentom Deptak. 

(no hej hej, tak, to nadal ja, z krótkimi włosami i w wersji dark)

(ciechocińska sól, dziękujemy:) )





 (taki cuda były przygotowane na nocnym stoliku... aż żal, że przyjechaliśmy na tak krótko)

(widok z okna)


...


Za pomoc w realizacji wpisu dziękuję Muzeum Ciechocinek.
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger