lipca 14, 2018

Jak samodzielnie zrobić płukankę ze skrzypu polnego? To proste!

Jak samodzielnie zrobić płukankę ze skrzypu polnego? To proste!

Moje włosy zawsze były długie i zadbane- no, może za wyjątkiem drugiej klasy liceum, kiedy w imię intensywnego buntu obcięłam się na zapałkę, a to co zostało pofarbowałam na czerwono... Niestety nie umiem Ci dzisiaj powiedzieć przeciwko czemu lub przeciwko komu dokładnie był to bunt , ale buntowałam się dość intensywnie ;) Na szczęście włosy szybko odrosły i od tego momentu nie ścinałam ich krócej niż za ramiona. Co jakiś czas kusi mnie jakaś zadziorna, krótka fryzurka, ale zawsze dochodzę do wniosku, że nieeeee, to nie dla mnie. Od kilku miesięcy jednak dość mocno zastawiam się nad zmianą fryzury, bo moje włosy wołają o pomstę do nieba.

Mój naturalny kolor włosów to ciemny blond wpadający w rudawy. Kolor całkiem spoko, chociaż mnie bardzo długo wydawało się, że raczej nudny. Problemy zaczęły się, kiedy postanowiłam zostać jasną blondynką... Rozjaśnianie zdecydowanie fatalnie działa na moje włosy. Są przesuszone, wręcz sianowate, wypadają i nie chcą się układać. Wypróbowałam chyba wszystkie drogeryjne specyfiki do pielęgnacji włosów farbowanych i przesuszonych i powiem tak- niewiele pomagają. Owszem mam jakichś tam moich ulubieńców, np. odżywkę Aussie, maskę Biovax oraz jedwab na końcówki, ale to co na moje włosy działa najlepiej, to... natura. Po raz kolejny okazało się, że najprostsze rozwiązania są najlepsze i nie ma co kombinować za bardzo. 



Regenerację moich włosów zaczęłam od podstaw, czyli od odżywiania. Pamiętaj, że bez zdrowego odżywiania nie ma pięknych włosów. Piję dużo wody mineralnej i ziołowych herbat, zwłaszcza pokrzywy i zielonej herbaty, jem dużo warzyw, owoców, suplementuję witaminy. Kiedyś myłam włosy codziennie, teraz staram się robić to co drugi, trzeci dzień, żeby ich dodatkowo nie przesuszać. Jeśli mam dość dużo czasu, to przed myciem nakładam na włosy i skórę głowy olej (np. kokosowy, rycynowy, macadamia), owijam ręcznikiem i tak chodzę mniej więcej godzinę. Czasami po myciu stosuję odżywkę, ale częściej do ostatniego płukania używam naturalnych płukanek, które pięknie domykają łuski włosów i nabłyszczają kosmyki. Dzisiaj chciałabym pokazać Ci jak w prosty sposób możesz sama w domu przygotować płukankę ze skrzypu polnego. 

Dzięki zawartemu w skrzypie krzemowi włosy są lśniące i mocne. Skrzyp odbudowuje zniszczone włosy, nadaje im połysk, miękkość, przyspiesza ich wzrost, zapobiega rozdwajaniu się końcówek. Dodatkowo normalizuje skórę głowy, działając oczyszczająco i detoksykująco. Włosy po płukance są miękkie, lśniące i ładnie dociążone. Na łące za moim domem rośnie sporo zielska w tym również skrzyp polny. Jeśli masz możliwość zebrania skrzypu, który rośnie w bezpiecznym, nie zanieczyszczonym miejscu, to korzystaj. 




PŁUKANKA DO WŁOSÓW ZE SKRZYPU POLNEGO


Potrzebujesz:

świeżo zerwany skrzyp polny (ilość dowolna)
woda (tyle, żeby przykryła skrzyp)

Zrób tak:

1. Skrzyp dokładnie umyj, następnie potnij nożyczkami na mniejsze kawałki i zalej zimną wodą tak, aby woda przykrywała skrzyp ok. 3 cm powyżej. 



2. Doprowadź skrzyp do wrzenia i gotuj przez 10 minut. 

3. Przecedź, ostudź i przelej do szklanego słoja. Słój umieść w lodówce- zimna płukanka stosowana jako ostatnie płukanie powoduje, że włosy nie są "sianowate". 



4. Taki napar możesz trzymać w zimnie do 7 dni. 

Jak stosować:

Do ostatniego płukania włosów użyj zimną płukankę prosto z lodówki, voila! :)

lipca 12, 2018

Plan B, czyli przepis na idealnie puszysty sernik z trzech składników.

Plan B, czyli przepis na idealnie puszysty sernik z trzech składników.
Ósma rano. Piję drugą kawę (a miałam rzucić albo ograniczyć chociaż), bo po całej nocy grania w łóżku w twistera z moją trzylatką, która postanowiła wypróbować dzisiaj każdą z możliwych pozycji do spania, jedna kawa nie wystarczy. No nie styknie, sorry Batory. Uprzejmie donoszę, że aktualnie pada. W zasadzie to nie pada, tylko leje. Z każdym kolejnym łykiem kofeiny oczy otwierają mi się coraz szerzej i widzę jak strugi deszczu zalewają kuchenne okno. Najpierw wczoraj wieczorem, kiedy już uśpiłam młodszą córkę, błysnęło za oknem, kilka razy soczyście grzmotnęło, a potem zaczęło delikatnie kropić. Ok, myślę, to nic. Burzy z tego nie będzie, ulewy raczej też nie. O jakże się myliłam. W nocy, gdzieś pomiędzy godziną pierwszą a drugą, kiedy przewracałam się akurat z boku lewego na prawy (albo z prawego na lewy, nie wiem, nie pamiętam, straciłam rachubę) usłyszałam charakterystyczne stukanie w okna i nawet jeszcze wtedy mgliście pomyślałam, że do rana przejdzie. Mniej więcej o 3 nad ranem już wiedziałam, że na plażę to my raczej dzisiaj nie pójdziemy. To znaczy pójść możemy, a owszem, ale z pontonem i w kaloszach... Średnia przyjemność musisz przyznać. Także tego...  Tak jak w obliczy śmierci albo jakiegoś życiowego przewrotu w ciągu paru sekund staje delikwentowi przed oczyma całe jego życie, tak mnie z prędkością światła przez głowę przemykają pomysły na w miarę sensowne zagospodarowanie najbliższych kilkunastu deszczowych godzin. Hmm pada, pochmurno i boli głowa, a za mną niemal w całości nieprzespana noc. Pyły bitewne po wczorajszej kłótni z panem małżonkiem oraz po pierdyliardzie mniejszych lub większych afer z udziałem dwójki nieletnich fląder nadal unoszą się w powietrzu czyniąc atmosferą ciężką jak z ołowiu. Jak by tu spędzić ten dzień? Kąpiel z bąbelkami, książka w ręku, kieliszeczek czegoś mocniejszego, a potem pachnący balsam do ciała, maseczka na umęczoną twarz i siup do łóżeczka tak mniej więcej do popołudnia, kiedy to głód zmusi mnie do poczłapania do kuchni. Sałateczka z kozim sereczkiem na szybki posiłek, a potem powrót pod kołderkę. Nie wiem dlaczego zdrabniam, ale pasuje mi to do mojej wizji jak bum cyk cyk. Chwilę pomyślałam, podumałam, rozważyłam za i przeciw, wysiorbałam kawę do samego denka i z żalem odrzuciłam tę opcję. Cóż, plan A odkładam chwilowo na półkę, udając że nie słyszę dobiegającego z pięterka dzikiego: "Maaaamoooooooo poowiedz jej cooooś"!!! Plan B należy wcielić w życie. Wcielić od zaraz! Po dwóch kawach przytomność wraca mi zadziwiająco szybko (zawsze będę się dziwić jak to my, kobiety, potrafimy się błyskawicznie regenerować po nieprzespanej nocy), odkładam więc brudną filiżankę do zlewu, sprawdzam zawartość szafek i już po chwili zamiast dzikich wrzasków, słyszę: "a co tak pachnie?".



SERNIK Z TRZECH SKŁADNIKÓW (prosty, szybki i puszysty)


Potrzebujesz:

4 jajka
2 tabliczki białej czekolady
200g serka sernikowego 


Zrób tak:

Piekarnik rozgrzej do temperatury 160 st. Dno i boki formy (ja mam taką o średnicy 20cm) nasmaruj masłem. Czekoladę połam na kawałki i rozpuść ją w kąpieli wodnej (czyli umieść czekoladę w garnku, a garnek nad innym garnkiem, w którym będzie gorąca woda). Rozpuszczoną czekoladę ostudź tak, żeby była nadal ciepła, ale nie gorąca. Czekoladę wymieszaj z serkiem. Żółtka oddziel od białej. Białka ubij na sztywno, a żółtka dodaj do masy serowo- czekoladowej i delikatnie wymieszaj. Ubite białka dodaj do masy, wymieszaj- nie miksuj! bo piana opadnie i będzie kapeć. Ciasto przelej do formy. Piecz 15 min. w piekarniku nagrzanym do 160 st, następnie zmniejsz temperaturę do 100st i piecz kolejne 15 min. Po tym czasie wyłącz piekarnik i susz ciasto przy uchylonych drzwiczkach przez 10 min. Wyjmij z piekarnika, ostudź i udekoruj jak chcesz i czym chcesz. Dla mnie najlepszy jest bez niczego, ewentualnie polany rozpuszczoną białą czekoladą :)



lipca 09, 2018

8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, w których chcę spędzić weekend.

8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, w których chcę spędzić weekend.
Podróże to jest coś, o czym niezmiennie marzę odkąd tylko pamiętam. Mam taki mały zielony notesik, mocno już wysłużony, w którym od kilku lat zapisuję pomysły na wyjazdy jednodniowe, weekendowe, tygodniowe, nawet miesięczne, a potem skreślam z satysfakcją kolejne miejsca. Jak tylko znajdę gdzieś jakiś ciekawy pomysł wyjazdowy, zapisuję go w notesiku. I tak obok Rzymu, Toskanii i Nowego Jorku, znajduje się weekend z gospodarstwie agroturystycznym, nocleg pod namiotem i spacer po Lanckoronie. Tak mocno jak marzy mi się miesiąc spędzony w bikini na hawajskiej plaży, tak mocno cieszę się na myśl o weekendzie spędzonym w rodzinnym spa w Ciechocinku. To, że podróżami, które dają radość, nie są tylko podróże na drugi koniec świata, jest moim osobistym odkryciem ostatnich lat. Kiedyś wydawało mi się, że to co się w podróżowaniu liczy, to przebyte kilometry, egzotyka i czas spędzony w samolocie. Nic bardziej mylnego. Mikro-podróże mają swój ogromny urok, nie mniejszy niż te dalekie, długie wyjazdy na drugi koniec świata. Mało tego- jestem ogromnie zafascynowana możliwościami jakie niesie ze sobą moja najbliższa okolica, jak również cała Polska. Polska jest piękna, naprawdę fascynująca, tylko my tak często o tym zapominamy, pakując walizkę z myślą o wakacjach w Tajlandii czy w innym egzotycznym miejscu. Moją misją na najbliższy czas jest odbycie jak najwięcej małych podróży po okolicy i po Polsce, odkrywając coraz to więcej uroczych, czasami zaskakujących zakątków i miejsc. Tajlandia, Nowy Jork i Hawaje jeszcze mnie zobaczą, z całą pewnością tak będzie, ale póki co pozwól, że pokażę Ci niewielką część zapisków z mojego magicznego zielonego notesika. 

Oto 8 magicznych miejsc noclegowych w Polsce, które chcę odwiedzić.


1. Cisowy Zakątek (www.cisowyzakatek.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony cisowyzakatek.pl)

Niezwykły hotel nad morzem w Sasinie, gdzie plaże są jeszcze czyste i dzikie. Właściciele nazwali swoją firmę Mag Mell, co w języku Celtów oznacza niebo- proponują więc nam niebo do wynajęcia. Domki są w większości zbudowane z surowców naturalnych, czyli ze strzechy, drewna i cegły, i wyposażone w saunę, kozę, hamaki, grille. Swoją nazwę hotel wziął od rezerwatu cisów, który znajduje się w pobliżu. Domki mają bajeczne nazwy, np. BIAŁY jak piana morska, naturalnie NATURALNY, KOLOROWY zawrót głowy czy JELEŃ nie ŁOŚ. Spójrz tylko na te urocze domki- wakacje w jednym z nich musi być czystym sielskim relaksem :) Muszę jeszcze dodać, że dzieciaki też będą zadowolone, bo w pobliżu jest fokarium, latarnia morska Stilo, rezerwat przyrody, stadnina koni (możesz wybrać się na przejażdżkę brzegiem morza- czujesz to? bo ja bardzo ;) )... Nasz plan no 1 na przyszłe wakacje.


2. Western Camp (www.westerncamp.pl)





(zdjęcia pochodzą ze strony www.westerncamp.pl)

Nocleg rodem z dzikiego zachodu. Czy kojarzysz serial lat 90-tych "Dr Quinn"? Tak? To w takim razie wyobraź sobie, że przenosisz się w jednej chwili do miasteczka, po którym ze stetoskopem na szyi biegała "Mikejla Kłin" ;) (nie mów mojemu mężowi, ale jako gówniara kochałam się w Sullym ;) ) Western Camp to klasyczna wioska z amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Masz do wyboru luksusowy klimatyzowany domek, indiańskie tipi lub kowbojski wóz. Mnie marzy się nocleg w tym ostatnim- zdecydowanie! To musi być coś! 





(zdjęcia pochodzą ze strony www.hotelewam.pl/631-zamek-czocha-sucha.html)

Jeszcze tego o mnie nie wiesz, ale z całego serca wierzę w duchy. Wierzę, że energia zostaje w przedmiotach, w murach, w każdej cegle. Dlatego może właśnie tak wielką miłością darzę stare zamczyska, ruiny, opuszczone dworki, pałace. Zatrzymuję się przy każdym zamku czy to przy zwykłych resztkach ruin czy przy pięknie wyremontowanych tak jak zamek Czocha. Nocleg za zamku jest jednym z moich wielkich marzeń i mam wielką nadzieję, że niedługo uda mi się je zrealizować. Największą atrakcją na zamku Czocha jest możliwość nocnego zwiedzenia zakamarków, które nie są na co dzień dostępne dla turystów.


4. Pensjonacik pod Tulipanem (www.agroturystyka.zawady-oleckie.com)




(zdjęcia pochodzą ze strony www.agroturystyka.zawady-oleckie.com)

Uroczy pensjonacik nad samym jeziorem oraz oddalony od niego o 300m Domek na Górce na skraju Puszczy Boreckiej to siedlisko z duszą z dala nie tylko od miasta, ale i od wsi. Odrestaurowane stare pruskie zabudowanie robią wrażenie jakby były wyjęte prosto z bajki. W pokojach piece kaflowe, które kojarzą mi się z sielskimi wakacjami u cioci na wsi. Dookoła bogactwo zwierząt, roślin, grzybów, lasy, łąki, pola... czyli wszystko to, co mi w duszy gra. Jeśli dodać do tego prywatną plażę, tereny do jazdy na rowerze oraz do nordic walking, canoe oraz warsztaty ceramiki, to robi się z tego idealne miejsce dla mnie na całe lato :) 


5. W drzewach (www.wdrzewach.pl)


(zdjęcia pochodzą ze strony www.wdrzewach.pl)

Całe dzieciństwo marzyłam o domku na drzewie, takim z prawdziwego zdarzenia, dlatego domki w drzewach zachwyciły mnie od razu. Trochę poszperałam i dowiedziałam się, że nie ma w Polsce drugiego takiego hotelu. Odpoczynek kilka metrów nad ziemią, w koronach drzew, w domkach pachnących żywicą od razu przenoszą w krainę dziecięcych marzeń. Nie potrafię zdecydować czy piękniej jest tam latem, czy zimą, dlatego dla pewności zamierzam wybrać się do wiszących apartamentów i kiedy dookoła jest zielono, i kiedy korony drzew są pokryte śniegiem :)



6. Hobbitówa (www.hobbitowa.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony www.hobbitowa.pl)

Jak klimatów fantasy nie znoszę, tak serię Tolkiena o Hobbicie i Władcy Pierścieni uwielbiam z całego serca. Wszystkie części książki czytałam 324123443 razy, niektóre fragmenty znam wręcz na pamięć, a filmy oglądałam chyba jeszcze więcej razy... Myślę, że to jeden z nielicznych przypadków, kiedy ekranizacja dorównała książce. No ale nie o tym przecież chciałam... Oszalałam, kiedy zobaczyłam Hobbitówę- domek jakby żywcem wzięty z tolkienowskiej historii o hobbicie! Pomijając wszelkie atrakcje, jakie są dostępne w okolicy np. kosmiczne noce, to już samo nocowanie w takiej chatce powoduje u mnie drżenie łydek. Zdecydowanie do odwiedzenia jak najszybciej :)


7. Szuflandia (www.szuflandia.wisla.pl)



(zdjęcia pochodzą ze strony http://szuflandia.wisla.pl/)

Na stoku góry Kiczery w Wiśle ulokowany jest nietypowy pensjonat. Nietypowy, bo wygląda jak komoda z niedbale wysuniętymi szufladami- stąd jego nazwa- Szuflandia. Spędzić noc w jednej z podwieszanych sypialni, których okna ulokowane są tak, aby ze wszystkich stron móc podziwiać beskidzkie lasy i góry, to moje marzenia odkąd usłyszałam o Szuflandii w 2016 roku, kiedy to apartamenty wygrały prestiżowy konkurs "Polska architektura 2016".


8. HT Houseboats (www.hthouseboats.com)



(zdjęcia pochodzą ze strony http://www.hthouseboats.com/)

Powiem tak- obłęd! Od razu stają mi przed oczami sceny z filmu "Bezsenność w Seattle" z Meg Ryan. Zamarzył mi się weekend na wodzie jak tylko trafiłam na zdjęcia tych domków. Idealne rozwiązanie dla każdego kogo męczy tradycyjny nadbałtycki klimat (czyt. nadmiar turystów, straganów i budek z goframi, chociaż uważam, że to też ma swój urok). W takim pływającym domku można się pięknie odciąć, odgrodzić i kontaktować ze światem tylko wtedy, kiedy masz na to ochotę. Kuszące ;) 



Jeśli znasz jakieś ciekawe, nietypowe miejsca na nocleg w Polsce, napisz :)

ps. Przypominam o urodzinowym konkursie klik :)

lipca 04, 2018

wegańskie chili con carne- pikantne, aromatyczne, uzależniające.

wegańskie chili con carne- pikantne, aromatyczne, uzależniające.
Ja to tak kontrastowo zarówno w życiu, jak i w jedzeniu. Więc musi być albo bardzo słodko, tak że za uszy drze, albo bardzo pikantnie. Albo maksymalnie kwaśno, żeby twarz wykrzywiało, albo soczyście, co by sok po brodzie kapał. Tylko gorzkiego nie zdzierżę- w żadnej dziedzinie życia. Tak więc moje chili con carne (a właściwie chili sin carne, chili con soya lub po prostu chili bez mięsa, bo moja rodzina już teraz jest w większości wege) obowiązkowo musi być przyprawione ogromną ilością pieprzu, papryki i czosnku, naszpikowane do granic możliwości cebulą, sosem sojowym i kminem. Moja mama mówi, że przesadzam i że mam się ogarnąć, chociaż kulinarnie, skoro inaczej mi nie wychodzi, bo kiedyś wszyscy będziemy zionąć jak stado smoków wawelskich. Pewnie ma rację, bo przyznaję się bez bicia, że dość swobodnie traktuję wszelkiego rodzaju przepisy i podane w nich miary, ale cóż poradzę, żem z taką fantazją się urodziła, he? No co poradzę ja się pytam?? Także tego... moje chili to wypalacz gardłowy z prawdziwego zdarzenia i, mimo że marudzą, że ostre, że pali, piecze i dajcie więcej wody, to żrą jak dzikie świnki i ani kęsa w garnku nie zostawią. I gdzie tu sens, gdzie logika? Taaaa, wiem, że mamy lipiec, lato w pełni i temperatury już od pewnego czasu sugerują podanie na obiad chłodnika, a nie parującego chili... Mimo wszystko to właśnie latem smakuje mi najbardziej, a to za sprawą dodatku świeżych pomidorów. Z tymi zapuszkowanymi też jest pyszne, ale lipcowe chili na tych wielkich, soczystych pomidorach prosto z pola to prawdziwa bajka. Mówię Ci, spróbuj! Nawet zdeklarowani mięsożercy padną Ci do stóp! ;)




WEGAŃSKIE CHILI CON CARNE (na 4 porcje)


Potrzebujesz:


350gr krajanki sojowej (spokojnie nada się też tofu lub ciecierzyca)
3 duże cebule (ja daję dużo, ale możesz zmniejszyć ilość)
8 ząbków czosnku (jak wyżej)
8 pomidorów (lub dwie puszki krojonych pomidorów, mimo wszystko polecam świeże)
1 puszka czerwonej fasoli
1 puszka kukurydzy
2 czerwone papryki
łyżka koncentratu pomidorowego
sól, pieprz, kmin, wędzona papryka, trochę cukru


Zrób tak:


Krajankę sojową ugotuj w osolonej wodzie według przepisu na opakowaniu (zazwyczaj jest to około 10 minut). Na łyżce oleju podsmaż pokrojoną w kostkę cebulę oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodaj ugotowaną krajankę, podsmaż chwilę razem. Paprykę pokrój w kostkę. Dodaj do cebuli, czosnku i krajanki, niech się chwilę popyrtoli. Dodaj resztę składników, dopraw według uznania. Duś pod przykryciem przez godzinę. Możesz podać z kromką chleba, ale my lubimy solo. Aha, przed podaniem posyp świeżą bazylią, jeśli masz. Jeśli nie, to bez spiny, bazylia nie jest konieczna.

Postaw pod nos domownikom i zbieraj pochwały. :)






p.s. Chili to takie danie, które nie wygląda, ale smakuje. No zupełnie nie nadaje się do fotografowania, bo wygląda jak nie powiem co. Ale nadrabia smakiem ;) 

p.s.2 W idealnym świecie lipcowe chili pyrtoli się wesoło na palenisku za domem. Dzieciaki latają wokół z czarnymi od ziemi stopami. Zboże delikatnie kołysze się na wietrze. Białe chmurki płyną leniwie po niebie. Konie zaglądają przez płot. Ogień trzaska. Młodsze dziecko włazi w szkodę sąsiadowi (zdjęcie nr 5- znajdź dziecko). Cebula pachnie. Czasami idealny świat się zadzieje. Vamos!



















lipca 01, 2018

foto-czerwiec

foto-czerwiec

Moją ulubioną porą dnia jest poranek, zdecydowanie, i to ten bardzo wczesny, kiedy jeszcze nikt niczego ode mnie nie chce, a ja mam godzinkę, dwie, aby pobyć sama ze sobą. Kiedy zostajesz mamą, doceniasz każdą chwilę, którą możesz spędzić w ciszy i samotności. Jeśli masz dzieci, to wiesz o czym mówię, a jeśli nie, to uwierz mi, proszę, na słowo ;)


Jestem skowronkiem, a to oznacza, że rano budzę się błyskawicznie i od razu jestem gotowa do działania, natomiast wieczorami nie nadaję do niczego, a z całą pewnością do niczego twórczego. Wiadomo, że życie często wymusza zarywanie wieczorów czy wręcz nocy, ale wtedy następnego dnia snuję się po domu jak cień samej siebie i tylko czekam do wieczora, żeby pójść spać. Bardzo często więc nastawiam budzik na piątą lub szóstą rano, żeby w spokoju zejść na dół do zalanej pierwszym słońcem kuchni, zaparzyć kawę i szeroko otworzyć tarasowe drzwi. Momentalnie uderza mnie dziki koncert niezmordowanych ptaków. Czy wiesz, że szpaki o szóstej rano drą się najgłośniej?


Wpuszczam do salonu poranek, wraz z jego rześkością i zapachem jeszcze wilgotnej po nocy ziemi. Rozprostowuję kości, zrzucają z siebie resztki snu, przeciągam się aż trzeszczy i ziewam szeroko. Popijam kawę i obserwuję, jak gdzieś między krzakami przemknie zając, dzięcioł przysiądzie na gałęzi albo wiewiórka przybiegnie w poszukiwaniu niedojrzałych orzechów. Widzę gołębicę, która na gałęzi nad tarasem zbudowała gniazdo i teraz wysiaduje jajka. Co rano podchodzę bardzo blisko i sprawdzam czy małe już wykluły, a ona łypie na mnie podejrzliwie raz jednym, raz drugim okiem, ale nigdy nie ucieka; pohukuje tylko ostrzegawczo.



Doceniam ten krótki moment dnia, kiedy jeszcze nic nie stuka, nie puka i nie hałasuje, bo wiem, że za chwilę machina dnia codziennego zostanie puszczona w ruch, a ja usłyszę słowo mamo odmieniane przez wszystkie przypadki. Lawina dźwięków zaleje i złotą od słońca kuchnię, i salon wypełniony zapachem kawy, i taras z ptasim gniazdem.




Bułeczka z masełkiem dla jednej, kanapeczka z serem dla drugiej, naleśniki z truskawkami dla obu. Jednej soczek, drugiej mleczko, tej herbatę z soczkiem, a tamtej bez, ta chce bajkę o królewnie, a ta krzyczy że za stara na bajki. Obie chcą wleźć jednocześnie na moje kolana i przepychają się łokciami, żeby zająć jak najwięcej maminej przestrzeni, a tak w ogóle to co, dzisiaj, mamo porobimy??




A nie wiem, nie zastanawiałam się, ma być leniwie, powoli i bez spiny. Niech się samo zadzieje. Tak jak lubię zawsze mieć plan rozpisany co do minuty, tak w niedziele lubię odpuszczać. Lelygo (czyli let it go jakby ktoś się pytał ;) ) jak to zwykła cytować Elzę moja trzylatka. Może wyrzucę z szaf wszystkie ubrania i będę je segregować z dziewczynami kolorystycznie, a ile się przy tym naśmiejemy i nawygłupiamy. Może upieczemy razem ciasteczka z kolorowymi dropsami i będziemy wyjadać surową masę z miski.




Może załadujemy kosz piknikowy pysznymi kanapkami z pomidorem i pójdziemy na pole za domem. Wiem, że to nie Rzym ani Tajlandia, ale na polach też jest miło. Może włączę Eda Sheerana i podśpiewując pod nosem upiekę marchewkowe muffinki, które potem zjemy razem gdzieś pod drzewem. Więc chodź, odklej nasze dzieci od foteli i ruszmy gdzieś przed siebie. Za domem jest tak pięknie.





- Celebrujesz każdą pierdołę- mówi z lekkim przekąsem Pan Mąż.
- Ale że o co chodzi?- pytam yntelygentnie ja.
- Nawet z szorowania kabiny prysznicowej kiedyś zrobisz wydarzenie.

I odnoszę wrażenie, że wcale nie ma nic przeciwko temu.




Ano zrobię, kochanie, zrobię. I to tak zrobię, że zobaczysz. Zrobię nam wydarzenie z całego życia, bo to dzięki tym małym codziennym szczęściom przychodzi to wielkie szczęście. Życie to niekończące się maleńkie uczty, podobno, i ja się z tym zgadzam. Mało tego, uważam siebie za prawdziwą mistrzynię w celebrowaniu tych mikrouczt i jest to jedna z tych rzeczy, za które bardzo siebie lubię. Mam nadzieję, że nigdy, przenigdy nie zgubię tej umiejętności.






Przypominam o urodzinowym konkursie, o tutaj klik. :)
Copyright © 2016 Anika Pietruszko | blog. , Blogger